Stracona szansa, czyli bez mistrza

"Napis" - reż. Grzegorz Chrapkiewicz - Centrum Kutury w Gdyni

Gerald Sibleyras (1961) to uznany, francuski autor komedii z przesłaniem. Liczne nagrody we Francji i Wielkiej Brytanii oraz kilka już ekranizacji stawiają go w czołówce współczesnych dostarczycieli repertuaru lekkiego, z predylekcjami do czegoś więcej. „Napis”, premierowany w 2004 roku w Paryżu, spotykał się z bardzo dobrym przyjęciem także w Polsce. Przez 9 lat był w repertuarze warszawskiego Teatru Współczesnego (251 wystawień), w sumie zaliczył już co najmniej kilkanaście realizacji w polskich teatrach.

Do porządnej kamienicy zamieszkałej przez porządnych mieszczuchów wprowadza się młode (w gdyńskiej inscenizacji) małżeństwo Lebrunów. W windzie pojawia się obraźliwy napis zrównujący Lebruna z... Pan Lebrun nie zamierza zmazać napisu, przeprowadza prywatne śledztwo, szukając autora obraźliwego równania. Na zapoznawcze spotkanie u Lebrunów, na które byli zaproszeni wszyscy lokatorzy, odpowiadają dwie pary (Bouvierowie i Cholleyowie). Rozmowa o wszystkim i o niczym z napisem w tle ujawnia poglądy bohaterów, niszczy grę pozorów i doprowadza do...

Na Łowickiej rzecz trwa 60 minut. Kilka scen przeplatanych krótkimi filmikami, które ukazują to samo: wejście lokatora do gdyńskiej kamienicy, potem do windy z napisem. W tle stereotypowa muzyka francuska. Scenografia to 8 krzeseł i trzy ściany zmniejszające i tak niedużą scenę Centrum Kultury. Scenicznego „dziania się" max. 55 minut, „Napisy" w Polsce trwają od 75 do 90 minut, bo mają reżyserię.
Zbyt jednowymiarowe ustawienie Bartosza Wesołowskiego w roli Lebruna ogranicza sensy i wymowę. To rola grana na jednej częstotliwości, młody lokator od początku zieje agresją, od razu go się nie lubi. Ten kiks dramaturgiczny powoduje, że po słabo wytłumaczonej, bo przecież zaskakującej niechęci do zmazania obraźliwego napisu („każdy by tak zrobił"), nie możemy uwierzyć, że Lebrunowi stała się jakakolwiek krzywda. To nieokrzesany młodzieniec, który ma duże problemy ze sobą. Demaskacja rzekomej poprawności politycznej Bouvierów i Cholleyów też wypadła blado, choćby na tle dziesiątków podobnych historii - wystarczy wziąć pierwsze z brzegu filmy Romana Polańskiego: „Lokatora" i „Rzeź" wg „Boga mordu" Yasminy Rezy. Temat nieprzystawalności, tolerancji, odmienności, hipokryzji strasznych mieszkańców znamy wszechstronnie, „Napis" nie wnosi niczego szczególnego, ale, wierząc recenzjom i powodzeniu tej sztuki, można z niego coś zrobić.

Wydawało się, że tego nie da się zepsuć, a jednak można, jak powiada inny reżyser sceny SAM. Francuska komedia z przesłaniem, czwórka doświadczonych i lubianych aktorów Teatru Muzycznego - sukces murowany. Ale trzeba to jeszcze wyreżyserować. To trzecia „robota" Grzegorza Chrapkiewicza, którą miałem okazję zobaczyć w ostatnim czasie. Poprawną „Kotkę na gorącym blaszanym dachu" z Teatru Narodowego, nieudaną „Piaskownicę" i „Napis" w Centrum Kultury w Gdyni łączy jedna myśl szkoleniowa, w myśl której dobra reżyseria, to brak reżyserii. Chrapkiewicz nie prowadzi aktorów, nie buduje z nimi postaci, nie ma pomysłu inscenizacyjnego, za to lubi ustawiać aktorów plecami do widowni. Niczego nie mówi swoją sztuką, ma za to wiele do powiedzenia poza sceną (o tym w osobnym artykule).

Dlaczego jednak spotkanie z „Napisem" nie jest czasem bezpowrotnie straconym? To sztuka dla tych, którzy chcą zobaczyć w trochę innej roli swych ulubieńców z Teatru Muzycznego. Każdy sceniczny kontakt z Ewą Gierlińską (Pani Bouvier), Magdaleną Smuk (Pani Cholley), Rafałem Ostrowskim (Pan Cholley) i Andrzejem Śledziem (Pan Bouvier) jest przyjemnością. To aktorzy, którzy nigdy nie schodzą poniżej pewnego poziomu, ale można było chyba pokusić się o coś więcej. „Napis" to nie sprinterska farsa, to „satyra psychologiczna". Zabrakło mi mroku, większej amplitudy emocjonalnej. Jestem pewien, że gdyby reżyser postawił przed aktorami trudniejsze zadania, cała czwórka ochoczo podjęłaby wyzwanie.

Wydaje się, że po występ(k)ach Jerzego Gruzy ("Kukła" i "Król Lear po polsku" tekst i konsultacje reżyserskie) i Grzegorza Chrapkiewicza czas na nową definicję Sceny SAM (Studenci Absolwenci Mistrzowie) lub na prawdziwych mistrzów, bo czerwony dywan przed wejściem do budynku to zdecydowanie za mało, by wywołać wielkość. Jeden z wymienionych reżyserów przez wiele lat mistrzem bez wątpienia był, rangowanie twórczości drugiego rodzi sprzeciw. Rozumiem, że ich obecne realizacje w Gdyni to przypomnienie i podziękowanie za dobry czas w tym mieście, ale powinno już wszystkim starczyć. Warto rozszerzyć wachlarz nazwisk, jestem przekonany bezwzględnie o tym, że budżet premierowy CG w Gdyni, skoro udźwignął tak drogiego i znanego ze sporych wymagań realizatora, jakim jest Chrapkiewicz, sprostałby wielu prawdziwym mistrzom.

Piotr Wyszomirski
Gazeta Świętojańska
4 maja 2015

Książka tygodnia

Mitologia grecka i rzymska - Spotkania ponad czasem
Wydawnictwo Naukowe PWN SA
Katarzyna Marciniak

Trailer tygodnia