Spiskowcy absurdu

"Atrament dla leworęcznych", Teatr KTO w Krakowie / Tomasz Pilecki

Atrament dla leworęcznych i sztuka dla myślących inaczej. Obie rzeczy istnieją, ale uświadamiam to sobie bez zgrozy, przecież eksperci udowodnili a rzeczywistość już o wiele wcześniej potwierdziła, że, pełne przestróg dla rodziców opowieści przedszkolanek o ich leworęcznych dzieciach, będących rzekomo głupszymi od innych, są mitem stworzonym na potrzeby totalitaryzmów. Myślący inaczej też nie oznacza "głupszy" i to nie tylko w ramach szaleńczo, niesmacznie czasem nadinterpretowanego sensu poprawności politycznej (społecznej, obyczajowej?... Ile kryteriów tu można zniweczyć!).

Wchodząc do Teatru KTO popadam więc w błogostan, jego pełną absurdu – nie-absurdalną atmosferą mogę wreszcie jak najgłębiej odetchnąć. Bo na dworze zima, zimno, płuca mam jakieś wydelikacone, ludzie też zimni i na to też jestem dziwnie przewrażliwiony. Ale ocieram się o tych ludzi, w ciasnej szatni, bez szczególnych po temu intencji, tak samo się dzieje, a kto wie, może i oni cieplejsi, może wyjdzie się stąd jakkolwiek rozgrzanym? Ostatnio po „Hrabalu”, jak na tablicy repertuarowej skrócono „Sprzedam dom, w którym już nie mogę mieszkać”, piękna dziewczyna rozdawała piwne bączki…  

Usiadłem na krześle, przy krawędzi rzędu, obok na podeście przykucnął Jerzy Zoń. Bez dyrektora nie rozegrałaby się tutaj żadna sztuka, choć ani on nie wypowiada żadnej kwestii, a i też cały czas siedzi spokojnie. Uśmiecha się. Jacek Buczyński, Maciej Małysa, Paweł Rybak oraz Maciej Słota wnoszą w rękach, pod pachami, na głowach chwiejące się krzesła, stolik, skrzypiący wieszak, parasolnik jak maselnica. Z tych rekwizytów i ze swojej obecności konstruują świat, który według programu ma istnieć godzinę i piętnaście minut.  

A elementy tej rzeczywistości mogliby wymyślić zarówno Jan Svankmajer jak i Roland Topor, podstarzała już brytyjska grupa Monty Pythona czy kabaret Mumio. Echa rzeczywistości tego ostatniego kabaretu rozbrzmiewają w istocie w niebywałym podobieństwie Jacka Buczyńskiego do Dariusza Basińskiego, a z kolei Maciej Słota „przedsiębrał” rolę cynicznego biznesmena w komedii „Hi Way” wyprodukowanej przez Mumio.  

O czym nie jest „Atrament dla leworęcznych”? Nie jest o ludziach zmęczonych własnym życiem, o gnuśności, o zupełnym braku umiejętności przystosowawczych, w tym umiejętności kulinarnych, w żadnym razie nie jest o braku smaku. I zdumiewające, bo jednocześnie wszystkie anonimowe postacie spektaklu dręczy któraś z tych przypadłości. 

Czy warto streszczać fabułę każdej z tych obyczajowych scenek? Nawiasem mówiąc, ta obyczajowość, charakteryzująca zresztą „Atrament…” w materiałach teatru, jest niezwykła, paradoksalna, niekiedy nawet nieobyczajna. A jak życiowa, prowokująca do asocjacji! Jednakże w tym kontekście słowo to nieprzystojne. 

Zdumiewa lekkość, wyczucie, precyzja, głębia sytuacji rysowanych na scenie a najbardziej podskórne uczucie, że jej świat przenosi się na widownię, do głowy siedzącego tam człowieka. I w chwili, gdy ostatni z aktorów, pozostający po 75 minutach na deskach teatru, zwraca się twarzą ku publiczności, traci się punkt odniesienia, dzięki któremu można by stwierdzić, że ten absurd już minął. Bo rozlegają się oklaski, bo stoję w kolejce do szatni, żeby odebrać moją kurtkę… Ale wciąż nie mam pewności, czy ten świat jeszcze trwa, czy już się skończył, czy nie kończy się nigdy, bo taki jest zawsze…

Tomasz Pilecki
Dziennik Teatralny Kraków
26 lutego 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia