Spowiedź dziewczęcia wieku

"Śmierć i dziewczyna" - reż. Ewelina Marciniak - Teatr Polski we Wrocławiu

Podobno nie powinno się oglądać premiery spektaklu teatralnego ani pokazów zaraz po niej. Mówi się, że dopiero później aktorzy się docierają, całość nabiera naturalności na skutek pozbycia się przedpremierowego napięcia. W przypadku wrocławskiego spektaklu ta reguła ma szczególne znaczenie - kilka miesięcy po listopadowej awanturze można chyba spojrzeć na niego chłodnym okiem.

Przedstawienie Marciniak opiera się na krótkich tekstach ze zbioru "Śmierć i dziewczyna I-V. Dramaty księżniczek". Chodzi o dramaty "Królewna Śnieżka", "Śpiąca Królewna" i "Rosamunde". Ale pojawiają się one jedynie we fragmentach, zresztą motywy baśniowe są tutaj mocno ponaciągane. Podstawą widowiska jest "Pianistka", choć twórcy nie dostali zgody Jelinek na adaptację jej słynnej książki. Mimo że występujące postacie nie noszą powieściowych imion (jak Erika, Walter), to linia fabularna przedstawienia i funkcje poszczególnych sylwetek są niemal identyczne. Uwaga widza podąża za protagonistką - nauczycielką konserwatorium muzycznego - prowadzącą podwójne życie.

Małgorzata Gorol pokazuje kobietę zimną i całkowicie niedostępną. Okrutną w pracy (scena lekcji), obojętną wobec ludzi. Nauczycielka pozostaje w chorej relacji z matką (Ewa Skibińska), z którą nadal śpi w jednym łóżku. Rodzicielka wciąż chce ją kontrolować, karać za oglądanie telewizji czy opóźniony powrót do domu. Zależność obu kobiet opiera się na wzajemnej grze, kto kogo jest w stanie mocniej zdominować - panie wymierzają sobie policzki, po czym przytulają się do siebie. A wszystko jest podszyte seksualnością: matka składa pocałunki na ciele swojego dziecka. Ta relacja staje się w pewnym momencie jednowymiarowa i przewidywalna - między bohaterkami nic się nie zmienia. Postać rodzicielki pozostaje po prostu pewnym punktem odniesienia.

Warunki podobne do tresury panują nie tylko w domu Nauczycielki, lecz także w szkole, w której naucza. Nauczyciel (Michał Opaliński) literalnie gnębi młodą uczennicę (Katarzyna Strączek). Jest absolutnym formalistą, całkowicie opanowanym w swojej zimnej dystynkcji. Cyzeluje kolejne frazesy o "staniu się fortepianem" jako punkcie dojścia w drodze twórczej każdego pianisty. Postać Strączek przypomina stereotypową nieśmiałą dziewczynkę - krótko ścięte włosy, duże okulary, dziecięcy sposób bycia. Każde pojawienie się aktorki stanowi pełen komizmu wentyl przedstawienia, choć przerysowany sposób gry odbiera tej postaci głębokość konfliktu strachu i ambicji. Najmniej dzieje się w postaci ucznia (Adam Graczyk) - właściwie nie wiadomo, dlaczego to właśnie jego nauczycielka zaczęła pożądać. Aktor przypomina raczej grzecznego uczniaka i nie wiadomo, dlaczego nagle staje się elokwentny.

Najważniejszym elementem spektaklu są jednak dekoracje. I tu trzeba powiedzieć czysto obiektywnie, że Katarzyna Borkowska stworzyła świetną scenografię. Na proscenium wysunięto kuchnię oraz salon domu nauczycielki. Pośrodku znajdują się trzy fortepiany, na których grają specjalnie wynajęci pianiści. Nad sceną dominują trzy potężne ściany, ozdobiono je obrazami Rothki. Za pomocą świateł Borkowska poszerza optycznie przestrzeń albo stosownie do potrzeb zmniejsza; raz tło zdaje się falować, innym razem ciemna materia wspominanych obrazów zostaje rozjaśniona. Estetyka "Śmierci" rzeczywiście robi wrażenie, chociaż trzeba oddać Marciniak, że plastyczna strona jej przedstawień (m.in. "Morfiny" czy "Portretu damy") zawsze była mocną stroną reżyserki.

Ale ta zaleta nie może przesłonić faktu, że twórczyni powtarza błąd znany także ze swoich wcześniejszych spektakli. Perfekcyjnie przygotowana forma zaczyna przeważać nad treścią. W pewnym momencie nauczycielkę zaczynają dopadać wizje. W jednej z nich pojawia się uczennica w czerwonej sukni, a na scenę opada cała fala różowych kwiatów; w kolejnej siedzącą samotnie Gorol dopadają demony w lateksowych strojach, machające jej przed nosem bananami niczym penisem; w innej jeszcze kłębowisko ciał, przez które przedziera się protagonistka. Część sekwencji rzeczywiście robi wrażenie, ale inne rażą kiczowatością oraz pustotą przyjętej symboliki.

Dużo daje do myślenia scena z ojcem (Paweł Smagała) - podobno chory i częściowo sparaliżowany mężczyzna zdaje się prosić córkę i jej partnera o specyficzną formę czułości. Ale tak naprawdę myśli tylko o jednym, prowokując jeszcze ucznia do zbliżenia z jego dzieckiem. Skąd takie nagłe ozdrowienie? W innej odsłonie Skibińska zaczyna bez żadnego wytłumaczenia tarzać się po ziemi ze Strączek. Problem jest także z układami choreograficznymi - scena z łyżwiarstwem figurowym okazuje się pustym ozdobnikiem. W innej Gorol i Graczyk wykonują całą sekwencję figur gimnastycznych, cały czas ze sobą rozmawiając. Jest to oczywiście efektowne i brawa dla formy aktorów, ale co to wnosi do spektaklu, jakie buduje znaczenia? Pozycjom baletowym wbrew pozorom nie można zarzucać jedynie chłodu, a być może o ukazanie takiego charakteru relacji postaci chodziło. Układ cheironomiczny z grą na fortepianie stanowi z kolei ciekawy przerywnik.

A sceny z performerami porno (pardon, słowo "aktorzy" naprawdę jest tutaj na wyrost)? Pierwszą z nich można uznać za prześmiewczą względem protestujących przed premierą przedstawienia ("Chcieliście porno, to macie") - oczom publiczności ukazuje się wykonująca ruchy frykcyjne para. Trwa 30 sekund, kurtyna opada. Ale Marciniak sprytnie wybrnęła z sytuacji - skąpała scenę w stroboskopowym świetle, które mocno ogranicza widoczność. Mimo wszystko jest to sekwencja wyjęta z kontekstu samego przedstawienia. A druga? Ukazuje Rossy i Tima jako wizytujących peep show, oglądanych przez nauczycielkę. Do niczego nie dochodzi, a cała scena wygląda raczej komicznie. Powstaje także pytanie, na co w takim razie byli potrzebni Czesi, skoro sami aktorzy Teatru Polskiego w różnych przedstawieniach ocierają się o siebie niezgorzej niż ich południowi krewni. I proszę mi nie wmawiać, że to "dla kontekstu", bo instrumentalizacja ciała jest po prostu instrumentalizacją ciała. Nie wiadomo więc, o co chodzi. "Przedsię ta rzecz mieszkiem pachnie", powiedzmy sobie za Rejem.

Zasadnicze napięcie spektaklu nie opiera się na tym, co wysokie (sztuka) i niskie (biologia), ale między estetycznym dopieszczeniem a wewnętrzną pustką niektórych sekwencji. Chociaż z jednej strony próbuje się wprowadzić zbawienny cokolwiek dystans (scena konkursu, zwroty do widowni, komiczna postać uczennicy), z drugiej z jakąś taką pompatycznością podchodzi się do tego, co kryje się pod podszewką. A jaką prawdę o człowieku daje nam Marciniak? Że jesteśmy wiecznie poddani tresurze, że nasze relacje są przepojone przemocą i pożądaniem? Podobne argumenty (podobnie jak o "sztuce, która jest szambem") słyszałem przy okazji teatru Kleczewskiej, ale ta formuła w pewien sposób się wyczerpała. Plastyczna oprawa "Śmierci" sprawia, że pewnych niuansów można nie dostrzec - ale występuje tutaj faktycznie potężna kompozycyjna nierównowaga. Z czego bowiem jak z czego, ale z seksu to teatr współczesny szydzić nie potrafi. W rzeszowskiej Masce powstało dwa lata temu "Białe małżeństwo" w reżyserii Olega Żiugżdy. Artysta zaakcentował śmieszność ludzi (sięgającą żałosności), którzy ze swoich erotycznych popędów czynią egzystencjalny problem. Jeśli przyjrzeć się, co wysnuwa się z międzyludzkich relacji w "Śmierci", otrzymamy obraz człowieka, który niemal wyłącznie tym właśnie żyje. Nuda.

Swoją drogą dalekie jest to wszystko od samej Jelinek. Marciniak wygładziła język autorki (a przecież on stanowi jej największą siłę), dlatego wzięty z powieści szkielet spektaklu zdaje się niewypełniony proporcjonalnie gęstą treścią emocjonalną. Nierówny, oj nierówny to spektakl.

Dużo więcej opowiedziało nam listopadowe zamieszanie wokół "Śmierci". Gwoli przypomnienia: po zapowiedziach seksu na żywo zaczęły się protesty, zareagowali radni PO, a następnie premier Gliński. Gdy okazało się, że na premierze do niczego nie doszło, dyrektor Mieszkowski odtrąbił sukces i podkreślił "cenzorskie działania" ministerstwa. Ale zaledwie kilka dni później ta narracja upadła. Seks miał się pojawić, w każdym razie aktorzy oglądali go na próbach (informacja wyszła na jaw w "Hali odlotów") - sama Marciniak zaczęła popadać w mętne tłumaczenia o "artystycznej improwizacji" (co samo w sobie jest nieco zatrważające). Po całej sprawie pozostał pewien smrodek, ale wyłuszczyło się także kilka problemów, o których warto wspomnieć.

Po pierwsze, Teatr Polski przekroczył cienką granicę między działalnością artystyczną a polityką. I nie chodzi już tylko o wizyty Petru na Zapolskiej. Dyrektor Mieszkowski już wcześniej pokazał się jako zwierzę medialne. Przy okazji "Śmierci" stworzył z TP swoisty bastion obrony wolności słowa, choć głównie w formie marketingowego produktu. Ale w pewnym momencie stało się to pretensjonalne - przykładem dające do myślenia zestawienie. Przed niektórymi spektaklami odzywa się teraz nagranie z offu. Kobiecy głos czyta artykuł 73 Konstytucji: "Każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej". Chwilę potem podnosi się kurtyna - widzimy Rossy i Tima wijących się w kilku pozycjach. Chce się powiedzieć: jaka wolność artystyczna - taki jej symbol.

Po drugie, wskutek całej afery i solidarnościowego sprzeciwu wobec nielubianego ministra krytyka zdała się przyjąć dla Marciniak pewną taryfę ulgową. Z jednej strony słusznie podkreśliła niektóre zalety spektaklu, ale z drugiej zdała się przymknąć oko na jego liczne niedociągnięcia. Przeszła do porządku dziennego nad sprawą Czechów. "Nieważne, czy był seks, czy nie" - taka fraza padała w wielu tekstach. Polscy recenzenci popadli w niebezpieczną tendencję do racjonalizowania każdego zabiegu reżyserskiego. I tak mogliśmy czytać o "projekcjach", uzasadnienia chwytu Marciniak przez sięganie po rozmaite konteksty - od Badiou po Foucualta. Jak pisał pewien polski aforysta - "Każdy zawód ma swoją gwarę". W jednej z recenzji padła nawet teza, że seks uprawiany przez Czechów z założenia nie byłby prawdziwy, bo to przecież "aktorzy", a więc tylko grają. Nigdzie ani śladu wątpliwości, że w świetle stroboskopów może dojść do przemycania twardej pornografii, żadnej refleksji na temat możliwego przekroczenia swoich granic osobistych. Ale także brak zauważenia sytuacji aktorów Polskiego, którzy być może padli ofiarami nadużywania władzy przez reżysera.

Po trzecie wreszcie, wychodzi także na jaw kompletnie niezrozumienie natury "bladziowej industrii" (słynne określenie Mrożka). Część polskich krytyków i odbiorców wychodzi chyba z założenia, że o pornografii można mówić tylko wtedy, gdy umięśniony hydraulik przychodzi do seksbomby z biustem wypchanym silikonem. Tymczasem chodzi tu o każdą sytuację, w której seksualność zostaje oderwana od swojej intymności. I pewnie dlatego cała afera odbiera wiarygodność samej Marciniak. I jeśli ze szkodą dla jej spektaklu, to tak naprawdę na jej własne życzenie.

Trudno bowiem uwierzyć w peany na cześć jej szczególnej wrażliwości, kiedy potem czyta się jej słowa w wywiadzie dla "Polityki": "Na próbach wznowieniowych [Rossy i Tim - S.S.] oświadczyli, że przemyśleli swoją rolę i wydaje im się, że mogliby trochę urozmaicić swoje wejścia. Zaproponowali nowe pozycje, a potem, jak wszyscy aktorzy po spektaklu, czekali na uwagi. Powiedziałam: Good fuck". Najlepszym podsumowaniem odlotu reżyserki niech będą jej słowa z - nomen omen - "Hali odlotów", jakoby cała afera świadczyła o tym, że "Polacy mają problem z pornografią". Kto ma, ten ma, proszę mówić za siebie.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was online
19 marca 2016

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia