Sońka historia, która porusza

rozmowa z Rafałem Maćkowiakiem

- Fantastycznie, że w tej realizacji może pojawić się mowa, którą autor nazywa "trasianką", że można mówić "po naszemu". Bardzo mnie interesuje, jak ta sztuka będzie odebrana w Białymstoku - mówi Rafał Maćkowiak, który zagra jedną z głównych ról w sztuce na podstawie powieści Ignacego Karpowicza. Premiera 27 marca.

"Sońka" - historia z naszego pogranicza o miłości niemożliwej między Białorusinką. a esesmanem to już dobrze Panu znana powieść. Czytał Pan ją na antenie radiowej Trójki, teraz w białostockim Teatrze Dramatycznym będzie Pan w niej grał. Ta historia w jakiś specjalny sposób na Pana wpłynęła?

- Zaczęło się od propozycji przeczytania książki w Trójce. Wtedy zetknąłem się z nią po raz pierwszy. Przeczytałem ją specjalnie do tego nagrania. To fantastyczna lektura. Historia jest poruszająca, postaci są świetnie nakreślone. W trakcie lektury wyobrażałem sobie, że byłby to świetny film. Tekst sam w sobie jest genialnym scenariuszem, właściwie nie wymaga większej adaptacji. Plany są wyraźne. Nic tylko zacząć to grać.

Propozycja przyszła od razu z Białegostoku?

- W moim przypadku tak. Mówiło się o tym, że sztuka ma być wystawiana też w Warszawie. Finał był taki, że zadzwoniła do mnie Agnieszka Korytkowska-Mazur, dyrektorka białostockiego teatru i reżyserka tej sztuki. Decyzja była dość łatwa. Nie zastanawiałem się długo.

Igor - powiernik Sońki, który następnie przemienia się w Ignacego - to chyba duże wyzwanie. Wiele osób utożsamia ją z samym Karpowiczem, autorem "Sońki". Jakie to uczucie zagrać uznanego pisarza?

- Poznaliśmy się z Ignacym. Nie traktuję tego jak wyzwanie tego kalibru. Bardziej interesuje mnie sposóbjego pracy. Wydajemi się, że to w jaki sposób pracował nad książką może być mi pomocne. Jego etap twórczy jest również procesem, który przechodzi w powieści reżyser Igor w trakcie pracy nad spektaklem o życiu Sońki. Budowanie postaci na scenie polega na zbieraniu różnych informacji. Na takie wskazówki autora czekam.

Przygotowuje się Pan szczególnie do tej roli?

- Podstawy zawsze są takie same. Ale każda praca jest inna i na tym też polega magia zawodu aktora. W tej realizacji pewną nowością dla mnie jest to, że możemy poznać otoczenie, krajobraz tej powieści. Możemy odwiedzić miejsca, gdzie akcja się toczy, porozmawiać z ludźmi, którzy tam mieszkają. Mieliśmy już wyprawy do Słuczanki [na zdjęciu], odwiedziliśmy Królowe Stojło.

I jak Pan odbiera Podlasie?

- Trudno powiedzieć, że podróżowałem po Podlasiu. Ale miejsca ważne dla tej powieści już odwiedziliśmy i zrobiły one właściwy, pożądany efekt. Dla człowieka takiego jak ja, który przeczytał tę książkę i ale nigdy tutaj nie był, a jedynie wyobrażał sobie ten klimat, rzeczywiście jest to pewne odkrycie. Ważne jest umiejscowienie, zakotwiczenie historii w miejscu.

Pochodzi Pan z Opola. Czy takie historie, jak ta opisana w "Sońcc". tam też się zdarzały?

- Romans z okupantem? Na pewno. Znam historie dziwnego braku przynależności mieszkańców. Ludzi, którzy mieszkali w niewielkich miejscowościach i tak naprawdę do końca nie wiedzieli kim są - Polakami czy Niemcami. To wojna i historia ich określała. I nierzadko te historie były bardzo dramatyczne. Podobnie jak w "Sońce".

Czy na zachodzie Polski, podobnie jak na Podlasiu, mniejszości narodowe mają ważny głos w życiu społecznym?

- Na Opolszczyźnie mniejszość niemiecka jest chyba drugą siłą polityczną w regionie. Tam się bardzo czuje ich tożsamość. Myślę, że na Podlasiu jest podobnie. To cudowne. W Opolu nie mieszkam już od dawna, ale wiem, jak wyglądają relacje mniejszości niemieckiej z Polakami, ludźmi napływowymi, których w tym regionie też jest mnóstwo. Z dzieciństwa pamiętam, że jak się wyjeżdżało z Opola, to wszędzie mówiło się po niemiecku.

To Pana pierwsza wizyta w naszych stronach. Jak to się u nas mówi -jest Pan nietutejszy. Zapewne ma Pan inne spojrzenie na białoruskość. Czy to może być interesujące dla ludzi z zewnątrz?

- Współistnienie religijne różnych społeczności dodaje niesamowitego kolorytu. Uwielbiam to. Przyznaję się, że nie zwiedzam Białegostoku, nie ma na to czasu. Ale być może przez to, że w tym spektaklu współpracujemy także z aktorami z Białorusi i z językiem białoruskim wciąż mam do czynienia na próbach, mam wrażenie, że wciąż ten język słyszę chociażby na ulicy.

Niektórzy wstydzą się tej mowy.

- Nie rozumiem tego. Pochodzę z Opola, ale nigdy z tego powodu nie czułem się gorszy od ludzi z Warszawy. Żyjemy w takich czasach, gdzie trudno określić, co jest bardziej obciachowe - wschód czy zachód.

Czuje się Pan warszawiakiem z powodu pracy czy jednak opolaninem z urodzenia?

- Oczywiście opolaninem, choć w Warszawie mieszkam drugie tyle co w Opolu. Nie mogę się nazywać warszawiakiem, bo na swojej drodze spotykam ludzi, którzy żyją tam od wielu pokoleń. W gruncie rzeczy czy jestem opolaninem? Nie mam tam silnych korzeni rodzinnych, bo do tego miasta przyjechali dopiero moi rodzice. Może dlatego się nad tym nie zastanawiam. Pochodzę z Opola, a miejscem gdzie pracuję i stworzyłem swój dom jest Warszawa.

Wracając do "Sońki". o którą swego czasu zabiegało kilka teatrów. Czy ta historia może być zrozumiała w każdej innej części kraju?

- Myślę że tak. Choć jest bardzo zakorzenienia w podlaskim klimacie, języku. I pewnie właśnie tutaj ten odbiór będzie inny niż w Warszawie. Historia jest uniwersalna. Fantastycznie, że w tej realizacji może pojawić mowa, którą autor nazywa "trasianką", że można mówić "po naszemu". Bardzo mnie interesuje, jak ta sztuka będzie odebrana właśnie w Białymstoku. Być może wyjdzie jakiś kompleks, albo przeciwnie - wielka potrzeba zanegowania go. Ciekawe jest też zderzenie językowe człowieka z Warszawy, który mówi "poprawną polszczyzną" i kobiety, która mówi "po naszemu".

To chyba też tłumaczy decyzję pani reżyser, by w roli Igora obsadzić aktora z Warszawy.

Ale nie zapominajmy że Igor, jest też Ignacym. A Ignacy jest już stąd.

Historia Sońki i jej rodziny będzie wiernie przeniesiona na scenę?

- Adaptacja wciąż się tworzy. W tekście mamy bardzo wyraźne plany. Jest plan spotkania Igora z Sońką, opowieść Sońki o miłości i wojnie oraz trzeci plan-klamra, czyli spektakl, który przygotowuje reżyser Igor. Ten ostatni składa się z kilka mniejszych planów: etap tworzenia sztuki, wystawienie na scenie i moment po premierze. Ponieważ jesteśmy w teatrze i mamy możliwość bycia tu i teraz, na oczach widzów tworzymy spektakl. Jesteśmy w procesie twórczym i wszystko może się zmienić. Dla mnie najważniejsza jest historia opisana w tej książce.

Ma Pan jakieś szczególne oczekiwania wobec tej sztuki?

- To dość osobiste pytanie. Odpowiem na nie, ale dość ogólnie. Chciałbym podobnie jak Igor, a raczej jak Ignacy przeżyć to.

Na scenie musi Pan zagrać i Igora i Ignacego - stworzyć podwójną osobowość. Trudne zadanie aktorskie. Jak Pan konstruuje te postaci?

- Faktycznie pokazanie tej przemiany nie będzie łatwe. W książce mamy do czynienia z rozdwojeniem postaci - jest Igor, a zaraz potem pojawia się Ignacy, który myśli zupełnie inaczej. Na razie jestem na dość łatwym etapie - jestem Igorem, reżyserem, który ma konkretny cel, a Ignacego zupełnie wyparł.

Z białostockim zespołem pracuje Pan po raz pierwszy. Jakie to doświadczenie?

- Dotąd pracowałem głównie ze Svietlaną Anikiej z Białorusi i jestem pod wrażeniem jej umiejętności. Z białostockimi aktorami dopiero zaczynamy wszystko wspólnie tworzyć. Teraz coraz bardziej odczuwam, że jedziemy na tym samym wózku, że wszystkim nam zależy.

Oczekiwania wobec tej sztuki są ogromne.

- Nie chciałbym, aby kiedykolwiek pojawił się etap takiego ciśnienia, przy tej czy każdej innej sztuce. Myślę, że najważniejsze przy tej realizacji jest, by uczciwie podejść do sprawy, rzeczywiście zrobić coś dla widza, ale też dla siebie. Coś przeżyć. Mam takie doświadczenie, że kilka najważniejszych dla mnie prac, które stworzyłem, kończyły się efektem niezadowalającym. Coś nie wyszło. Natomiast cały proces twórczy, praca nad sztuką były kamieniami milowymi w moim życiu zawodowym i dawały wskazówki na przyszłość. Po takich doświadczeniach wszystko wychodziło już tak jak należy.

Dobrze znane uczucie niedosytu?

- Tak. Przykro, że coś kiedyś nie wyszło, ale czasem tak musi być. Nie dajmy się presji, bo to nie jest dobre.

"Sońka" To najnowsza powieść pochodzącego z Podlasia

Ignacego Karpowicza -jednego z najlepszych współczesnych pisarzy. To opowieśćm.in. o uczuciu, które połączyło Sońkę - młodą Białorusinkę z pogranicza i Joachima - oficera SS. Historię wojennego romansu po wielu latach kobieta opowiada Igorowi - słynnemu reżyserowi z Warszawy, który pewnego dnia zgubił się na podlaskiej wsi. Artysta na bieżąco przekształca dawną historię w sztukę teatralną, tworząc własną wersję wydarzeń. A kiedy zdawać by się mogło, że wyczerpał już limit pomysłów, w wiejskiej chacie pojawia się Ignacy, o którym Igor próbował zapomnieć.

Anna Kopeć
Kurier Poranny
16 marca 2015

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia