Stuhr w Rzeszowie

23. Rzeszowskie Spotkania Karnawałowe

Rok czekała publiczność rzeszowska na Jerzego Stuhra i po spektaklu brawami na stojąco dziękowała artyście oraz jego scenicznym partnerom Krystynie Jandzie i Jerzemu Łapińskiemu za wysmakowane, niepowtarzalne aktorstwo. Wszystkie miejsca na widowni wraz z dostawkami były zapełnione.

Miłośnicy "przyszli na Stuhra", jak się powszechnie słyszało i wielbiąc jego sceniczny talent mogli się czuć w pełni nagrodzeni za to roczne czekanie. Wtedy bowiem, w przeddzień zapowiadanego spektaklu "32 omdlenia" w reżyserii Andrzeja Domalika warszawskiego Teatru Polonia, Jerzy Stuhr omdlał nagle realnie z kardiologicznym finałem w klinice. I wówczas na gorąco nieprzewidzianą lukę w programie tamtych spotkań z wielką artystyczną klasą zapełniła sama Krystyna Janda w monodramie "Ucho, gardło, nóż" według tekstu chorwackiej pisarki Vedrany Rudan. Do tej pory teatromani wspominają tamto wielkie wydarzenie artystyczne.

Spotkania karnawałowe przyniosły widzom to, do czego przez kilkadziesiąt lat byli przyzwyczajeni w innych, corocznych w jesieni Rzeszowskich Spotkaniach Teatralnych, które ostały się tylko w części nazwy, obecnie już Festiwalu Nowego Teatru. Przyniosły radość z obcowania z wielkimi aktorskimi osobowościami.

W "32 omdleniach" świeżo brzmiące w każdej epoce literackiej tworzywo Czechowa, wytrawnie wyłuskane z "Niedźwiedzia, Oświadczyn" czy "Pierwszego amanta" i scenicznie oprawione - skrzyło się humorem obnażającym prostactwo, chamstwo, małostkowość, bylejakość i arogancję. A owe spory o "łączki wołowe" czy inne w różnych postaciach toczone są ciągle i wszędzie. W tym spektaklu aktor był ponad wszystkie teatralne imponderabilia - bo na wielkiej scenicznej przestrzeni stały tylko trzy czarne staroświeckie gięte krzesła i w ostatniej, "teatralnej" odsłonie, także wieszak z garderobą. I stroje z epoki carskiej Rosji, w której toczy się akcja tych jednoaktówek. I tę wielką przestrzeń do syta potrafili zapełnić artystycznie Jerzy Stuhr, Krystyna Janda i Jerzy Łapiński - słowem, gestem, mimiką, dialogami, które wyobraźnię słuchających przenosiły w przestrzenie i miejsca zapisane przez Czechowa, zarazem w interakcji do ocen i refleksji własnych oraz współcześnie adekwatnych zachowań ludzi.

I wracając do owego, w pewnym sensie benefisowego nastroju; gdy Jerzy Stuhr w finale spektaklu pojawia się na proscenium przed kurtyną w roli zmęczonego życiem i pracą aktora oraz wypowiada patetycznie znamienne słowa: "Buda jarmarczna, oto czego wam potrzeba" - to jakby poniekąd odnosił tę inwokację realnie do oczekiwań może widzów, ale bardziej decydentów, którzy artystom i teatrom każą ściskać i ciułać grosze, zamiast dać im miliony, by sztuką oświecali i budowali wrażliwość kolejnych pokoleń.

Profesor Stanisław Górka jest wręcz instytucją artystyczną, z wielością swych sukcesów aktorskich na różnych scenach polskich i w filmach, także na tej własnej, którą stworzył, czyli Towarzystwa Teatralnego Pod Górkę. Na spotkaniach w Rzeszowie wystąpił w monodramie "Colas Breugnon" w reżyserii Tadeusza Wiśniewskiego - czyli adaptowanej dla potrzeb sceny powieści francuskiego noblisty Romain Rollanda. Aktorską finezją, kunsztem śpiewaczym zachwycał Stanisław Górka w balladach i songach Georgesa Brassensa w tłumaczeniach Wojciecha Młynarskiego i Filipa Łobodzińskiego, aranżowanych muzycznie przez mistrza Jerzego Derfla, który na żywo przy niektórych z nich akompaniował zza kulis, a przy brawach także pojawił się przed publicznością. Artysta bawił i budził filozoficzne refleksje opowieścią wieśniaczą scenicznego Colasa o życiu, w którym ów bohater nieustannie cieszył się szczęściem innych. Było sporo liryzmu, poetyckiej subtelności, jak choćby w scenach opowieści o ogrodniczce Łasiczce czy pożegnaniu z umierającą żoną i humoru chwilami nieco sowizdrzalskiego, acz bez przekraczania granic frywolności. I subtelne przetykanie akcji mądrościami znamiennymi w każdej epoce i czasie, że np. umierać za ideologię jest przecież rzeczą bezrozumną, a zgłębianie ksiąg mędrca Plutarcha pożądaną korzyścią dla rozwoju własnej osobowości.

Spotkania kończył krakowski Teatr Ludowy spektaklem "Sarenki" w reżyserii Tomasa Svobody z Pragi. Tytułowe sarenki są jak złota rybka, spełniają życzenia, ale mogą i wprowadzić w kłopoty, zwłaszcza permanentnych pechowców widowiska - dyrygenta, mykologa, urzędnika skarbówki i bezrobotnego wynalazcę. Humor i optymizm nawet w czarnych momentach pozwalają odetchnąć, przejść suchą stopą absurdalne sytuacje i odpocząć od zgryzot codziennych. Dobra dawka optymizmu na kolejne tygodnie.

Spotkania na scenie wypełniły weekend od 10 do 12 lutego br., ale poprzedzone były i przetykane także performatywnymi czytaniami oraz rozmowami z twórcami po spektaklach i koncertami w foyer stosownymi do karnawałowego nastroju. Po monodramie Stanisława Górki klimat muzyczny pozostał w przekazie Jerzego Derfla przy pianinie i śpiewie Moniki Świtaj. Po "32 omdleniach" było także i tanecznie z zespołem Domarski Band, a po "Sarenkach" podobnie przy muzycznej obecności niezmordowanego Old Rzech Jazz Band, któremu lideruje Jerzy Dynia.

Ryszard Zatorski
Nasz Dom Rzeszów
17 lutego 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...