Spektakl Pawła Woldana ratuje honor rodzimej sceny

"Powołanie" - reż. Paweł Woldan - Teatr Telewizji

"Powołanie" Pawła Woldana (bodaj jedenasty spektakl tego znakomitego twórcy filmowego i teatralnego dla Teatru Telewizji) obejmuje, co
zrozumiałe, zaledwie mały wycinek z ogromnie bogatej biografii Karola Wojtyły - Jana Pawła II. Ale jest to wycinek niezwykle istotny dla kształtowania się, dojrzewania formacji duchowej przyszłego papieża, a następnie świętego. Akcja spektaklu rozgrywa się w Krakowie na przestrzeni kilku lat - od jesieni 1938 r. do 1 listopada 1946r., gdy Karol Wojtyła otrzymał święcenia kapłańskie z rąk abp. Adama Sapiehy.

Polskie teatry nie były zainteresowane jubileuszem Karola Wojtyły

Można powiedzieć, że sztuka i spektakl "Powołanie" - autorskie dzieło scenarzysty i reżysera Pawła Woldana, znakomitego specjalisty od spraw Kościoła, tematyki religijnej, nierzadko sięgającej wręcz do mistyki - w pewnym sensie ratuje honor polskiego teatru. Ratuje nie tylko dlatego, że podnosi tak ważny, niezwykle delikatny i trudny w przełożeniu na środki wyrazu artystycznego temat jak kształtowanie się
powołania kapłańskiego i rezygnacji z powołania do aktorstwa, ale ratuje honor teatru w Polsce w ogóle. Spektakl pokazano bowiem w Teatrze Telewizji w poniedziałkowy wieczór 18 maja, dokładnie w 100. rocznicę urodzin Karola Wojtyły - Jana Pawła II. Tymczasem dość spojrzeć na plany repertuarowe polskich scen zapowiadane na obecnie trwający sezon. Jakoś nie zauważyłam, by rok 2020, uchwalony wszak przez Sejm Rokiem Świętego Jana Pawła II z racji jubileuszu, był uwzględniony w planach teatralnych. Już choćby dlatego, że Papież w młodości był człowiekiem sceny i dramatu. Wprawdzie obecnie placówki są zamknięte, ale stało się to dopiero od połowy marca. A jak było wcześniej? Trzeba powiedzieć dobitnie - teatry nie były zainteresowane tematem Jana Pawła II. Jeśli nawet gdzieś znalazł się jakiś wyjątek, to przedstawienia te nie były nagłaśniane, zapowiadane, promowane. A przecież wśród aktorów, reżyserów, artystów są także ludzie wierzący, którzy kiedyś - jak tylko nadarzała się okazja - chętnie fotografowali się z Papieżem Polakiem.

Tak więc jest 1938 rok, osiemnastoletni Karol Wojtyła (Józef Pawłowski) po znakomitym zdaniu matury przybywa z ojcem (Adam Woronowicz) do Krakowa. Tu rozpoczyna studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na seminarium u sławnego profesora Stanisława Pigonia (Tadeusz Kwinta) poznaje nowe koleżanki i nowych kolegów. Z niektórymi połączy go przyjaźń na całe życie. Do nich należy grany w sztuce przez Marcina Piotrowiaka Juliusz Kydryński (1921-94), krytyk teatralny i filmowy, tłumacz m.in. dzieł Szekspira, w latach niemieckiej okupacji działacz podziemia kulturalnego w środowisku krakowskim, więzień KL. Auschwitz, a prywatnie starszy brat późniejszego popularnego konferansjera scenicznego i telewizyjnego Lucjana (1929-2006), bardziej zresztą od niego znanego.

Juliusz Kydryński, podobnie jak Karol Wojtyła, jest zafascynowany teatrem, ale to inna fascynacja. Kydryński postrzega bowiem teatr bardziej z zewnątrz, jako obiekt do analizy. Interesuje go ocena krytyczna dzieł scenicznych. Karol zaś jest w samym sercu teatru, w jego wnętrzu, jako współtwórca dzieła realizowanego na scenie. Młodego Wojtyłę pochłania aktorstwo. Rozmowy prowadzone z Kydryńskim wyraźnie wskazują na różnice dzielące ich obu w postrzeganiu misji teatru, jego estetyki, programu i celowości. Kydryński pozostaje pod urokiem wizji programowej i artystycznej Juliusza Osterwy. Karol zaś uważa, że Osterwa w swoim ideowym programie teatru jako sztuki trochę dziwaczy. "Z Osterwą się nie identyfikuję, wolę wizję teatru Kotlarczyka" - mówi w odpowiedzi Kydryńskiemu podczas spaceru. Karol odnajduje się w twórczości Wyspiańskiego, w "Hymnach" Kasprowicza, a nade wszystko w filozofii Norwida, która, jak wiemy, pozostanie Karolowi Wojtyle, a potem papieżowi Janowi Pawłowi II bliska do końca życia. Do Norwida będzie powracał także we własnej twórczości. Nie tylko w tekstach literackich, poetyckich, ale także w nauczaniu papieskim, w homiliach. Jan Paweł II - jak byśmy dziś powiedzieli - był najlepszym, najzagorzalszym i najwybitniejszym propagatorem Norwida. To właśnie Papież Polak powiedział, iż Norwid jest jednym z największych poetów-myślicieli, jakich wydała chrześcijańska Europa. Poezję Norwida kształtowała głęboka wiara w Boga oraz w nasze Boże człowieczeństwo - przypominał Jan Paweł II.

Wprawdzie wątku, o którym chcę wspomnieć, nie ma w przedstawieniu Pawła Woldana, bo dotyczy okresu o wiele wcześniejszego w życiu Karola Wojtyły, ale warto go przypomnieć. Z poezją Norwida Lolek zetknął się już bardzo wcześnie, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej. I to dzięki ojcu, który często czytał swemu synowi "Fortepian Szopena". W ostatniej klasie gimnazjum wziął udział w konkursie recytatorskim, gdzie wygłaszał poemat Norwida "Promethidion" . Utwór to bardzo piękny, o wielkiej głębi intelektualnej i filozoficznej, ale niezwykle trudny do recytacji nawet dla zawodowego aktora. Tymczasem młody Karol wypowiadał norwidowskie strofy nie tylko ze zrozumieniem niełatwych treści zawartych w skomplikowanej strukturze poetyckiej, ale recytował poemat ze znakomitą dykcją. Wspominali potem o tym z zachwytem świadkowie tego konkursowego występu.

Dobrze zatem, że Paweł Woldan w swoim spektaklu "Powołanie" choć na chwilę przywołał nazwisko Norwida. Oczekiwałabym może więcej, wszak Norwid był jedną z tych postaci, które miały poważny wpływ na formowanie intelektualne, duchowe i filozoficzne młodego Karola Wojtyły.

Wróćmy jednak do sztuki. Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim przerywa wybuch wojny, jednak profesor Stanisław Pigoń (1885-1968) organizuje wtedy tajne nauczanie. W grupie jego studentów oprócz Karola Wojtyły są m.in. Juliusz Kydryński z siostrą Marią (Anna Lemieszek) i Halina Królikiewiczówna (Adrianna Chlebicka), szkolna koleżanka, córka dyrektora wadowickiego gimnazjum, z którą Karol zaprzyjaźnił się już latach chłopięcych. Razem występowali na scenie wadowickiego amatorskiego teatru prowadzonego przez nieocenionego Mieczysława Kotlarczyka (1908-78), m.in. w "Antygonie" Sofoklesa; Karol grał wtedy Hajmona a Królikiewiczówna Antygonę. To właśnie Kotlarczykowi Karol Wojtyła zawdzięczał już w wadowickich latach szkolnych wielkie zainteresowanie teatrem i zamiłowanie do niego. Do teatru wielkiego, antycznego, romantycznego, bo taki właśnie repertuar realizował wielki twórca na małej szkolnej amatorskiej scenie, pragnąc uwrażliwić w ten sposób młodzież gimnazjalną na szlachetną literaturę sceniczną. Z Haliną Królikiewiczówną Karol grał także później, w Krakowie w czasie niemieckiej okupacji.

Mieczysław Kotlarczyk był absolwentem polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorem nauk humanistycznych, pedagogiem, reżyserem z wizją teatru słowa jako najważniejszego budulca. Bez tego fundamentu nie ma teatru. Kotlarczyk sumiennie dawał temu dowód w swojej działalności. Ten wyjątkowy artysta i wielki patriota, człowiek wiary, należał do powstałej w 1940 roku "Unii", tajnego katolickiego podziemnego ugrupowania patriotycznego o charakterze ideowo-wychowawczym. Ta katolicko-narodowa organizacja, choć powstała w czasie okupacji niemieckiej, miała swoje plany także na czas po wojnie (wiadomo, iż 17 września 1939 r. Polska znalazła się pod dwiema okupacjami - niemiecką i sowiecką od wschodu). Były to plany związane z odbudową niepodległej Polski opartej na zasadach katolickiej nauki społecznej. Do "Unii" należał także Karol Wojtyła i aktorzy tworzący skład Teatru Rapsodycznego, powstałego właśnie pod auspicjami "Unii". Teatr Rapsodyczny odegrał dużą rolę nie tylko jeśli chodzi o sprawy artystyczne, ale miał ogromny wpływ na formację intelektualną, kulturalną i etyczną.

Jednym z najważniejszych wątków spektaklu "Powołanie" jest właśnie ten dotyczący Teatru Rapsodycznego, założonego przez Mieczysława Kotlarczyka (w tej roli Przemysław Stippa) przy współudziale Karola Wojtyły w 1941 r. W niewielkiej przestrzeni mieszkania Karola w przyziemiu na ul. Tynieckiej 10 odbyła się pierwsza konspiracyjna premiera. Było nią wystawienie "Króla Ducha" Juliusza Słowackiego 1 listopada 1941 roku. Dokładnie pięć lat później tego dnia Karol zostanie księdzem

Z pewnością niełatwo było Józefowi Pawłowskiemu, grającemu główną postać, wejść w rolę młodego Wojtyły interpretującego wielkie dzieło Słowackiego. To dla aktora wielkie wyzwanie - tym bardziej, że brak dziś możliwości zmierzenia się aktorsko z klasyką - a zarazem silne obciążenie wielkością Poprzednika: Karola-papieża-świętego. Józefowi Pawłowskiemu udało się jednak wydobyć ze słowa zawartą w nim siłę przekazu. Scena krótka, w pełni udana, a także oddająca klimat i realia tamtych, okupacyjnych dni. Gdy Karol na zaimprowizowanej scenie wypowiada tekst, za oknami słychać niemiecką szczekaczkę.

W spektaklu Pawła Woldana w scenie ukazującej próbę "Króla Ducha" Mieczysław Kotlarczyk przedstawia swoją wizję teatru. Sygnalizuje, w jakim kierunku ideowym, estetycznym i etycznym będzie podążać świeżo powstały Teatr Rapsodyczny. Ma to się odbywać poprzez realizację najwybitniejszych polskich dzieł: Wyspiańskiego, Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Krasińskiego. Kotlarczyk wskazuje na program, który ma uświadamiać nas, Polaków o naszym wielkim dziedzictwie kulturalnym, o konieczności zachowania naszej tożsamości - narodowej, religijnej, kulturowej. Było to oczywiście wielkie wyzwanie. Należało się spodziewać, iż po zakończeniu wojny, w Polsce pozostającej pod sowiecką okupacją, żywot Teatru Rapsodycznego nie będzie łatwy. I tak też było, ale to już inny temat.

W każdym razie wątek tyczący Teatru Rapsodycznego w spektaklu "Powołanie" ma swoje szersze, zasygnalizowane odniesienie. Chodzi nie
tylko o postawienie Karola Wojtyły przed wyborem: aktorstwo czy kapłaństwo, ale także o pewną formację intelektualno-artystyczną, narodową i filozoficzną. Teatr Rapsodyczny - zwłaszcza rozmowy Karola Wojtyły z Mieczysławem Kotlarczykiem - miał wszak niemały wpływ na kształtowanie charakteru, niezależności ducha, nie mówiąc już o nauce warsztatu aktorskiego i guście artystycznym.

Innym ważnym wątkiem w spektaklu jest spotkanie Karola Wojtyły z Janem Tyranowskim (doskonała, pięknie zagrana, w pełni przekonywująca rola Piotra Głowackiego, bardzo podobnego zresztą z twarzy do twórcy kółek Żywego Różańca). Prowadzone przez nich rozmowy w kościele na Dębnikach oraz w mieszkaniu na Różanej nie pozostają bez wpływu na formowanie przestrzeni duchowej młodego Karola, studenta polonistyki, obeznanego z wielką polską literaturą. Jan Tyranowski (1901-47), z zawodu urzędnik, ale zarabiający na życie jako krawiec (w spadku po ojcu otrzymał zakład krawiecki), był człowiekiem zupełnie niezwykłym. Ściany jego mieszkania wypełnione są książkami. Specjalne miejsce zajmują pośród nich dzieła wielkich mistyków Kościoła. To właśnie on zachęca Karola do zgłębiania pism św. Jana od Krzyża. Na refleksję Karola o mistyce zawartej przecież także w dziełach romantyków, w tym Słowackiego, Tyranowski zaleca mu przeczytanie jednak dzieł prawdziwych, wielkich mistyków Kościoła, właśnie św. Jana od Krzyża czy św. Teresy z Avili.

Przedstawienie Pawła Woldana to zatem rzecz o duchowym dojrzewaniu młodego Karola. Autor przeprowadza bohatera przez kolejne sytuacje-etapy, które mniej lub bardziej świadomie formują młodego człowieka. Najwcześniejszym ośrodkiem formacyjnym był bez wątpienia ojciec, w którym Karol po śmierci matki znalazł nie tylko wspaniałego opiekuna, ale też kogoś, kto troszczy się o jego rozwój duchowy, intelektualny i patriotyczny. Od najmłodszych lat podsuwał mu odpowiednie lektury, wspólnie klękali do modlitwy, szli na nabożeństwa. Ojciec był dla Karola wielkim wsparciem i wielkim przewodnikiem w wielu wymiarach.

Ukazując poszczególne czynniki-osoby formujące Karola na jego drodze dojrzewania duchowego i intelektualnego, Paweł Woldan nie dynamizuje narracji, prowadzi ją spokojnie z akcentem położonym na wypowiadane treści. Ekspresja artystyczna została tutaj podporządkowana głównej idei przedstawienia, którą jest pokazanie procesu prowadzącego do wyboru drogi życiowej przez głównego bohatera. Reżyser ukazuje trzy możliwości, które miał do wyboru Karol Wojtyła. Pierwszą jest walka zbrojna z niemieckim okupantem, a po wojnie z sowieckim. Karol wprawdzie wstępuje do podziemnej organizacji, ale jest przeciwko zabijaniu. "Ja walczę o zachowanie ducha narodu" - mówi. Droga druga to aktorstwo. Młody Wojtyła kochał literaturę dramatyczną oraz teatr i był przy tym znakomitym aktorem o wyrazistej i bogatej osobowości, doskonale ustawionym głosie, bardzo dobrej dykcji oraz scenicznym emploi. Mógł odnieść sukces na deskach scenicznych. Drogą trzecią, najmniej spodziewaną dla najbliższego otoczenia, było kapłaństwo.

Zdaję sobie sprawę z tego, z jaką trudnością mierzy się reżyser pragnący ukazać tak delikatną i nieuchwytną przestrzeń człowieka, jaką jest jego duchowość. A cóż mówić o wyrażeniu na scenie zaistnienia powołania kapłańskiego, ukazaniu wsłuchiwania się młodego kandydata na księdza w nawołujący go głos Boży. Jak to pokazać, by nie ośmieszyć, nie "przedobrzyć" w żadną stronę. To zadanie bardzo trudne, ale, jak widać, wykonalne. Paweł Woldan ma w swoim dossier ogromny dorobek spektakli teatralnych, filmów i innych dzieł, a przy tym można o nim powiedzieć, że jest specjalistą od ludzi Kościoła (ogromna większość twórczości tego artysty jest poświęcona właśnie tej tematyce). Posiada więc bogate doświadczenie, dobre przygotowanie zawodowe i należytą wiedzę teologiczną. Poświadcza to także jego najnowszy spektakl, zawierający bardzo pogłębione rozważania na temat mistyki czy sensu cierpienia. Spektakl "Powołanie" Paweł Woldan napisał i wyreżyserował z wielkim wyczuciem istoty tematu oraz dbałością o zgodność z prawdą i rzeczywistymi faktami z biografii Karola Wojtyły, jak również innych postaci. Od strony artystycznej spektakl prowadzony jest w spokojnym rytmie i bez udziwniania przy istotnym współudziale scenografii Małgorzaty Grabowskiej. W budowaniu dramaturgii oraz klimatu wspomaga reżysera świetna, utrzymana w spoistości z tematyką spektaklu muzyka Andrzeja Krauzego. Warto też podkreślić zdjęcia świetnego operatora Piotra Wojtowicza, aczkolwiek zbytnie wyciemnienie niektórych scen, co w zamierzeniu reżysera miało, jak myślę, tworzyć specjalny nastrój, zadziałało wręcz odwrotnie.

Na koniec należy przyznać, że Józef Pawłowski pod okiem reżysera prowadzi postać Karola Wojtyły dość równomiernie, na sporym wyciszeniu wewnętrznym. Nie ma żadnych zbędnych gestów. Całą przestrzeń duchową wyraża jedynie twarz, na której maluje się spokój, harmonia życia wewnętrznego i wielkie skupienie na tym, co najważniejsze. Doskonale można sobie w nim wyobrazić młodego Karola, który w przyszłości zostanie sternikiem Kościoła. Jest to twarz człowieka, któremu można zaufać, w której odbija się prawda.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
WPIS
5 czerwca 2020
Portrety
Paweł Woldan

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...