Stwarzając świat trzeba zachować umiar

"Stary testament- reanimacja" - reż. Agata Duda-Gracz - Teatr J. Słowackiego w Krakowie

Reżyser teatralny stwarza świat. Można to samo oczywiście powiedzieć o malarzu, który kreuje na płótnie swoją wizję, o pisarzu, który ze słów układa nieistniejącą rzeczywistość. Ale oni mają do dyspozycji tylko pędzel i komputer. Reżyser teatralny swoją wyobraźnię może urealnić przy pomocy wielu narzędzi. Wystarczy, że stanie na pustej scenie, a za pstryknięciem jego palców rozbłysną światła, popłyną dźwięki muzyki, przestrzeń nabierze pożądanego kształtu. A wśród tego wszystkiego pojawią się żywi ludzie -najpiękniejsza, ale i najtrudniejsza do lepienia materia.

Nie dziwię się Agacie Dudzie-Gracz, że postanowiła zmierzyć się z najważniejszym tekstem w historii ludzkości, opowiadającym o stwarzaniu świata. Już sam pomysł, w kontekście tego co napisałam na początku, jest niezwykle kuszący. Ale po obejrzeniu w Teatrze im. J. Słowackiego premierowego przedstawienie "Stary Testament - reanimacja", wiem już na pewno, że reżyser w przeciwieństwie do Boga musi od czasu do czasu zapanować nad nadmiarem pomysłów, które cisną się mu do głowy. Zrobić selekcję kłębiących się w głowie myśli, albo zatrudnić dobrego Anioła Stróża, który pomoże mu ujarzmić warstwę literacką spektaklu. Bo z konstrukcją dramaturgiczną tekstu, który Agata Duda-Gracz napisała po swojemu, ma ona największy problem.

Do takich refleksji doszłam jednak później. Początkowo zafascynował mnie świat, do którego zostałam zaproszona. Zasiadając na scenie razem z innymi widzami, zostałam przydzielona do jednego z kręgów Dantego. Symbolizować je miały kolory przygotowanych pelerynek, które komponowały się z kostiumami wiszących nad nami aniołów. Interesujący obraz, który świetnie sprawdziłby się w telewizyjnym kadrze. Na żywo też zresztą robił wrażenie. Potęgowało je pojawienie się Tworzyciela, wyłaniającego się z blasku białego światła, kontrastującego z nadmiarem innych barw. Od razu przyszła mi do głowy myśl jak bardzo musi być On samotny.

I właśnie o Jego smutku i samotności opowiada część spektaklu poświęcona stworzeniu człowieka. Przyjmujący pozy niczym z płócien mistrzów Zbigniew Ruciński powołuje do życia Człowieka (Feliks Szajnert) - na swój obraz i podobieństwo, co zabawnie objawia się zarówno w wieku, jak i dezabilu obu panów. A potem Tworzyciel udaje się do nieba, by stamtąd śledzić losy kolejnych pokoleń niezbyt udanego dzieła.

Tak więc po historii Adama i Ewy, pojawiają się sceny, w których widzimy m.in. skrzywdzoną Tamar, wiejską ladacznicę Judytę, która załatwiła potwora z mózgiem na wierzchu czyli Holofernesa (bardzo dobry Tomasz Wysocki), czy leżącą w szpitalnym łóżku Zuzannę i opiekujących się nią starców. Wszystko to jest skąpane w litrach czerwonej farby, której reżyserka, a zarazem scenografka przedstawiania, używa w nadmiarze.

Zresztą wszystkiego jest tu za dużo, łącznie z naprawdę wyjątkową muzyką Łukasza Wójcika, która mocniej by wybrzmiała, gdyby nie powracała tak często. Jednak z tego spiętrzenia pomysłów, można wyłowić perełki. Jedną z nich jest monolog Żony Lota (Anna Tomaszewska), zwykłej kobiety, którą zawiodła własna rodzina. Drugą zaś stanowi scena z udziałem Macieja Jackowskiego, grającego uosobienie ludzkiego konformizmu, któremu nie może nadziwić się patrzący z góry Tworzyciel.

I kiedy już wydaje się, że szala takich skarbów przechyli wagę na korzyć przedstawienia, Duda-Gracz niszczy wszystko jednym ruchem ręki, niczym rozkapryszone dziecko rozwalające budowany z klocków zamek. Otóż nagle dochodzi do wniosku, że widzowie mogą wszystkiego nie zrozumieć i trzeba dla nich "Stary Testament" jeszcze bardziej reaktywować. W tym celu scenę zmienia w coś na kształt telewizyjnego show, by dotarło do nas, że my - siedzący tu i teraz na widowni - jesteśmy równie okrutni jak opisani w Biblii ludzie, a nieszczęśliwego Samsona ("subtelnie" uwspółcześnionego na Samsunga) pomalujemy z upodobaniem.

Ta ostatnia scena sprawiła, że opuszczałam świat stworzony przez Agatę Dudę-Gracz prawie w popłochu. Już nawet nie zastanawiałam się, ściągając z siebie pelerynkę, po co kazano mija założyć, bo dla samego spektaklu nie miało to żadnego znaczenia. Patrzyłam tylko z niedowierzaniem na aktorów, którzy nie opuścili wraz z widzami sceny, tylko wciąż bili brawo. Ciekawe komu?

Magda Huzarska-Szumiec
Polska Gazeta Krakowska
16 maja 2018
Portrety
Agata Duda-Gracz

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia