Środowiskowa wycinka

"Wycinka" - reż. Krystian Lupa - Teatr Polski we Wrocławiu

We wrocławskim Teatrze Polskim Krystian Lupa powraca do twórczości Thomasa Bernharda. Przedstawienie jeszcze przed premierą okrzyknięto wydarzeniem sezonu.

Powodów, by niecierpliwie czekać na nowy spektakl Lupy, było kilka. Po pierwsze, zdaniem wielu, najlepsze przedstawienia Lupy to te, w których mierzył się z pisarstwem Thomasa Bernharda, austriackiego mistrza, tropiciela ludzkiego zakłamania i skłonności do samozadowolenia.

Arcydziełami były właściwie wszystkie: od genialnej adaptacji powieści "Kalkwerk" w Starym Teatrze w Krakowie w 1992 r., przez "Immanuela Kanta", "Rodzeństwo", "Wymazywanie" i "Na szczytach panuje cisza". Wrocławską premierę "Wycinki. Holzfallen" poprzedziło wystawienie tego utworu przez Lupę na początku roku w austriackim Grazu oraz stworzona w ubiegłym roku w szwajcarskim Theatre Vidy-Lausanne inscenizacja wczesnej powieści Bernharda - "Zaburzenia".

Bernhardowskie inscenizacje Lupy objechały świat kształtując opinię, iż polski reżyser jest najwybitniejszym żyjącym inscenizatorem dzieł Austriaka i ambasadorem jego twórczości. Lupa jest członkiem stworzonej przez spadkobierców pisarza Fundacji Thomasa Bernharda, a od roku jej przewodniczącym. Niedawno zapowiedział, że opublikowanie swoich intymnych zapisków dotyczących Bernharda będzie pierwszą rzeczą, jaką zrobi... po swojej śmierci.

Drugim powodem do ekscytowania się premierą "Wycinki" była sama powieść, a właściwie towarzysząca jej aura skandalu. Pierwszy nakład, z sierpnia 1984 r., został skonfiskowany po tym, jak w postaci nieudanego kompozytora Gerharda Auersbergera rozpoznał się dawny mentor Bernharda, kompozytor Gerhard Lampersberg, i wytoczył pisarzowi proces o zniesławienie. W powieści swoje odpowiedniki mają także inni dawni znajomi Bernharda: żona Lampersberga, śpiewaczka Maja, pisarki Jeannie Ebner (w powieści Jeannie Billroth) i Friederike Mayrócker (Anna Schrecker), obie pokazane jako wcielenie pretensjonalności i pustki. Jest też malarz Anton Lehmden (Albert Rehmden), "epigon Maxa Ernsta". Oraz dawna przyjaciółka grupy, niespełniona aktorka i tancerka Joana Thul. Jej samobójcza śmierć staje się okazją do ponownego spotkania narratora/Bernharda z dawnymi, kiedyś podziwianymi, dziś nienawidzonymi znajomymi.

Nakaz konfiskaty cofnięto po pół roku, wtedy jednak rozzłoszczony Bernhard przeforsował w reprezentującym go wydawnictwie Suhrkamp zakaz dostaw wszystkich swoich książek do Austrii. W końcu autor ojczyźnie odpuścił, ale w testamencie (zmarł pięć lat później) zakazał państwu austriackiemu jakiegokolwiek "zbliżania się do mojej osoby i moich prac". Tak zareagował na wyrażaną wielokrotnie w austriackich mediach opinię, iż krytykując w swojej twórczości ukryty nazizm i ksenofobię Austriaków, narusza "wartości austriackie" i kala własne gniazdo. Zakaz rozluźniła dopiero Fundacja Thomasa Bernharda.

Jest jeszcze powód trzeci: atmosfera wokół Teatru Polskiego. Kilka tygodni temu współfinansujący scenę Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego poinformował o wszczęciu procedury odwołania Krzysztofa Mieszkowskiego z funkcji dyrektora. Jednym z powodów była niegospodarność, w tym zbyt wysokie honoraria i specjalne traktowanie Krystiana Lupy. Dyrektor miał mocne kontrargumenty, w sukurs przyszło mu współfinansujące scenę Ministerstwo Kultury, ostatecznie wypracowano kompromis: Mieszkowski pozostaje w Polskim jako dyrektor artystyczny, zaś finansami sceny zajmie się menedżer.

Przed premierą padały pytania, czy Lupa odniesie się w spektaklu do sytuacji, której był zakulisowym bohaterem? W zrealizowanym przed dwoma laty w Warszawie "Mieście snu", według prozy Alfreda Kubina, nie wahał się przecież komentować stosunków panujących pomiędzy artystami i władzą, bezlitośnie pokazując bezradność i serwilizm pierwszych i arogancję drugich. Można więc było i tym razem spodziewać się spektaklu nie tylko pięknego i świetnie zagranego, ale też pełnego aktualnych odniesień i jadowitego.

Wrocławska "Wycinka" jest bez wątpienia spektaklem pięknym. Scenografia, kostiumy, filmy i projekcje wideo porażają urodą. Począwszy od takiego drobiazgu jak buty. Grający Thomasa ukochany aktor Lupy Piotr Skiba przemierza scenę Polskiego w karmelowych, skórzanych, doskonałej jakości trzewikach, w których... chodził sam Bernhard. Przyjechały z Wiednia.

Akcja przedstawienia dzieje się w salonie Auersbergerów. Wystawna "artystyczna kolacja" odbywa się z okazji triumfu aktora Teatru Narodowego w roli Ekdala w "Dzikiej kaczce" Ibsena. Cieniem na imprezie kładzie się samobójcza śmierć dawnej przyjaciółki domu, Joany. W oczekiwaniu na przybycie spóźniającego się aktora członkowie "artystycznej" grupy obsiadają kanapy i fotele, słuchają pobrzękującego na pianinie gospodarza, niespiesznie piją i palą. Pretensjonalne, pseudoartystyczne opinie mieszają się ze wspomnieniami, wzajemnymi oskarżeniami, wbijanymi sobie nawzajem szpilami i samousprawiedliwieniami.

Salon znajduje się w oszklonej klatce, poza nią, z boku w uszatym skórzanym fotelu siedzi przenikliwy obserwator, złośliwy komentator i melancholijny narrator w jednej osobie-Thomas Bernhard. W momentach wspomnień podnosi się z fotela, by znaleźć się w ciasnym mieszkaniu Joany (i usłyszeć bolesne: "Jestem tobą rozczarowana!"). Jest też wspaniała scena, w której Joana i Thomas w ławach, może kościelnych, może sądowych, nadzy, odgrywają minisztuki, które on - początkujący wtedy pisarz - pisał dla niej, jeszcze pełnej nadziei aktorki. Jedna z nich zamienia się w spowiedź, a zbliżenia twarzy aktorów widzimy rzutowane na ciemny siateczkowy blejtram za nimi oraz - poprzez blejtram - także na zamykającą perspektywę ścianę. Rozedrgane i ostre jednocześnie, przywołane przez pamięć i wyrzut sumienia. W drugiej części spektaklu na scenę wjeżdża olbrzymi stół z imponującą zastawą. Jest 1.17 nad ranem, kucharka podaje kartoflankę i sandacza balatońskiego, a spóźniony aktor Teatru Narodowego rozpoczyna niekończący się, coraz bardziej absurdalny monolog.

Monolog Jana Frycza budzi wybuchy śmiechu i oklaski na widowni. Frycz - gościnnie występujący we Wrocławiu aktor Teatru Narodowego w Warszawie - z pasją gra zarozumialca i bufona i jest w tym genialny. Padają pełne patosu zdania o tym, że aktorstwo to rodzaj ofiarnictwa. Pracując nad rolą Ekdala, na trzy tygodnie zamknął się "w górskiej chacie, o chlebie, wodzie i grochówce". Tam "objawił mu się Ekdal". Siadające tempo spektaklu podkręca pytanie pisarki Billroth, co aktor sądzi o nowym dyrektorze, który ma wkrótce objąć i zrewolucjonizować narodową scenę.

I tu zaczyna się prawdziwy festiwal aluzji.

Na celowniku ewidentnie (choć nazwa nie pada) pojawia się Narodowy Stary Teatr w Krakowie. Nazwisko Jana Klaty nie pada, ale po pierwsze: nie jest tajemnicą, że Lupa nie był fanem ministerialnej decyzji powołania Klaty, chętnie przedstawianego w mediach jako rewolucjonista z irokezem, na stanowisko szefa Starego. I po drugie - gospodarz kolacji przypomina sobie swój pobyt na spektaklu "Damaszek": "Tak okropne przedstawienie, że mi się flaki przewracały i z miejsca o nim zapomniałem". Najgłośniejszym spektaklem Jana Klaty w Starym Teatrze było ubiegłoroczne "Do Damaszku", rozsławione przez prawicowych demonstrantów. Aktor Teatru Narodowego uspokaja: "(...) przeżyłem dziesięciu czy jedenastu dyrektorów Teatru Narodowego, wszyscy zniknęli, nikt już nie pamięta nazwisk tych ludzi; ustanawia ich minister, który nie ma pojęcia o teatrze, kieruje się tylko politycznym instynktem, popracują przez rok i podpiłowuje się pod nimi gałąź". Środowisko ma z Klatą spory problem po tym, gdy na fali afery z "Do Damaszku" przerwał próby do "Nie-Boskiej Komedii" w reż. Olivera Frljicia, której tematem miał być polski antysemityzm. Od tego czasu Klata-buntownik z irokezem funkcjonuje także jako Klata-urzędnik i Klata-cenzor. Premierową publiczność, złożoną w głównej mierze z ludzi związanych z teatrem, takie środowiskowe aluzje bawiły do łez, czy będą zrozumiałe także dla "zwykłych", niewtajemniczonych widzów?

Dla nich pewnie bardziej czytelne będą aluzje do sytuacji Teatru Polskiego i jego dyrektora Krzysztofa Mieszkowskiego. Dostaje się urzędnikom, których pasją jest bezmyślne burzenie wspaniałych instytucji, zaś w filmiku z pogrzebu Joany oglądamy kondukt pogrzebowy złożony z aktorów i realizatorów spektaklu, któremu w roli księdza przewodniczy... Krzysztof Mieszkowski.

"Wycinkę" przed potraktowaniem tylko jako środowiskowej satyry ratują ostatnie sceny. Po tym, jak przez ponad trzy godziny jesteśmy świadkami autokompromitacji artystów - "Nasz artyzm sprowadza się wyłącznie do zadawania się z państwem, taka jest prawda. (...) Nasz tak zwany rodzimy artyzm jest podłą i zakłamaną drogą oportunizmu państwowego, wybrukowaną stypendiami, nagrodami, wytapetowaną orderami i odznaczeniami honorowymi, która kończy się na cmentarzu w alei zasłużonych", prowokuje w wielkiej tyradzie spektaklowy Thomas Bernhard - twórcy zaczynają seans opadających masek samozadowolenia.

Bernhard i Lupa w końcówce porzucają ironię, zawieszają satyrę, by całkiem serio zapytać o sztukę, bo są przekonani, że ludzkość bez "strawy duchowej" wyginie. "Co robić, żeby nie dać się tej duchowej mizerii?" - pyta Auersberger (Wojciech Ziemiański). Ale młodzi pisarze, do których adresuje swoje pytanie, są jeszcze bardziej zdezorientowani niż starzy-wypaleni. Znikły kryteria, twórca niby powinien się przeciw czemuś buntować, ale nie bardzo wiadomo przeciw czemu. Jak dziś być nonkonformistą, jak nie dać się złapać w pułapkę pustego buntu, czy droga od awangardzisty i buntownika do artysty "państwowego", uwiarygodnionego medalami, jest nieuchronna? Czy to konformistycznie nastawieni artyści nie są odpowiedzialni za niski poziom urzędników decydujących o polityce kulturalnej? "Sam mam w pamięci podobną artystyczną komunę z lat 60. i 70. Losy jej członków bardzo różnie się potem potoczyły" - mówił przed premierą Lupa.

W "Wycince" nie brak bardziej uniwersalnych myśli - o niezależnym od profesji, ludzkim uczuciu niespełnienia, jest choćby trafne zdanie: "jesteśmy w tym, co nie udaje się zrobić. Im bardziej się nie udaje zrobić, tym więcej o tym mówimy. Marzenia wzbudzają płacz". Jednak wrocławskie przedstawienie, choć dotyka ważnego dla wszystkich pytania o przyszłość kultury i sztuki, jest też zdecydowanie najbardziej środowiskowym w karierze 71-letniego Lupy.

Aneta Kyzioł
Polityka
30 października 2014

Książka tygodnia

Pokusa przebaczenia
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc
Donna Leon

Trailer tygodnia

700. Krakowski Salon P...
Anna Dymna
W najbliższą niedzielę 23 stycznia, j...