Somewhere over STU

"Na końcu tęczy" - reż: K. Jasiński - Teatr Scena STU w Krakowie

Ostanie kroki po tęczy prowadzą do domu, którym dla Judy Garland była scena. Urodzona w rodzinie wodewilowej gwiazda przeszła przez najciemniejszą drogę aktorstwa i sławy. Próby ukazania jednej najważniejszych postaci klasycznego hollywoodzkiego kina podjął się Teatr STU w Krakowie.

Spektakl Teatru STU wydaje się koncertem obleczonym w fabułę. Piosenki Judy Garland, wykonywane przez Beate Rybotycką, są najważniejszym przebojami niesamowitej aktorki przebywającej na scenie prawie całe swoje życie. Próba odtworzenia postaci tak ważnej gwiazdy wydaje się niemożliwa. Na domiar złego dla wykonawców, jej obecność nieustannie „wisi” nad aktorami w postaci wyświetlanych filmów z jej koncertów i wypowiedzi.

W „Na końcu tęczy” przestrzeń jest podzielona na oświetlone żarówkami deski sceny i mały kawałek pokoju hotelowego. W tyle jest wielki świecący napis „Judy” i potężne garderobiane lustro, gdzie wyświetla się kawałki z różnych występów Garland. Przenikanie się przestrzeni sceny i prywatnego miejsca dobrze oddaje sytuację gwiazdy „Czarnoksiężnika z krainy Oz”. Postać Garland przechodzi swobodnie między jednym a drugim miejscem, podważając realność każdego swojego czynu. Nawet próba samobójcza odegrana na deskach sceny jest kolejnym świetnie zagranym numerem w repertuarze Garland.

Spektakl opowiada o ostatnich koncertach Judy Garland, które odbyły się w Londynie. Kilka miesięcy przed śmiercią przyjeżdża ze swoim nowym narzeczonym i menagerem aby zarobić pieniądze na niekończące się długi. Piękny i cudowny obrazek nowego odrodzenia okazuje się rozpadać. Przeszłość całkowicie determinuje teraźniejszość, a nadzieja na zmianę obraca się w niwecz w najbardziej konwencjonalny sposób. Wszystkie problemy Garland, które powracają do niej są sugerowane bez głębszej analizy. Problem z narkotykami jest wprowadzony jako jedno z wielu wytłumaczeń w tym melodramacie-samograju. Nie porusza się problemu bycia dziecięcą gwiazdą, dostawania amfetaminy na polecenie studia filmowego, kształtowania aktorskiego w najbrutalniejszy sposób. Wszystkie te problemy istnieją w spektaklu jako delikatnie zarysowany bagaż ciążący Garland w jej nowym związku. Akcja mająca miejsce w hotelu i na scenie pokazuje uzależnienie od publiczności i miłości, gdzie nadzieja na uczucie okazuje się iluzją.

Rybotycka wydaje się idealnie czuć w ciągłej interakcji z widzem. W momentach wykonywania utworów wydaje się, iż persona Garland znika. Rybotycka śpiewa gubiąc ruchy znanej aktorki i jej prezencje na scenie. Ukazuje to zamiłowanie do samych utworów i poszukiwanie sposobu odtworzenia ich, nie wyrywając dzieła z pierwotnego kontekstu. Kontrastuje to z próbą wcielenia się w postać Judy Garland, stając się nieustanną walką ze zbyt potężną legendą. Beata Rybotycka, grając, próbuje ukazać ludzką stronę gwiazdy, a nie pokrytą blaskiem ikonę. Ukazuje śmieszno – tragiczną postać kobiety błazna uzależnionego od oklasków, która w końcu przegrywa. 

Niesamowita postać Judy Garland stała się w Teatrze STU kolejnym tematem rozmowy z publiczność, która przyszła aby zobaczyć Beatę Rybotycką wykonującą utwory gwiazdy. Melancholijne przedstawienie o blaskach sławy i jej cieniach jest poruszającym widzów widowiskiem. Oczekiwanie rozrywki i przyjemnego wieczoru z łezką wydaje się całkowicie zaspokojone przez niezwykle sprawny mechanizm Teatru STU.

Justyna Stasiowska
Dziennik Teatralny Kraków
21 grudnia 2010

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia