Śpiewaj swój ból

„Pearl Chaber", reż. Agnieszka Pawlak, Scena Wspólna w Poznaniu

Mityczna kultura ludowa nieregularnie ale wytrwale inspiruje i towarzyszy ludziom polskiego teatru od co najmniej dwóch wieków. Romantycy rozpoczęli ten korowód, w którym między innymi szedł również Wyspiański ze swoim Weselem, eksplorował zarówno Teatr Gardzienice w pierwszym okresie swojej twórczości, jak i Teatr Węgajty oraz Teatr Wierszalin, a niecałe trzy lata temu dołączył do tego z wieloma sukcesami i wysoką frekwencją spektakl Do dna.

Folklor wciąż prowokuje, ubarwia, pomaga odkryć zakryte albo jeszcze głębiej je zakryć pod kolorowym montażem atrakcji – jest estetycznym wytrychem do wielu drzwi. Tym razem ten worek bez dna (jakby na przekór wspomnianemu krakowskiemu spektaklowi) otworzył duet sieradzko-poznańskich twórców – aktorka Agnieszka Pawlak i multiinstrumentalista Stanisław Pawlak, którzy wbrew pozorom nie są spokrewnieni. Ich wspólne dzieło, muzyczny monodram na dwie postacie i sześć piosenek – Pearl Chaber, miałem okazję oglądać dziewiętnastego października tego roku na poznańskiej Scenie Wspólnej.

Początek pierwszego zdania autorskiego opisu spektaklu brzmi: „Pearl Chaber to podróż w głąb słowiańskich szlaków ziemi sieradzkiej, w których autorzy odnajdują inspirację" i trafnie ujmuje funkcjonowanie folklorystycznych motywów w ramach inscenizacji. Twórcy nie starają się naiwnie odtworzyć domniemanej kultury ludowej – jest ona jedynie i aż inspiracją oraz materiałem do współczesnej, autorskiej opowieści o teraźniejszych problemach. Nie zastaniemy więc tutaj zestawu standardowych rekwizytów i środków: czerwonych korali, kolorowych sukni, ludowych tańców czy imitacji regionalnych akcentów. Zamiast tego możemy usłyszeć estetyczny kolaż różnych stylów muzycznych – od popu do brudnego jazzu, reinterpretujących oryginalne pieśni i odsłaniających zawartą w nich maskulinistyczną kulturę patriarchatu.

Przestrzeń sceniczna wydaje się ogromna i zagarniająca, gdy patrzymy na drobną, kobiecą postać niewinnie pląsającą pośród oszczędnych plam światła. Śmieje się, podskakuje, bawi własną żywiołowością i obecnością widzów oraz z rozbawieniem wymieszanym z infantylnym podziwem powtarza rzucane z playbacku narzucone morały o spełnieniu kobiety. Jednak owa scena jest tylko pozornie szczęśliwa. Widz szybko nabiera dystansu, patrząc zarówno na osaczający aktorkę nadmiar statywów z mikrofonami nabierających jawnie fallicznego charakteru, jak i na wyczekującego, milczącego strażnika – akompaniatora, który swoim spojrzeniem zdaje się nadzorować każdy jej ruch. Napięty niepokój towarzyszący całej sytuacji spotęgowany jest poprzez dwuznaczny strój bohaterki – z jednej strony swoją białą barwą i krojem odnoszący się do tradycyjnych, romantycznych wyobrażeń czystej dziewicy, z drugiej jednak zawieszający swoją niewinność wyeksponowanym, ledwie zasłoniętym przez półprzezroczysty materiał biustem. Chwilę później padają pierwsze śpiewane słowa „Weźże mnie Józinek, weźże mnie".

Tradycyjne sieradzkie pieśni śpiewane na nowo śpiewają tutaj o kobietach uwięzionych w ustalonych schematach życia narzuconych im przez mężczyzn i mężczyznom podporządkowanych. Śpiewają o młodej dziewczynie dla której kresem marzeń i ostatecznym spełnieniem jest bycie zdominowaną przez mężczyznę. Śpiewają o gwałcie, po którym mężczyzna może zniknąć, a dziecko musi się pojawić. Śpiewają o represjach wobec kobiety, która nie chce być matką, za co musi skończyć w areszcie. Śpiewają o świecie, gdzie kobieta może być wartościowa tylko jako matka, żona lub kochanka, a każda próba ucieczki z niego obciążona będzie karą. Śpiewają rozczarowaniem, bezsilnością i bólem. Śpiewane są do widza i wobec niego, który – z powodu braku czwartej ściany – nie może już pozostać obserwatorem, a wezwany jest na świadka i musi się ustosunkować do ich obezwładniającej aktualności.

Przesłania spektaklu nie da się jednak sprowadzić jedynie do ukazania niesprawiedliwości rozpisanych wzdłuż przypisanych ról płciowych i namiętnego oskarżania patriarchatu. Stematyzowana zostaje sama możliwość tego śpiewu. Pomiędzy pięknymi utworami rozlegają się długie momenty milczenia wypełnione krokami, przesuwaniem statywów z mikrofonami i koniecznym nawilżeniem strun głosowych przez aktorkę – postać ucieleśniającą kobiece doświadczenia oraz jej wewnętrznym przygotowaniem do kolejnego utworu, kolejnego aktu. Ale zacznie śpiewać dopiero, gdy strażnik-akompaniator jej pozwoli. Są to nie tyle przerwy dla widza czy dla aktorki (choć też), ile w sensie symbolicznym dla odgrywanej postaci. Oprócz tego, że pieśni te są bólem, a więc i bolesne do śpiewania, sam akt ich rozpoczęcia jest wyzwaniem wymagającym podjęcia odważnej mowy, która w męskim świecie wciąż może być, i z reguły jest, ukarana. Toteż jest śpiewane: „Mania Jankowa szelma zawodowa twoja mać".

Jest to ogółem spektakl, który łatwo mógł upaść pod ciężarem własnej treści. Na szczęście twórcy zgrabnie zbalansowali całość i dopełnili pięknym wykonaniem. Agnieszka Pawlak nie tylko śpiewa brawurowo zróżnicowane i niełatwe utwory, precyzyjnie przeskakując pomiędzy kolejnymi estetykami, lecz także wzmacnia ich siłę finezyjną grą aktorską – w nich i poza nimi – wyrazistym i subtelnym gestem, mimiką, ogółem działaniem, dopełniając tę smutną opowieść. Wspaniale muzycznie współtowarzyszy jej w tym Stanisław Pawlak, jednocześnie swoją opresyjną sceniczną biernością kontrastujący i uwypuklający emocjonalny skowyt bohaterki. Należy mu również pogratulować skomponowania na nowo wciągających już samą melodią piosenek, stających się w tym spektaklu wszechogarniającym trzecim bohaterem.
Chabrowa perła rodząca się w bólach to doświadczenie warte doświadczenia. Gdybym chciał narzekać, mógłbym ewentualnie odnotować, że pierwsza część jest mniej wciągająca i słabsza, ale to tylko dzięki porównaniu ze zniewalającymi utworami nadchodzącymi później. Mógłbym też się zastanawiać, czy ów spektakl nie jest zbyt czarujący, czy jego społeczno-polityczny manifest nie umiera pod doznaniem estetycznym. Mógłbym, ale nie chcę, gdyż Pearl Chaber wyciąga i oddaje głęboko schowany przez męską tradycję kobiecy głos i każe go wszystkim wysłuchać, stając się paradoksalnym wytchnieniem dla kobiet, które nie wiedzą, jak krzyczeć, lub rewidującym wyzwaniem rzuconym kulturze.

Chyba że jest jednak zbyt ładny i wolimy po nim tylko doceniać piękno wykonania.

Miłosz Mieszkalski
Dziennik Teatralny Poznań
9 listopada 2019
Portrety
Agnieszka Pawlak

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski