Stanisława i Wilam Horzycowie

Złośliwy Słonimski mówił, że wyglądają jak strażak i mamka, bo ona była tęgawa.

Do najdziwniejszych ludzi, jacy bywali na Stawisku, należało małżeństwo Horzyców. Horzyca, wybitny znawca teatru i reżyser, był jednym z autorów pierwszych wystąpień kabaretu Pod Pikadorem. Spod jego ręki wyszedł też manifest opublikowany bezimiennie w pierwszym numerze "Skamandra" - wspomina Maria Iwaszkiewicz.

Kiedy w 1920 roku ojciec po demobilizacji znalazł się w Warszawie, pomieszkiwał u Horzyców na Nowym Zjeździe, później zawsze już Horzycowie przewijali się w naszym życiu. Obydwoje pochodzili spod Lwowa. Pani Horzycowa, z domu Gozdecka, była córką lekarza. Opowiadała, że Horzyca ją porwał, na rowerze i w pelerynie, ale ludzie postronni śmieli się, że nie było potrzeby. Mówiła też, że na ich ślubie był tylko jeden świadek, kościelny, żeby było romantycznie.

Horzycowa, która miała liczne rodzeństwo, jako jedyna była brunetką o ciemnych oczach, bardzo ładną. Twierdziła, że kiedy jej matka była w ciąży, Cyganka położyła rękę na jej brzuchu i przepowiedziała córkę, dlatego ma cygańską urodę. Pani Stasia nie miała dzieci, może dlatego bardzo lubiła mnie i moją siostrę. Mówiła do nas: "Wiecie, dziewczynki, ja się zawsze ubierałam tak z hiszpańska biedermeier". To polegało na tym, że wkładała na siebie nie tyle suknie, ile szaty, i nieprawdopodobną ilość korali, bransoletek, ale nie była to prawdziwa biżuteria. Lubiła nosić kapelusze, "zupełnie jak nakrycie głowy biskupa Cerkwi autokefalicznej" - kwitował Horzyca.

Pan Horzyca z kolei był brzydkim człowiekiem. Całe życie nosił baczki, a ona mówiła: "Wilu, masz za krótkie baczki. Ja lubię, gdy masz długie baczki jak Mickiewicz". U nas w domu mawiało się potem: "iście mickiewiczowskie baczki". Horzyca pochodził z rodziny Czechów i nazywał się Wilhelm Hofitza, ale zmienił nazwisko na Wilam Horzyca.

Wilam brzmiało z angielska, a on był jednym z nielicznych literatów, którzy wtedy znali angielski, nawet niektóre wierszyki w Klubie Pickwicka są tłumaczone przez Horzycę. Pani Stasia mówiła, że Wil jest "urodzonym dramaturgiem". Jeśli chodzi o te dramaty, to napisał jedno zdanie. Dramat nazywał się Wzniesienie księżniczki Salome - znaliśmy tylko tytuł i to jedno zdanie, którego teraz już nie pamiętam. Ale był wybitnym reżyserem. W latach trzydziestych kierował teatrami we Lwowie, warszawska plotka łączyła go z młodziutką wtedy Eichlerówna.

Podczas okupacji państwo Horzycowie przeżywali ciężkie czasy, chyba często bywali głodni, bo przecież ona nie pracowała nigdy, a on nie miał wtedy żadnego zajęcia. W swoim mieszkaniu przy Elektoralnej gromadzili zabytkowe meble, na czym dobrze znał się Horzyca. Słonimski twierdził, że w Wiedniu jest specjalna fabryka, która produkuje fałszywe antyki dla Horzycy, ale to oczywiście nie była prawda. Mama odwiedzała Horzyców przy Elektoralnej i opowiadała, że mieli ciekawe tkaniny, ładne meble. Mieli na przykład foteliki w formie muszli, chociaż mama mówiła, że nie można na nich siedzieć, bo szczypią. Namawiała Horzyców, żeby sprzedali niektóre rzeczy, ale nie chcieli, bo byli bardzo do tych zbiorów przywiązani. Rodzice, żeby im pomóc, kupili od nich obraz, który wisi na Stawisku, przedstawia postać unoszącą szablę w obronie Chrystusa. W czasie powstania mieszkanie Horzyców zostało zniszczone. Pani Stasia opowiadała, że kiedy ich pędzono do obozu w Pruszkowie, przechodzili obok swojego domu. Dom był przepołowiony, a jedyną rzeczą, jaka została z ich pięknego mieszkania, był czajniczek, który zobaczyli z daleka we wnęce. Pamiętam Horzyców, jak przyjeżdżali na Stawisko. Jeszcze przed końcem wojny wyjechali do Krakowa.

Kiedy wracałam z Rabki po urodzeniu syna, już po zajęciu przez Rosjan Krakowa, w lutym 1945 roku, w straszną zimę, bardzo śnieżną, zatrzymałam się u Horzyców. Mieszkali przy Karmelickiej w mieszkaniu, które należało wcześniej do rzeźbiarza Dunikowskiego. Zajmowaliśmy ostatni pokój, jedyny ogrzewany, do którego szło się przez dużą pracownię, gdzie stały gipsowe odlewy Dunikowskiego i jakoś było strasznie. Wojna się kończyła, Horzycy zaproponowano prowadzenie teatru w Katowicach, z Karolem Adwentowiczem. Stasia wzięła ostatnie kilo cukru i poszła do wróżki, żeby się dowiedzieć, czy to dobrze. Wraca i mówi do Wila: "Odczep się od tego Adwentowicza. Wasze gwiazdy się odpychają". I rzeczywiście gwiazdy się odepchnęły. Horzyca dostał teatr w Toruniu, który do dziś nosi jego nazwisko. Wystawił tam Starą cegielnię ojca i wiele ciekawych sztuk, m.in. Za kulisami Norwida. Pani Stasia, która w młodości tańczyła na lodzie, z dumą nam opowiadała, że tańczyła w Norwidzie, bo w tym spektaklu jest scena balu i potrzebowano dużej obsady.

Pani Stasia była osobą wyjątkowo dobrą, gotową każdemu pomóc, ale zupełnie zwariowaną. W latach pięćdziesiątych pojechaliśmy wozem

na spacer do Lasu Młochowskiego koło Podkowy Leśnej, a pani Stasia - tonem, jakim się wygłasza najbardziej oczywiste stwierdzenia - powiedziała: "Może zobaczymy centaury? Centaury się teraz ludziom rzadko pokazują, bo ludzie są niedobrzy". A kiedy była mgła, pani Stasia twierdziła, że elfy się pojawiają. Mówiła w specyficzny sposób, lekko przerywany, może jakaś choroba tak się objawiała na stare lata, w każdym razie drżała jej głowa.

Niezależnie od tego, czy opowiadała o Matce Boskiej, czy o żywiołakach, które drapały ją po nogach - wszystko łączyło się w jej opowieściach w sposób zupełnie naturalny. Czasem, jak się zapędziła, Horzyca przywoływał ją do porządku: "Stasiu, nie bądź i-dy-jot-ką, jeśli możesz". W gruncie rzeczy było to dobre małżeństwo. On ją podobno zdradzał z aktorkami, ale ona nie wiedziała o tym i zapewniała: "Wil to tak nie lubi kobiet", a Wil do nas wtedy mrugał znacząco. Wokół niej z kolei kręcili się jacyś malarze. Kiedyś poszła na bal w przebraniu Cyganki, a potem mówiła, leciutko się zacinając: "Malarze mnie namówili". Jeden z nich, Teofil Ociepka, z zawodu górnik, malował dziwne stwory, które niby to zamieszkują stare kopalnie, na tle tych stworów zawiązała się między nim a panią Horzycową szalona przyjaźń. Ociepka mówił: "Nikt nie wierzy w duchy, a pani Horzycową powiedziała, że są. To są".

Po śmierci Horzycy pani Stasia przyjeżdżała na Stawisko. Gdzieś na warszawskiej Woli znalazła księdza, który za pomocą tajemniczego wisiorka z ciężarkiem oceniał zdrowie człowieka albo badał, czy pod łóżkiem nie płyną złe prądy. Bardzo nas zachęcała, żebyśmy skorzystali z porad tego księdza, aż ojciec się zirytował: "Stasiu, daj mi spokój z tym księdzem z wisiorkiem". Pani Stasia miała też własne sposoby leczenia. Kiedyś ojciec skarżył się, że bolą go mięśnie, a pani Stasia: "Jarosławku, to ty się smaruj chrzanem!". Drugiej takiej osoby, jak pani Horzycową, nie znałam.

Bajkopisarz Benedykt Hertz był bardzo małego wzrostu. Mieszkał z żoną w Podkowie Leśnej Wschodniej przy ulicy Sosnowej, w ładnym, zbudowanym w latach trzydziestych domku, który nazywał się Kurza Stopka. Niedaleko, na tej samej ulicy, mieszkała Irena Krzywicka. Ojciec wspominał, że kiedy w okresie międzywojennym jeździł do Warszawy kolejką, to czasem - idąc przez las - natykał się na pana Hertza. Hertz wyłaniał się zza drzew, a że ubrany był zawsze w jakieś pelerynki i kapturki, zupełnie przypominał krasnoluda.

Żona Benedykta była lekarzem, ukończyła medycynę przed I wojną światową, co stanowiło pewną osobliwość - w okolicy, w Brwinowie i w Podkowie, tylko trzy osoby mogły się czymś takim poszczycić. Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej trafiła na front. Ładna była Stefania Hertzowa, a Hertz był szalenie miłym, dobrym człowiekiem, ale urodziwy nie był. Pisał w swoich wspomnieniach, że długo starał się o Stefanię i kiedy oświadczał się jej po raz czwarty czy piąty, usłyszał taką odpowiedź: "No, dobrze, dobrze, niech już pan nie nudzi". Przeżyli ze sobą pięćdziesiąt lat jako zgodne małżeństwo.

W czasie II wojny światowej Benedykt Hertz, który był zasymilowanym Żydem, musiał się ukrywać. Jest o nim ładna anegdota: otóż kiedy wrócił do swojego domu, dom był zajęty przez obcych. Otworzyła mu jakaś gosposia i pyta: "Pan do kogo?". A on na to: "Do siebie" - wszedł, położył się na kanapie i zasnął. Hertz należał do Polskiej Partii Socjalistycznej, ale gdy w 1948 roku PPS połączyła się z PPR, nie chciał zostać, podobnie jak wiele innych osób. Umarł kilka lat później.

W latach siedemdziesiątych mieszkałam z moim trzecim mężem Bogdanem Wojdowskim w Podkowie Leśnej. Czasami przychodziła do nas pani Magdalena Arska, córka Hertza. Redagowałam w Czytelniku jej książkę Wilki dobre i niedobre. Wspomnienia o Benedykcie Hertzu.

W Podkowie żywa jest legenda, która głosi, że podział na dzielnice - z ulicami noszącymi nazwy drzew, kwiatów, ptaków i zwierząt - wymyślił Benedykt Hertz. Możliwe, że to prawda. Z tymi nazwami wiąże się zabawna historia: kiedy Niemcy w czasie okupacji wydawali książkę telefoniczną, to oczywiście nazwy ulic tłumaczyli na niemiecki, na przykład ulica Jelenia nazywała się Hirschenstrasse. Ale w dwóch wypadkach nie dali rady, to były ulica Wiewiórek i ulica Kukułek - i w książce widniały jako: Kukułekstrasse i Wiewiórekstrasse.

___

Maria Iwaszkiewicz, nagrała i opracowała Agnieszka Papieska

(-)
Zeszyty Literackie
2 sierpnia 2017
Portrety
Wilam Horzyca

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia