Sonata Bergmanowska

"Sonata Jesienna" - reż. Kuba Kowalski - Teatr WARSawy

Na scenie Teatru WARSawy wystawiono "Sonatę jesienną" Ingmara Bergmana w reżyserii Kuby Kowalskiego. Premiera filmu wielkiego szwedzkiego reżysera odbyła się w 1978 roku. W rolach głównych wystąpiły Ingrid Bergman jako matka Charlotte, Liv Ullmann i Lena Nyman jako córki - Eva i Helena. W spektaklu Kowalskiego grają Aleksandra Justa, Weronika Nockowska i Katarzyna Chmielewska, towarzyszy im Wojciech Solarz w roli pastora Wiktora, męża Evy.

Przypomnijmy punkt wyjścia filmu Bergmana i przedstawienia Kowalskiego. Charlotte jest światowej sławy pianistką, wielbicielką Chopina. Sztuka stała się jej "bogiem", dla niej zostawiła rodzinę, zdobywała "świat". Zamieszkała w Szwajcarii. Po śmierci przyjaciela Leonarda przeżywa depresję. Na zaproszenie córki Evy i jej męża Wiktora, pastora Kościoła luterańskiego, przyjeżdża do małego prowincjonalnego zboru protestanckiego w Szwecji. Plebania staje się miejscem wstrząsającej wiwisekcji rodzinnej, tym bardziej, że w mieszka w niej także Helena, druga córka pianistki. Umysłowo chorą Helenę matka zamknęła przed laty w zakładzie dla obłąkanych, ale siostra Eva przygarnęła ją do siebie.

Ingmar Bergman traktował swoje filmy i sztuki jako kolejne etapy egzystencjalnego samopoznania. Był artystą pesymistycznym i samotnym. Być może zważyła na tym II wojna światowa, kiedy to wykazywał fascynację autorytarną władzą. Tadeusz Szczepański w monografii "Zwierciadło Bergmana" pisze o nazistowskim ukąszeniu, przypominając udział nastoletniego Ingmara w Perteitagu z udziałem Hitlera. Przyszły geniusz kina poddał się wtedy "ekstatycznej atmosferze zbiorowej hipnozy".

Profesor Szczepański pisał o wielkim Szwedzie: "w wielu filmach udowodnił swe niezrównane mistrzostwo w demaskowaniu najbardziej przewrotnych mistyfikacji psychologicznych, które składają się na nasz sposób istnienia wobec siebie i wobec innych". Rozdrapywał człowieka do bólu, a może raczej siebie, bo przecież bohaterowie jego filmów i sztuk to wielokrotnie sobowtóry reżysera. Docierał do najbardziej mrocznych zakamarków ludzkiej natury. Nieustannie wadził się z Bogiem - wierzył w Niego i jednocześnie nie wierzył.

Wychowany w surowej protestanckiej rodzinie, z kompleksem dziecka niechcianego, "torturowanego" przez ojca pastora, buntował się przeciwko religii, która była nieodłączną częścią jego biografii, dlatego zmagania z rzeczywistością wiary znajdziemy w tak wielu jego obrazach. Filmy Bergmana to psychoanaliza, zapis, a może sejsmograf jego poplątanego życia duchowego. Biografowie przypuszczają, że Charlotte z "Jesiennej sonaty" to autorytarny pastor, ojciec reżysera, a Eva to sam Ingmar. Jörn Johan Donner, fiński krytyk i reżyser, pisząc o Bergmanie przypominał, że "Wychowanie w tamtych czasach polegało głównie na upokorzeniu. Prawda ta dotyczyła całego społeczeństwa. Było ono tak urządzone, że każdy miał możliwość upokorzenia kogoś innego". Donner jak mało kto znał Bergmana, był przecież producentem jego arcydzieła "Fanny i Alexander", w którym reżyser rozlicza się z ojcem pastorem bez znieczulenia. Profesor Szczepański przypomina, że w trakcie spotkania z dziennikarzami w Oslo po ukończeniu filmu Bergman uzasadniał swój wybór matki i córki (zamiast ojca i syna) jako stron konfliktu przekonaniem, że kobiety starają się ukrywać agresję, która ujawnia się tylko w chwilach skrajnego napięcia. A właśnie taką sytuację pragnął przeanalizować w swoim filmie i sztuce. Bergman opowiada pełną pasji, bólu i poczucia winy historię z chłodnym, niemal obojętnym dystansem, wykorzystując kompozycyjny wzór sonaty. Jest zatem wstęp - opowieść Wiktora o wcześniejszym życiu Evy, jego żony, która w tym czasie w głębi planu pisze list do matki, ekspozycja - przyjazd Charlotty, jej relacja o śmierci Leonarda i spotkanie z Heleną, która symbolizuje ukrytą traumę z przeszłości, potem burzliwa nocna rozmowa z Evą, poprzedzona podwójnym wykonaniem drugiego preludium a - mol Chopina, o dwóch kontrapunktowych liniach melodycznych, a zakończona wyjazdem matki; jeszcze tylko repryza (obraz matki w pociągu i córki na cmentarzu) i koda, czyli kolejny list córki do matki jako gest utopijnego pojednania. Kuba Kowalski ten rytm sonaty zachowuje, w finale to pastor Wiktor odczytuje przejmująco list Evy do Charlotty.

Dzięki spektaklowi Teatru WARSawy mogę powrócić do Bergmana, artysty, który już za życia stał się nieśmiertelny. Spośród, w większości mistrzowskiej twórczości Bergmana, najwięcej dla mnie znaczy "Siódma pieczęć" - obraz spod znaku Apokalipsy. W filmie tym, zrealizowanym w konwencji średniowiecznej przypowieści, szwedzki mistrz po raz pierwszy w swojej twórczości zadaje kluczowe pytania egzystencjalne i metafizyczne. Swemu bohaterowi, powracającemu z wyprawy krzyżowej rycerzowi Antoniuszowi Blockowi (Max von Sydow), każe rozgrywać partię szachów ze Śmiercią (Bengt Ekerot). Stawką w tej grze jest życie krzyżowca, który przeżywa właśnie załamanie wiary - zaczyna wątpić w Boga, w sens religii i życia. Wątpliwości te podsyca otaczająca go rzeczywistość: dżuma zbiera śmiertelne żniwo, inkwizycja pali na stosie domniemanych heretyków i "czarownice", a pokutników w procesji ogarnia szaleństwo.

Kryzys wiary dosięga nie tylko rycerza. Jego giermek, Jöns, (Gunnar Björnstrand) nie ma już nadziei. Twierdzi, że Bóg opuścił człowieka, kpi więc ze Stwórcy i wyrzuca Mu brak działania w świecie. To przeklęte gadanie o śmierci... strach... to gadanie nie robi na mnie wrażenia - komentuje postępowanie księży, którzy straszą śmiercią i przekonują, że lepiej umrzeć czystym, niż żyć dla piekła. Ostrzegają, że nadchodzi dzień sądu - mimo to Jöns odrzuca prawdy wiary, dla niego ważny jest tylko ten świat, którego może doświadczyć i dotknąć.

Inaczej Antoniusz, on - zanim umrze, zanim przegra partię szachów - chce dojść do prawdy. Zagra więc skoczkiem i gońcem, a potem będzie chciał zaatakować Śmierć ze skrzydła. Tymczasem pogrąża się w scholastycznych spekulacjach, drążących sprawy ludzkiego wnętrza. Wiara to dla niego ciężkie (za ciężkie?) brzemię. Bo, jak wierzyć w kogoś ukrytego w ciemności, kto nigdy się nie ukaże? "Nigdy nie przestaniesz pytać i nie otrzymasz żadnej odpowiedzi" - śmierć nie pozostawia Antoniuszowi złudzeń. Rycerz jednak nie ustępuje i nadal drąży: kto się o nas troszczy - Bóg, szatan? A może jest tylko pustka? Co będzie z tymi, którzy chcą wierzyć, a nie są w stanie?

W Apokalipsie czytamy: "gdy Baranek złamał siódmą pieczęć, nastało w niebie milczenie..." Antoniusz, podobnie jak niejeden z nas, nie jest w stanie znieść tego milczenia, nie jest w stanie usłyszeć jego znaczenia - traktuje je jako wymierzone przeciw człowiekowi, przeciw samemu sobie. W końcu zażąda: "Chcę wiedzieć; nie tylko wierzyć, przypuszczać, ale wiedzieć. Chcę, żeby wyciągnął do mnie rękę!".

To pragnienie wiedzy jest tak dojmujące, że Block gotów jest skorzystać z pomocy samego diabła. Wygląda na to, że jego łatwiej spotkać niż Boga - księża i żołnierze dostrzegają go chyba bez trudu, skoro decydują się spalić "czarownicę".

W bohaterach Bergmana znaleźć można nie tylko uniwersalne prawdy o ludzkiej naturze, ale maski, za którymi sami zwykliśmy się ukrywać i za którymi chował się także szwedzki mistrz kina. Odnajdziemy go i w pozornie cynicznym giermku Jönsie, postaci wielowymiarowej i niejednoznacznej, i w rycerzu Antoniuszu, miotającym się między skrajnościami, nie docierającym do swej ostatecznej głębi. I w wielu innych jeszcze bohaterach. Tadeusz Szczepański sugeruje, że Bergman jako swój przyjął paradoks Oskara Wilde'a: "Człowiek jest najmniej sobą, kiedy przemawia we własnym imieniu. Daj mu maskę, a powie ci prawdę". Tak jest także w "Jesiennej sonacie".

Nie dziwi zatem, że pastor Tomas Ericsson (w tej roli znów Björnstrand) - bohater "Gości Wieczerzy Pańskiej" - także przeżywa kryzys wiary. Bo jakże inaczej, skoro: Bóg milczy. Tu, podobnie jak w "Siódmej pieczęci", Bóg jest zrazu kochający i miłosierny, a potem już tylko straszny. Łatwo Go wtedy zanegować i "wyzwolić się" z wiary. Teolog filmu ks. Marek Lis analizując ten obraz zauważył, że dopiero negacja Boga przynosi pastorowi złudne ukojenie.

Pastorowi nie udaje się jednak w pełni zagłuszyć pytania: "Boże, czemuś mnie opuścił?". Wkraczające w jego życie pustka, nicość i samotność okazują się w końcu gorsze niż cierpienie fizyczne. Przywoływany przez zakrystianina krzyż stwarza jednak nadzieję, że w życiu pastora możliwe jest jeszcze zmartwychwstanie miłości. Film kończy się przecież słowami "Sanctus".

Autor "Persony" niczym prof. Isaak Borg z "Tam, gdzie rosną poziomki", rozliczał się z błędów przeszłości. Zapisał też w niej swój lęk przed śmiercią oraz niezgodę na to, że świat - jak twierdził - składa się przede wszystkim z cierpienia. Nic więc dziwnego, że w "Milczeniu" artysta konstatuje ostatecznie, że Boga nie ma.

Nie pierwszy to raz, kiedy nie potrafiący poradzić sobie ze swoją wiarą twórca obdarza nas przejmującymi dziełami, dotykającymi najważniejszych wyborów duchowych człowieka.

Tajemnica nieśmiertelności Bergmana nie wyczerpuje się jednak tylko w jego wymiarze artystycznym. Pozostanie nieśmiertelny, bo opowiadał prawdziwie o tym, co w świecie i człowieku mroczne i bolesne. Czynił to jednak nie po to, żeby epatować cierpieniem, czy mroczną stroną człowieczeństwa. Szukał sposobów takiego bycia człowieka wobec samego siebie i wobec innych, które pozwoli przekroczyć zaklęty krąg samotności i braku sensu.

To szukanie dotyczy wielu z nas, każdej i każdego z nas.

ks. Andrzej Luter
E-teatr
3 lipca 2018
Teatry
Teatr WARSawy
Portrety
Kuba Kowalski

Książka tygodnia

Gilliamesque
Wydawnictwo Planeta
Terry Gilliam

Trailer tygodnia