Studium upadku

"Judy Garland. Na końcu tęczy" – reż. Krzysztof Jasiński – Krakowski Teatr Scena STU

Judy Garland śpiewała tak jak żyła – intensywnie i prawdziwie. Od jednego nałogu do kolejnego, z powiększającym się długiem, zmagała się z wewnętrznym koszmarem. W Garland równocześnie walczyły: wielki talent i wielki smutek - uczucia te prowadziły ją raz na szczyt, a raz do prób samobójczych.

Właśnie te skrajne stany zostały pokazane w „Judy Garland. Na końcu tęczy" w Teatrze STU. Beata Rybotycka w roli Garland jest słodko-gorzka, nieuchwytna; oddaje jej sprzeczności. Z jednej strony Judy cieszy się, że jest zakochana i zaręczona, z drugiej – przytłacza ją ciężar wcześniej podjętych decyzji i problemów psychicznych. Bohaterka śpiewa, bo to kocha; śpiewa, bo musi. Wpierw do śpiewania zmuszała ją despotyczna matka i przemysł filmowy (Garland wystąpiła w „Czarnoksiężniku z Oz", który dał jej sławę), a potem rosnące długi. W spektaklu obserwujemy ten moment, gdy Judy upadła tak nisko, że musi śpiewać, żeby żyć. Pomimo że nie ma sił, choruje, jest uzależniona od alkoholu i narkotyków, wychodzi na scenę i śpiewa „Over the rainbow". Może tak jak w „Czarnoksiężniku z Oz" ma nadzieję, że zaraz się to skończy, że ten lepszy świat po drugiej stronie tęczy wreszcie się ujawni.

W spektaklu twórczość Garland przeplatana jest historiami z ostatnich miesięcy jej życia. Beata Rybotycka śpiewa kultowe piosenki Judy i robi to z lekkością i pasją. W „Over the rainbow" czuje się zagubienie i potrzebę wolności bohaterki. Rybotycka oddaje też moment zawieszenia, w którym znajduje się Garland – niepewności w przechyleniu się szali wagi. Piosenkarka może ostatecznie upaść albo przeciwnie: stać się szczęśliwą. Rybotycka zbudowała złożoną postać, pełną talentu i niepokojów, niemającą nic do stracenia. Dlatego Judy w jej wykonaniu, oprócz stanów zapaści, drwi, bawi się z przyjacielem-kompozytorem Anthonym Chapmanem (Jakub Przebindowski) i piątym narzeczonym Mickey'em Deansem (Robert Koszucki). Wspólnie tworzą oni ironiczno-przejmującą opowieść o kończącym się życiu.

Dwaj aktorzy (Przebindowski, Koszucki) wprowadzają dystans do historii o Judy Garland. W szczególności gra Przebindowskiego: jego ruchy, nieprzewidywalność, zwracanie się do publiczności (i też wrzucania w nią worka z brudnymi prześcieradłami), zaciekawia, bawi i zmniejsza dramat głównej bohaterki. Przebindowski partneruje Rybotyckiej, podaje jej ramię – aktorzy współpracują ze sobą. Panująca atmosfera z pewnością silniej napędzała Przebindowskiego, bo obchodził on 25-lecie pracy artystycznej i ponadto po raz ostatni wcielał się w rolę Anthony'ego Chapmana („Judy Garland. Na końcu tęczy" znika z repertuaru).

Spektakl o Judy Garland był grany w Teatrze STU przez 15 lat i nic nie w nim nie zmieniło. Scenografia, aktorzy, muzyka – wszystko jest scalone w tym samym rytmie. Punktowe światło nadal wodzi i poszukuje Judy Garland, skrząc się i tworząc ulotne wrażenia. Przede wszystkim jest to widoczne w spotkaniu się światła i błyszczących sukien bohaterki. Rybotycka mieni się wtedy złotem, srebrem i bielą; jest prawdziwą gwiazdą. Niezmienne pozostają też dekoracje – pianino, sofa, stolik i oświetlona w mroku karafka.

Wszystko jest zatrzymane, tak jak nadzieje i cierpienie Judy Garland.

Monika Morusiewicz
Dziennik Teatralny Kraków
27 maja 2022

Książka tygodnia

Stanisława Walasiewicz. Medaliści
Wydawnictwo Bosz
Redakcja: Marzena Jaworska

Trailer tygodnia