Spowiedź chuligana, czyli ta nasza młodość, co pierwszą jest, potem drugą...

"Spowiedź chuligana. Jesienin" - reż. Krzysztof Jasiński - Teatr Polonia w Warszawie

Na stole stoi nieodłączna butelka, pod nim jest i druga, zapasowa, na wszelki wypadek. Świecznik rozjaśnia mrok, a wiekowy już Jesienin krążąc wokół rekwizytów wspomina swoje życie. Obfitowało ono w wiele wątków.

Artysta żył i tworzył na przełomie epok kluczowych dla dziejów świata i Kraju Rad. Debiutował w czasach carskiego ukazu, żył i umarł już w epoce, o jakiej on oraz wielu mu podobnych marzyło, by ostatecznie się nią rozczarować. Cynizm to chyba główny rys charakterologiczny obecnego Jesienina, tego zastanego w chwili utraty złudzeń. Owszem, recytuje on jeszcze swoje wiersze, ale bez entuzjazmu, raczej po to, by je sobie przypomnieć. One same niewiele zmieniły w losach odbiorców. Czy wpłynęły na cokolwiek w życiu poety? Zapewne zaznał on sławy. Przede wszystkim jednak boleśnie zetknął się z machiną władzy bezlitośnie gruchoczącej kości niegdysiejszych towarzyszy jej podróży. Jesienin nie antyszambrował pod gabinetami radzieckich komisarzy w celu załatwiania swoich spraw. Raczej był dla władz kłopotliwym wyrzutem sumienia i uciążliwym balastem. Kłopotliwszym z każdym rokiem utrwalania się nowej klasy panującej. Początkowy zwolennik komunizmu, potem przechodził na pozycje kontestacji systemu. Nie dotrwał czasów, gdy rządzący nakazywali wypreparowywanie z dawnych fotografii zbiorowych byłych towarzyszy walki, którzy na nowym etapie stawali się zbędni, wręcz kompromitujący. Jesienin zginął wcześniej, trawiony chorobą alkoholową, rzekomo powiesił się w swoim pokoju. Po upadku ZSRR niezależne już śledztwa wykazywały inną wersję zdarzeń, wskazującą na udział w nich osób trzecich.

"Byłby ze mnie kawał złodzieja" - dywaguje sceniczny Jesienin, bo i życie wiódł nasycone nieprzystającymi człowiekowi ze świecznika ekscesami. Ale poeta zaraz jednak dodaje: "kocham ojczyznę". Jego bujny temperament, spory apetyt na czerpanie z życia obfitymi garściami, każe oba te zapewnienia traktować poważnie. "Wiele dziewcząt żem obmacywał" - peroruje autor, ale do najbarwniejszych epizodów w tym względzie należy burzliwy romans z Isadorą Duncan, słynną amerykańską tancerką, znaczony przede wszystkim długą listą zdewastowanych w USA pokoi hotelowych. Nie mogło podobać się na Kremlu, że beniaminek czerwonych decydentów wiedzie los rozpasanego enfant terrible, do tego kontestując niemal jawnie system radziecki. Ten sam Jesienin deklaruje: "chcę obszczać księżyc przez okno", a to już dwuznaczny akt bezczelności. Jeśli bowiem odrzucić symboliczną retorykę, a potraktować wolę artysty inaczej - należało go wyeliminować zanim stanie się kimś niebezpiecznym dla władzy. Obrazoburca swojego wieku nie miał zamiaru przechodzić na pozycje klakiera i serwilistycznego apologety. Uciekał w amok alkoholowy, choć w wierszach zapewniał: "nie umrę nigdy, mój bracie". "Nuda dni ostatnich" wieńcząca karkołomny żywot, deformowany na własne życzenie oraz świadomość, że nic poety w życiu już nie czeka, znajdują wyraz w spowiedzi chuligana. Jego egzaltacje poetyckie, ludyczne w swojej wymowie, dzisiaj dość zarchaizowane są i trudne w odczytaniu. A przecież pisane były wówczas, gdy historia zmieniała krajobraz planety. Już po przewrocie bolszewickim sprawiają owe wiersze wrażenie oderwanych od przełomowych czasów, choć przecież formalnie pozostają fascynująco zagadkowe.

Dziś sztukę "Spowiedź chuligana" chłonie się raczej ze względu na tytułową w niej rolę Andrzeja Grabowskiego. Aktor mierzył się już z wierszami rosyjskiego poety ćwierć wieku temu, również pod kierownictwem reżyserskim Krzysztofa Jasińskiego. Teraz po 25 latach obaj twórcy postanowili do owej kreacji powrócić. Ówczesnego Jesienina, a widzimy go też w dawnych kadrach przywołanych na ekranie, cechował szelmowski entuzjazm. Obecny poeta to zblazowany jegomość, sarkający na upływ czasu, nie wspominający słowem o politycznym kontekście epoki, w jakiej mu przyszło działać. Ale to przy tym typ witalny, trzymający widzów "za pysk", ściągający im cugle w każdym dowolnie wybranym przez siebie momencie. I to przy świadomości, że treść i forma poezji, jaką tworzył sam Jesienin już dawno straciła nośność intelektualną. Aktor, który po kres żywota będzie kojarzony z rolą poniżej skali swego talentu, tu, na scenie warszawskiego teatru "Polonia" wzruszy własnoręcznie wykonaną partią gitarową, a capella odśpiewa arię operową, a "na zagrychę" łyknie z gwinta. "Szczęśliwy, że żyłem"- spointuje swój los rymotwórca. Ale na szczęśliwca nie wygląda. Schodzącemu ze sceny w mrok kulisy towarzyszyć będzie "Dezyderata", kultowy hymn "Piwnicy pod Baranami". Rozlegną się brawa, ale chyba nie dla Jesienina. Prędzej dla Grabowskiego.

Tomasz Misiewicz
Echo Dnia
11 sierpnia 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski