Stuhr w operze

"Don Pasquale" - reż. Jerzy Stuhr - Opera Krakowska w Krakowie

Dziwnie spokojna zasiadałam na widowni Opery Krakowskiej, by zobaczyć premierę opery "Don Pasquale" Gaetana Donizettiego w reżyserii debiutującego w tej roli Jerzego Stuhra. Jego artystyczne dokonania cenię nadzwyczaj, a po konferencji prasowej wiedziałam, czego mogę się spodziewać. I nie było żadnych zaskoczeń. Nie nudziłam się nawet przez chwilę, nie czułam męczącego przesytu, nie wpadłam w kompleksy, bezskutecznie usiłując zrozumieć, co autor miał na myśli. Propozycja Stuhra to koncepcja tradycyjna i z pokorą wsłuchująca się w utwór.

Skąd w obecność wybitnego aktora i reżysera teatralnego i filmowego w operze? Z wieloletniej namowy dyrektora Bogusława Nowaka i z tęsknoty za teatrem w dawnym stylu: totalnym, oddziałującym na wszystkie zmysły poprzez słowo, dźwięk i obraz, zawłaszczającym widza w pełni, jak robiły to w latach siedemdziesiątych w Starym Teatrze spektakle Swinarskiego i Wajdy, w których grał Stuhr. Z nadzieją odnalezienia owego teatru ogromnego skierował się on ku operze - syntezie sztuk i ostoi sztuczności. Jak wyszło? Naturalnie - arcy-naturalnie, bo punktem wyjścia jest tu natura dramatu i natura człowieka, hamletowskie "zwierciadło naturze". "Prawdziwy klejnot wdzięku, lekkości i beztroskiego humoru" - tak w Przewodniku operowym określił operę Don Pasquale Józef Kański. Nie do końca potrafię się z nim zgodzić: wdzięk, lekkość - jak najbardziej, humor - bez dwóch zdań, ale czy istotnie beztroski? Najlepsza z oper komicznych Donizettiego (potoczysta melodyka, doskonała charakterystyka postaci, mistrzowskie ensemble, prawda psychologiczna, muzyczny humor) to genialne dziecko Rossiniowskiego Cyrulika sewilskiego, pogłębione dramaturgicznie, dodające do czystego stylu buffo szczyptę sarkazmu, zadumy, a nawet tragiczności.

W inscenizacji Stuhra tę ostatnią odczułam głęboko, boleśnie wręcz. Mam na myśli scenę, w której młoda żona wymierza policzek swemu staremu safandule. On siedzi na schodach, opadła ruda, trefiona peruka, odsłaniając spoconą łysinę, zgarbione plecy eksponują obwisły brzuch, a z gardła wydziera się: "To już koniec, Don Pasquale". Oto Don Pasquale. Pan Wielkanocny - takie jest dosłowne znaczenie tytułowego nazwiska. Czy przypadkowe? Moim zdaniem nie - zważywszy na nierzadkie znaczące imiona w operach Donizettiego (Malatesta - "Ból głowy", Nemorino - "Mały Nikt"). Starcy startujący do młódek zawsze śmieszą, ale tu przypadek nie jest typowy: Pan Wielkanocny to stary kawaler, który, nie zakosztowawszy dotąd (jak możemy mniemać) uroków zmysłowego życia, pragnie je odkryć, choć jest już na to za późno. Prawa natury są bowiem bezwzględne, symbolicznego zmartwychwstania nie będzie. Ten tragiczny w wyrazie policzek jest równocześnie arcyśmieszny - jak cały spektakl. Propozycja Stuhra stawia przede wszystkim na teatr, aktorską grę (brawa dla wszystkich śpiewaków), poetyką przypomina jego molierowskie inscenizacje, choćby Mieszczanina szlachcicem (1994, Teatr Ludowy). Nie ma wymyślnych gagów, a komizm wypływa z samego odczytania doskonałego libretta Giovanniego Ruffiniego. Śmieszą nas zatem minoderyjne baletowe pozy usiłującego wypaść młodo w oczach Noriny Don Pasqualego, śmieszy jego godowy taniec i "trochę tualety" (puder, perfumy, koronki), śmieszą buzie w ciup rychłej żonki.

Śmieszy wreszcie sam... reżyser, który z epizodycznej śpiewanej roli Notariusza zrobił prawdziwy majstersztyk. Udowadnia, że nie tylko nie każdy może śpiewać, ale i nie każdy może milczeć: tak milczeć!

Kto śpiewał podczas premiery? Powtórzę, co kiedyś napisałam, bo jest wciąż aktualne: Mariusz Kwiecień i długo, długo nikt. Charyzma scenicznej osobowości, wspaniały, umiejętnie wykorzystywany głos oraz doświadczenie (w Malatestę wcielał się już w 2006 roku w Metropolitan Opera, mając u boku Annę Netrebko) sprawiały, że każde pojawienie się Doktora przykuwało słuch i wzrok. Jak technika może współkreować postać, pokazała już jego pierwsza, rekomendująca "Sofronię" aria, w której końcowe koloratury jawnie szydzą z Don Pasqualego. W tego wcielił się Grzegorz Szostak: jego basowi brakowało nieco blasku, za to aktorsko mógł podać rękę Kwietniowi. Vis comica, ujmująca naturalność gry i fizyczność sprawiły, że była to postać autentycznie śmieszna, a czasem i wzruszająca. Że słynny (ze śmiechów i parland) duet zemsty Pasqualego i Malatesty będzie wyborny, Stuhr przewidział z góry, planując bis przy spuszczonej kurtynie. Kapitalną - niestety tylko aktorsko - Noriną okazała się młodziutka Alexandra Flood, przybyła aż z Australii. Jej przepojoną seksapilem podwójną grę mogliśmy podziwiać kosztem ewidentnych niedostatków wokalnych, które ujawniły się boleśnie już w pierwszej arii "Quel guardo U cavaliere". Flood dysponuje sopranem o nikłym wolumenie, który w ensemblach - mimo że najwyższy - niemal ginie. Andrzej Lampert jako Ernesto miejscami ujmował liryzmem (serenada Com'e gentil), ale w premierowej konfiguracji męskiej wyraźnie pozostał w cieniu.

Druga obsada miała jedną ewidentną przewagę: Annę Wolfinger w roli Noriny. Urodą i aktorstwem (jeszcze odrobinę spiętym, acz od czasu debiutu w roli Fiorilli w Turku we Włoszech zrobiła ogromny postęp) mogła się równać z Australijką, wokalnie zaś biła ją na głowę. Dariusz Machej (Don Pasquale) to silniejszy i dźwięcz-niejszy bas, mniej natomiast przekonał mnie aktorsko. Mariusz Godlewski jako Malatesta prezentował wyrównany, wysoki poziom wokalny i aktorski -nie taki jednak jak jego poprzednik. U Koreańczyka Sang-Juna Lee (Ernesto) ujął mnie czysty, elegancki tenor, mniej dość szablonowa gra. Chór (przygotowany przez Jacka Mentla - brawa za walc służących), balet (w układach Jacka Tomasika) i orkiestra (pod wodzą Tomasza Tokarczyka) godnie towarzyszyły solistom - choć w tej ostatniej warto by jeszcze dopracować otwierające II akt solo trąbki.

Krakowska inscenizacja nawet w części nie byłaby tak atrakcyjna i zabawna, gdyby nie kostiumy Marii Balcerek. Zaprojektowane z pompą i podkręceniem stylów (zaręczynowy "Ludwik XIV" Pasquala, karykaturalna "Maria Antonina" mężatki Noriny) nie tylko cieszyły oko, lecz także budowały postaci. Ładnym dopełnieniem całości była scenografia Alicji Kokosińskiej - studentki warszawskiej ASP, córki Małgorzaty Walewskiej. Za jej sprawą lokum Don Pasquala przeobraziło się w ąuasi-rzymski dom z atrium, w którego sercu (podłoga to szachownica) toczy się rozgrywka. Zakończy ją, wiadomo: szach-mat.

Monika Partyk
Ruch Muzyczny
3 lutego 2017
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia