Socrealistyczna propaganda

"Projekt Laramie" - reż. Michael Gieleta - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Niejaki Michał Gieleta, u nas prawie nikomu nieznany, przybył do Polski (na zaproszenie Tadeusza Słobodzianka, dyrektora Teatru Dramatycznego, obejmującego kilka scen), by wyreżyserować w Warszawie spektakl "Projekt Laramie". Cel, jaki sobie postawił pan reżyser, to obrona LGBT. Można by pomyśleć, że sodomitom w Polsce dzieje się jakaś krzywda. Aktywiści LGBT ślą na cały świat fałszywy przekaz, że Polacy są antysemitami i groźnymi homofobami.

Kto naprawdę jest krzywdzony

Tymczasem to my, normalni, jesteśmy krzywdzeni przez ideologię tej "tęczowej zarazy". Za sprzeciw i niezgodę z naszej strony na propagowanie zboczeń jesteśmy karani, prześladowani. Przykłady? Bardzo proszę: głośna sprawa drukarza z Łodzi skazanego przez sąd za to, że zgodnie ze swoim sumieniem sprzeciwił się propagowaniu ideologii LGBT; pracownik IKEI zwolniony z pracy za zacytowanie Pisma Świętego; 15-letni Jakub stojący z krzyżem naprzeciw parady tęczowych, za co nękana jest kuratorem rodzina chłopca; prof. Aleksander Nalaskowski zawieszony w pracy przez rektora swojej uczelni za felieton ukazujący prawdę o LGBT (na szczęście rektor pod wpływem nacisku opinii publicznej w końcu wycofał się z tej kary).

Nie mówiąc już o tym, czego doświadczył i nadal doświadcza ks. abp Marek Jędraszewski (hejt, skargi do Watykanu, silna nagonka w internecie, wręcz z zagrożeniem życia) za odważne i ogromnie potrzebne obecnie kazanie wskazujące niebezpieczeństwa agresywnie rozlewającej się dziś na świat ideologii LGBT. A ostatnio mamy przykład nauczyciela wiejskiej szkoły w województwie kujawsko-pomorskim, któremu zagrożono zwolnieniem za wypowiedzi w obronie bezczeszczonego przez LGBT wizerunku Matki Bożej, polskiej flagi i godła. To tylko niektóre przykłady. A państwo polskie, niestety, nie karze tych, którzy na gejowskich paradach profanują symbole patriotyczne i religijne, Eucharystię.

Tak więc prześladowania, dyskryminacja, kary sądowe i wyrzucanie ludzi z pracy za to, że nie akceptują wrogiej człowiekowi ideologii gender, stają się obecnie codziennością. To jest rodzaj przemocy, a nawet terroryzm homoseksualny, którego celem, jak zawsze lewicy (a dziś mamy do czynienia z odradzającym się marksizmem w postaci ideologii gender, LGBT itd.), jest zniszczenie rodziny, Kościoła i zmarginalizowanie społeczności katolickiej. LGBT znakomicie się do tego nadaje. Ideologowie owej "tęczowej zarazy", rozpasani bezkarnością, opłacani m.in. przez rozmaite fundacje George'a Sorosa, mając polityczne i moralne wsparcie z zagranicy, w tym wśród wysokich rangą urzędników UE, robią, co im się żywnie podoba. Zabierają główne ulice miast na parady odmieńców, które mają wymusić na normalnym polskim społeczeństwie zaakceptowanie ich sodomickich postaw, a na parlamencie wymóc ustawy sankcjonujące owe żądania, przeczące zdrowemu rozsądkowi, społecznemu dobru i naturalnemu porządkowi świata. To jest walka o przywileje dla tych środowisk.

Manipulacje widzem

Jak widać teatr w tym haniebnym procederze bierze aktywny udział. Vide: spektakl Michała Gielety. Reżyser sięgnął do sztuki sprzed lat Moisésa Kaufmana przedstawiającej historię, która zdarzyła się naprawdę, kiedy to na amerykańskiej prowincji został zamordowany homoseksualista. I wokół tej sprawy zbudował przedstawienie, które ma być siermiężną aluzją do obecnej Polski pod władzą PiS. To oczywiście bezczelna manipulacja widzem. Michał Gieleta w swoich wywiadach, których udzielił mediom ("Gazeta Wyborcza", "Newsweek"), powiedział, że polska prawica, Kościół i rząd podsycają atmosferę nienawiści i oświadczył, iż Polska w ostatnim okresie stała mu się kulturowo i tożsamościowo obca. W takim razie po co tu przyjeżdża. Tym bardziej że z jego wypowiedzi wynika, iż w Polsce jest zalękniony, zaraz po premierze spektaklu wraca do Londynu, gdzie mieszka, bo tam czuje się bezpiecznie. A naszą, polską rzeczywistość określa jako "smolistą maź społecznej brzydoty". Pominę już inne obelżywe dla Polaków wypowiedzi pana Gielety.

Amatorszczyzna do bólu

Jeśli zaś chodzi o przedstawienie "Projekt Laramie", to jest typowo propagandowy spektakl według niegdysiejszych wzorów socrealistycznych (jak widać, komuna wraca). Wykonawcy, stojąc najczęściej frontem do widowni (jak na apelu), opowiadają, co się zdarzyło niegdyś w miasteczku Laramie położonym w stanie Wyoming. Wykrzykują jakieś kwestie, które nierzadko trudno zrozumieć, bo prawidłową dykcję zastępują tu wrzaskliwe krzyki wykonawców i ogólny bełkot. Forma spektaklu ma nawiązywać do reportażu połączonego z dokumentem. Tylko że reportaż czy dokument na scenie wymaga jednak artystycznego przetworzenia, a w przedstawieniu Gielety o stronie artystycznej nie ma co mówić. Bo tego tu nie ma. Uważam za niedopuszczalne, żeby twórca spektaklu, który mieni się być reżyserem (operowym i teatralnym, jak napisano w notce biograficznej), wykazywał tak żenujący brak podstawowej wiedzy w zakresie warsztatu reżyserskiego (m.in. tzw. dziury dramaturgiczne, nieumiejętność indywidualnego prowadzenia aktorów i operowania scenami zbiorowymi).

Takiej skali nieporadności i amatorstwa w reżyserii oraz w wykonaniu (występują tu głównie członkowie fundacji FETA) dawno nie widziałam. Wstyd i hańba, że taka miernota znalazła się na scenie - co by nie mówić - jednak teatru zawodowego. No i finansowanego z naszych podatków.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
8 października 2019
Portrety
Michael Gieleta

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia