Sprawa lalek

"Słaby rok" - reż. Martyna Majewska - Akademia Sztuk Teatralnych we Wrocławiu

Co leży u podłoża konfliktu, który wprawił w konsternację świat teatralny po ostatniej premierze w Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu? Lęk przed zamknięciem wydziału lalkarskiego i od lat narastający spór pomiędzy wyznawcami tradycyjnego teatru lalkowego a rewolucjonistami, którzy wyprowadzają aktora zza parawanu, wprowadzają do spektaklu wideo i poszerzają rozumienie lalki, animując elementy scenografii i kostiumu.

Różnice między konserwatywnym a progresywnym podejściem do spektakli lalkowych widać właściwie już po plakatach. Część jest infantylna, przesadnie kolorowa, typografia przypomina plastelinę. Cała oprawa kojarzy się z "książeczkami" dla dzieci, które można kupić w supermarkecie. A plakat to przecież pierwszy znak, sygnał tego, czego możemy się spodziewać po inscenizacji, jaka estetyka liczy się dla reżysera, w jaki sposób dobiera on współpracowników. W obszarze książek dla dzieci tę rewolucję estetyczną przeprowadzili w latach 90. mali, ambitni wydawcy. W teatrze dramatycznym trwa pluralizm, ale tam nikt nie protestuje, oglądając spektakle abstrakcyjne, performatywne czy - proszę wybaczyć - postdramatyczne. Zespoły przyzwyczaiły publiczność do innego rodzaju odbioru. Niekonieczna jest historia, spektakl nie musi być "ładny" ani nawet zrozumiały. Może być innego rodzaju przeżyciem. Różne pomysły na teatr nie są jednak antagonistyczne. Malarstwo abstrakcyjne nie zdominowało figuratywnego, a instalacje plastyczne i wideo-art nie zniszczyły malarstwa. Dlatego lęk przed rewolucją w teatrze lalkowym wydaje się bezzasadny. Ale jest silny, co pokazała sprawa najnowszego spektaklu Martyny Majewskiej "Słaby rok".

Majewska została zaproszona przez studentów AST do przygotowania dyplomu. Wyreżyserowała bardzo ciekawy spektakl o aspiracjach studentów AST, o ich marzeniach i lękach dotyczących przyszłości. Dowcipny, ostry, spójny estetycznie. Podczas inscenizacji jedna z aktorek, animując lalkę, czyta rodzaj manifestu: "To wszystko robi za mnie Matylda, która mnie prowadzi. I to jest właśnie tajemnica lalek. Dzięki niej mogę powiedzieć więcej, niż chcecie usłyszeć. Mogę powiedzieć to, co już dawno powinno paść z tej sceny. Lalki się zmieniają, lalki już nie są lalkami, które sobie wyobrażacie. Przekraczają wyobraźnię, już dawno nie mają kija w dupie. Są obiektami, są obrazem i ruchem, kompozycją. Są celnym skrótem, powoływaniem bytów. Jesteśmy nadmiarem; wężem, który połyka własny ogon. Białymi demonami bez oczu i ust. Już nie chowamy się w czerni. Jesteśmy LOVE & HATE. Złamanymi marzeniami i wstydliwą fascynacją. Zapierdalaniem za parawanem i przepoconą maską. Upokorzeniem dla efektu".

Spektakl okazał się ogromnie kontrowersyjny dla niektórych wykładowców AST, a ostatecznie został uznany za zbyt mało lalkowy. Z tego powodu rektor Dorota Segda nie zdecydowała się na pokazanie go podczas łódzkiego festiwalu teatralnego. Realizatorzy "Słabego roku" zaprotestowali, rozpętała się burza.

Sprawa z wydziałem lalkarskim jest delikatna, bo dotyczy nie tylko wartości, ale po prostu życia wielu młodych artystów, którzy co roku zaczynają się kształcić w akademii, co roku też część studentów ją kończy i wchodzi na tzw. rynek, żeby walczyć o swoje na castingach, w konkursach, w teatrach instytucjonalnych (to marzenie spełnią nieliczni wybrani) i offowych. A te niezależne zazwyczaj próbują przetrwać, realizując projekty od grantu do grantu. Podczas castingów zdarza się absolwentom ukrywać informację o ukończonej szkole. W okienku dotyczącym wykształcenia zamiast AST piszą Akademia Teatralna.

I teraz rzecz może najsmutniejsza: niewielu aktorów od początku marzy o lalkach i właśnie w nich widzi szansę na rozwój, karierę i robienie sztuki na wysokim poziomie. Większość zwyczajnie nie dostała się na wydział aktorstwa dramatycznego. Owszem, część rozkochuje się w lalkach, rozumie i ceni specyfikę i niepowtarzalność tego teatru o ogromnym potencjale plastycznym, operującego skrótem, dającego dodatkowe możliwości. Jak wspaniały (i nowoczesny!) może być teatr dla dzieci, wie każdy, kto oglądał np. "Piekło-Niebo" Jakuba Krofty, "Plamę" Martyny Majewskiej, "W środku słońca gromadzi się popiół" Agaty Kucińskiej czy "Wodną opowieść" Roberta Drobniucha. Krofta, który jest w tej chwili dyrektorem Wrocławskiego Teatru Lalek, podkreśla, że rewolucja w teatrze lalkowym w Czechach odbyła się już w latach 90.

Ściśle określone gatunki to de facto scenariusze odbioru dzieł sztuki. Czytelnicy np. chętniej wybierają kryminały i romanse niż książki z pogranicza gatunków. Dysponują bowiem konkretną kompetencją kulturową, nabytą w toku wielu lektur i dyskusji. Pisząc o Tadeuszu Różewiczu, krytyk Andrzej Skrendo podkreślał, że ktoś, kto nie stosuje reguł gatunkowych, utrudnia odbiór swojego dzieła. Nawet krytycy i akademicy okazują się strażnikami gatunków, przywołując do porządku bardziej niesfornych autorów, reżyserów czy artystów wizualnych. Przekraczanie gatunków wzbudza niepokój, pojawia się niepewność co do własnych ocen i rozstrzygnięć. W znakomitym eseju "Filozofia horroru" Noel Carroll, opisując rodzaje lęków, zaznacza, że przerażenie wzbudza niekompletność, wyjście poza strukturę/ formę, pośredniość lub sprzeczność kategorialna. Pogwałcenie kulturowych schematów kategorialnych wiąże się z przekroczeniem i "nieczystością". Tylko ze teatr powinien być miejscem, gdzie dokonuje się takich przekroczeń. Artyści robią to dla nas, za nas. To sfera totalnej wolności, która dotyczy także stylów, gatunków, tradycji, tekstów - wszystkiego, co ma do dyspozycji kultura. Wierzę, że teatr lalkowy jest potrzebny i wyjątkowy, ale nie może się zamykać na nowe technologie, granie w planie aktorskim, różnego rodzaju rozszerzenia. Inaczej stanie się brzydszą siostrą teatru dramatycznego, który rzeczywiście będzie ludzi obchodził, o który będą się kłócili i artyści, i publiczność, i władza.

Agnieszka Wolny-Hamkało
Przegląd
9 maja 2019
Portrety
Martyna Majewska

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia