Straszą w lesie

"Dziady" - reż. Michał Zadara - Teatr Polski we Wrocławiu

Michał Zadara wystawia pierwszą w historii pełną, pozbawionych reżyserskich skrótów inscenizację "Dziadów" Adama Mickiewicza. Na pierwszej z trzech części scenę wrocławskiego Polskiego opanowały duchy i upiory. Było jak w horrorze.

Blondynka w modnym koku, w dresach, skarpetach i hipsterskich okularach, frazami Adama Mickiewicza wzdycha za piękną, romantyczną miłością. Niemożliwą w zimnych, cynicznych czasach. Chroniąc się przed światem pod kołdrą, obwarowana książkami wyobraża sobie, jak to niegdyś ludzie się potrafili pięknie i gorąco kochać. I jej wyobrażenia się materializują. Smugi białego dymu stają się tłem dla sceny rodem z czarno-białego, niemego filmu, na którym para kochanków- niewinna Waleryja i oddany jej Gustaw - zastyga w serii romantycznych póz.

Oto jak Adam Mickiewicz i Michał Zadara zaczynają "Dziady" - sceną stwarzania idealnej przeszłości przez osobę rozczarowaną teraźniejszością. Już ta pierwsza scena udowadnia, że ten klasyk klasyki, najbardziej polski z polskich utworów, jest nam znany raczej pobieżnie i we fragmentach. Dalej jest tak, jak zapowiadał plakat do przedstawienia. Pod napisem "Dziady Adama Mickiewicza" i żółtym paskiem "bez skrótów" znajduje się na nim czarno-białe zdjęciezrobione w czasie wojny, na którym babcia reżysera z koleżanką roześmiane leżą pod jakąś żelazną konstrukcją, może zniszczonym trzepakiem. Śmiech w tym spektaklu podszyty jest niepokojem, a nawet strachem. Duchy przodków krążą nad bohaterami jak animowane przez lalkarzy ćmy nad światłem świecy. Jeśli w sercu polskiej kultury leżą "Dziady" Mickiewicza, to w sercu "Dziadów" znajduje się obrzęd przywoływania zmarłych. Anarchistyczny, niechrześcijański i niebezpieczny.

Michał Zadara jednocześnie wpisuje się w długą tradycję wystawiania "Dziadów" i z niej się wypisuje. Dotąd inscenizowanie "Dziadów" oznaczało ich skracanie. Zachętą była otwarta forma utworu oraz współistnienie różnych jego wydań, których autorzy ingerowali w tekst, zmieniając (np. w części I) układ scen, zastępując niektóre słowarzekomo bardziej logicznymi, narzucając Mickiewiczowi interpunkcję. W takiej mierze, w jakiej było to możliwe, twórcy spektaklu sięgali do autografów Mickiewicza.

Samą tradycję skracania "Dziadów" na potrzeby sceny zapoczątkował nie byle kto, bo Stanisław Wyspiański. Przygotowując prapremierę tekstu Mickiewicza w 1901 r., skrócił go o dwie trzecie. "Inaczej widowisko trwałoby do czwartej rano (...). Trzeba popularyzować to, co jest, a do tego jest w teatrze jedna jedyna droga, to jest skrócić" - tłumaczył.

Po nim skracali inni, równie wielcy: Leon Schiller w latach 30., Aleksander Bardini w 1955 r. w Teatrze Polskim w Warszawie. W 1961 r. Jerzy Grotowski i Ludwik Flaszen wystawili "Dziady" w Teatrze 13 Rzędów w Opolu jako teatr obrzędowy. Flaszen tłumaczył: "Niejednego zdziwi zapewne, iż w przedstawieniu brak całkowicie motywu walki z caratem, który to motyw często utożsamia się z Dziadami. Brak ów wytłumaczyć sobie należy tym, iż carat nie istnieje". Z kolei Kazimierz Dejmek w inscenizacji z 1967 r. w Teatrze Narodowym akcentował warstwę polityczną i narodowowyzwoleńczą. Cenzura zdjęła spektakl, co wywołało protesty studentów i było jednym z impulsów Marca '68.

"Dziady" Konrada Swinarskiego, zrealizowane w 1973 r. w krakowskim Starym Teatrze, gdzie następnie z sukcesem grano je przez dekadę, były rozbuchanym widowiskiem, rozgrywanym w całym teatrze. We foyer witały widzów zaproszone przez reżysera prawdziwe krakowskie dziady, a młody Rollison skakał z teatralnego okna na plac Szczepański. W proteście przeciw takim zagraniom rodem z teatru alternatywnego Gustaw Holoubek, słynny Gustaw-Konrad z inscenizacji Kazimierza Dejmka, wyszedł z teatru. Najbliżej wystawienia całości tekstu był Kazimierz Braun. Do kompletu 6227 wierszy zabrakło 924. Jego przedstawienie, wyreżyserowane 35 lat temu we Wrocławskim Teatrze Współczesnym trwało około ośmiu godzin i można je było zobaczyć w całości albo podzielone na dwa wieczory.

Nowy Hanuszkiewicz

Michał Zadara w pierwszej z trzech części swojego widowiska (premiera drugiej, obejmującej część III "Dziadów", odbędzie się za rok, całość zaś, wraz z epickim "Ustępem", zagrana zostanie w 2016 r. w ramach programu Europejska Stolica Kultury Wrocław 2016) po prologu funduje widzom pięciogodzinną wycieczkę po lesie. Tam rozgrywa się akcja "Dziadów" części I, II i IV oraz poematu "Upiór".

Żeby nikt nie miał wątpliwości, że to polski las, w ślad za zjeżdżającymi znad sceny pniami drzew zlatują torby śmieci. Zaraz wjedzie też stuningowany maluch, z którego wysiądzie Mickiewiczowski "Chór młodzieńców": wiejskich dresiarzy, piewców uroków życia, ale też samozwańczych strażników wspólnoty, która w ślad za nimi przybędzie do zamglonego, oświetlanego tylko przez światło latarek boru. Inspiracją dla ich strój ów była ulica małego miasteczka - tłumaczyła współautorka kostiumów Julia Kornacka. W reklamówkach przynieśli jedzenie, wymachują zdjęciami zmarłych bliskich, z którymi chcą się skontaktować, z kieszeni wyciągają zmięte banknoty, którymi zapłacą Guślarzowi za odprawienie rytuału. Guślarz Mariusza Kiljana to genialna krzyżówka szamana, trapera z seriali o Winnetou i detektywa Rutkowskiego. Aktor do perfekcji dopracował kreację wiejskiego szołmena, fana teatralnych, śmiesznych gestów na pokaz, jednocześnie człowieka naprawdę wierzącego w swoją siłę duchową i serio traktującego misję uwalniania cierpiących dusz od mąk. A jego "wierni" go za to szanują. Jest przywódcą na miarę i potrzeby tej wspólnoty.

Poemat "Upiór" rozgrywany jest w formie wizji lokalnej, podczas której policjanci dokonują oględzin miejscaporzuconego przez wiernych po obrzędzie dziadów.

Klimat jest taki, jakby Mickiewicz napisał scenariusz do polskiego "Miasteczka Twin Peaks" albo "Fargo" braci Coen. Akcja "Dziadów. Części IV" toczy się w leśnej chatce księdza. Prawosławnego, skoro próbuje egzorcyzmów prawosławnym krzyżem oraz jest wdowcem z dwójką dzieci. Podczas gdy dzieci sprzątają albo rysują, ksiądz usiłuje uspokoić niespodziewanego gościa, który w szale próbuje mu opowiedzieć dzieje swojej zawiedzionej, palącej, romantycznej miłości. To Gustaw, który w pierwszej scenie odprawiał romantyczną pantomimę w marzeniu blond okularnicy. Grany przez Bartosza Porczyka, jest buntownikiem w modnie zniszczonym ubraniu, przystojny, z ciałem wyrzeźbionym na siłowni i sercem uformowanym przez romantyczne lektury, z gonitwą myśli, które wypowiada, wykrzykuje i wyśpiewuje bez przerwy przez ponad dwie godziny, biegając, miotając się, rzucając przedmiotami, bawiąc się z dziećmi.

"Brakuje teatru popularnego" - pisał Zadara w felietonie dla "Krytyki Politycznej" i definiował go następująco: "Celem teatru popularnego jest dostarczenie widzowi jak najlepszej i najmądrzejszej rozrywki". Jest ambitny, ale nie elitarny, komunikuje się z widzem, ale nie łasi się do niego, nie jest komercyjny. Sam widzi się w roli nowego Adama Hanuszkiewicza, który w PRL łączył klasyczne teksty z inscenizacjami, których symbolem stała się "Balladyna" Słowackiego z Goplaną jeżdżącą motocyklem.

Wrocławskie "Dziady" są efektem takiego właśnie myślenia: klasyczne w treści, wierne autorowi do bólu, i współczesne, popularne w formie. Reżyser czerpie pełnymi garściami z estetyki filmowych horrorów. Duchy obserwujemy w świetle latarki albo w zielononiebieskiej poświacie, w obrazach transmitowanych na telebimy z kamerki przemysłowej. Józio i Rózia (dzieci w tym spektaklu jest kilkoro, mówią duże partie trudnego tekstu i nie tylko się nie mylą, ale także grają rewelacyjnie, co jest rzadkie w polskim teatrze i kinie), które przyszły poprosić o ziarnka gorczycy, przypominają laleczki Chucky, są zdesperowane i groźne. Piękna pasterka, która odpychała za życia miłość, wisi na linie, bezładnie majta nogami i jest bardzo wkurzoną nastolatką. Dojrzewa i ma dość braku kontroli nad swoim "życiem". Towarzyszące jej motylek i baranek, podobnie jak dziobiące okrutnego dziedzica ptaki są misternie wykonanymi lalkami-szkieletami animowanymi przez lalkarzy. W spektaklu nie brakuje też ironii (nie tylko romantycznej). W jednej ze scen płonące ognisko zwabia dwóch myśliwych, jeden z nich w słowach drugiego odczytuje aluzję seksualną i próbuje uciec, drugi zaś taszczy ze sobą ciężki czarny wór na zwłoki. Rozwiązanie zagadki, kto jest w środku, będzie sporym zaskoczeniem.

Klasyka nieznana

W początkach kariery dziennikarze lubili przypominać, że Zadara wychowywał się poza Polską, w Austrii i Stanach Zjednoczonych, skąd wrócił dopiero, żeby studiować reżyserię. Dzięki tej swoistej obcości, a szczególnie braku szkolnych, lekturowych obciążeń może badać naszą klasykę po swojemu, mieć do niej osobisty stosunek. Sam Zadara przy różnych okazjach powtarzał: "Nie znacie własnej klasyki!". I nam ją przedstawiał.

Pierwsze było "Wesele" Stanisława Wyspiańskiego z krakowskiego Teatru Stu. Głośne, bo rozgrywane w klubowej łazience, portretowało rówieśników reżysera, pokolenie konformistów i nieudaczników. Potem "Ksiądz Marek" Słowackiego, z patriotami w dresach zakładającymi biało-czerwone opaski, żeby mordować z imieniem ojczyzny na ustach - Zadara uchwycił narodziny zjawiska znanego dziś pod nazwą "kibole wyklęci". I świetna, ostra jak brzytwai bardzo aktualna inscenizacja "Odprawy posłów greckich" Kochanowskiego. Potem doszedł wystawiony w konwencji wykładu performatywnego "Kupiec" Mikołaja Reja. Tadeusz Różewicz był zachwycony swoją bardzo rozrzuconą "Kartoteką", ze zmultiplikowanym, bezradnym wobec rzeczywistości bohaterem.

Z kolei wystawiając w Teatrze Narodowym "Aktora", reżyser odkrył Norwida zupełnie innego niż ten, którego znamy ze szkoły: paryskiego emigranta, który uczy kapitalizmu trzymających się kurczowo podupadających dworków rodaków. Kontekstem spektaklu był kryzys ekonomiczny. Ostatnio w Teatrze Polskim w Bydgoszczy wystawił "Szaloną lokomotywę" Witkacego, w której skomplikowana maszyneria (często się podczas spektaklu psująca) przenosiła widzów do pędzącego pociągu, porwanego przez samobójczo uzależnionych od postępu, technologii i prędkości bohaterów.

Realizacja "Dziadów" jest więc dla Za-dary niejako naturalnym wyborem i kolejnym krokiem w wybranym przez siebie kierunku. Może się jednak okazać krokiem niezwykle ważnym.

Reżyser wielokrotnie wracał do idei założenia w Polsce instytucji mającej w statucie inscenizowanie rodzimej klasyki: "Tak jak Anglik może obejrzeć w ciągu swojego życia wszystkie dzieła Shakespeare'a, tak Polak powinien mieć szanse obejrzenia wszystkich dzieł Słowackiego i Fredry". Starał się w tym celu o dyrekcję teatru, swego czasu wystartował w tandemie z Mają Kleczewską w konkursie na stanowisko dyrektora Teatru Studio w Warszawie. Wtedy jego idea nie znalazła uznania w oczach ówczesnych władz teatralnej stolicy.

Za dwa lata, gdy w ramach programu ESK Wrocław 2016 odbędzie się premiera całości "Dziadów", może władze dostrzegą potencjał w ideach reżysera? Zadara "Dziadami" udowadnia, że przestał być tym nieco szalonym chłopcem z zagranicy. Poważny człowiek czeka na - tylko - poważne propozycje?

Aneta Kyzioł
Polityka
21 lutego 2014

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...