Stworzeni do zbrodni

"Zbrodnia i kara " - reż. Małgorzata Bogajewska - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieznie

Małgorzata Bogajewska, reżyserka "Zbrodni i kary" na gnieźnieńskiej scenie, postawiła na teatr aktorski, porzucając formalne kombinacje. Tekstem Dostojewskiego zadała ważne pytania - o to, co dziś robimy, by zmienić świat i na ile jesteśmy w stanie poświęcić siebie w walce ze złem. Swoją adaptację rzuciła na pożarcie aktorom. Ach, co to była za uczta!

Nie jest łatwo z powieści, liczącej prawie pięćset stron, zbudować dramat, który przez prawie trzy i pół godziny potrafi utrzymać uwagę widzów. Adaptację, która jest zwarta kompozycyjnie, odtwarza generalnie porządek następujących po sobie w oryginale części, choć z niektórych wątków świadomie rezygnuje (np. z wątku Lizawiety, siostry lichwiarki, która została zamordowana przez Raskolnikowa "nieplanowo", bo się po prostu napatoczyła).

Dzięki temu, że reżyserka nie kastruje monologów bohaterów - spektakl w większości zachowuje właściwą powieści polifoniczność. A w polifonii, jak wiadomo, chodzi o to, żeby wszystkie głosy, z których każdy ma "własną" linię melodyczną, połączyć w jedność, by nie straciły swojej odrębności, ale żaden z nich nie stał się porte-parole autora. I to się udało.

Co nie oznacza wcale, że autorka adaptacji nie pozwoliła sobie na interpretację postaw swoich bohaterów. Od początku spektaklu czujemy, że jej sympatia jest po stronie Rodiona Raskolnikowa (teatralny debiut Wojciecha Lato, studenta III roku PWSFTviT w Łodzi) młodego, bystrego chłopaka, który pogubił się, sprzeciwiając się kurestwu świata, dotykającego dzieci i młodych dziewczyn. Próbował zmienić świat, zgodnie ze swoją teorią, że normy moralne nie dotyczą w równym stopniu wszystkich ludzi. Rozum i idealistyczne koncepcje doprowadziły go do zbrodni. Wojciech Lato nieźle poradził sobie z trudną rolą Raskolnikowa, robiąc walor ze swojej nieporadności (po części wynikającej z braku scenicznego doświadczenia) i nerwowości, konsekwentnie idąc drogą intelektualnego buntownika, który chce naprawić świat, uczynić go bardziej sprawiedliwym i wierzy, że wolno mu więcej niż innym. Tej idei podporządkowuje swoje działanie, usprawiedliwiając morderstwo lichwiarki, którego się dopuścił.

- Nie zabiłem człowieka, zabiłem zasadę - twierdzi uparcie. Zapalczywość i logiczność jego wywodów, zaciśnięte pięści i próba przekonania innych do swoich racji, skazane są na porażkę. Raskolnikowi brakuje cynizmu, żeby poradzić sobie z tym, co się stało, jego emocjonalna wrażliwość bez przerwy wchodzi w konflikt z chłodną teorią dzielenia ludzi na zwyczajnych i nadzwyczajnych, którym wolno nawet zabijać w imię wyższych celów.

Ale to wcale nie Raskolników błyszczy w tym spektaklu najjaśniej. Znakomita jest przede wszystkim Michalina Rodak jako Sonia (córka Marmieładowa, która utrzymuje z prostytucji ojca-alkoholika, znerwicowaną, chorą na gruźlicę macochę i troje rodzeństwa). Scena, w której czyta z Biblii fragment Wskrzeszenia Łazarza to aktorski majstersztyk. Przemyślany krok po kroku - w każdym drżeniu głosu, każde pauzie, odgarnięciu włosów z czoła, przewróceniu kartki księgi. Niejednemu widzowi ścisnęło gardło ze wzruszenia.

Świetnych ról jest w spektaklu znacznie więcej. Choćby Anna Pijanowska jako Dunia, siostra Raskolnikowa, która dla poprawienia warunków życia brata i matki gotowa jest zrezygnować z własnego szczęścia. Z rozsądku chce związać się z Łużynem, czego nie może znieść jej brat. Rozmowa Raskolnikowa z Dunią, podczas której dziewczyna zdejmuje z siebie kolejne części garderoby i wiesza je na wyciągniętej władczo ręce, stojącego obok Łużyna, jej rozstawione szeroko nogi, nagie piersi i twarz łagodna, pogodzona z losem - to jedna z piękniejszych scen spektaklu.

Znakomicie swoje role prowadzą Mariusz Saniternik (Swidrygajłow) i Wojciech Kalinowski (Porfiry). Rytm ich wypowiedzi, melodia głosu, precyzyjnie dobrana długość pauz, są jakby czytane z partytury. Bez najmniejszego fałszu potrafią gwałtownie zmienić nastrój, by za chwilę powrócić do poprzedniego. Swidrygajłow balansuje na granicy cynizmu, wyuzdania, przebiegłości i przerażającej niekiedy brutalnej szczerości. Podejrzewany jest o przyłożenie ręki do śmierci swej żony, doprowadzenie do samobójstwa kilkunastolatki i służącego. Prześladuje Dunię, by ją zdobyć. Swidrygajłow Saniternika gwałtownie zmienia maski, trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, jaki jest tak naprawdę. Zagadkowy do końca, zaska-kujący. Po tym, jak Dunia zdecydowanie go odtrąca, popełnia samobójstwo (wrażliwy cy-nik!), bez żadnej celebracji i nadęcia, tak nonszalancko jak żył. Mistrzostwo.

Porfiry Kalinowskiego, śmiejący się z charakterystycznym świńskim chrapnięciem, to mistrz psychologicznej rozgrywki. Jego dialog z Raskolnikowem na temat istoty zbrodni i cech mor-dercy, w którym od błazna przechodzi do rzeczowo ripostującego śledczego jest popisem ak-torskiego talentu, podpartego świetnym warsztatem.

Zaskakuje drugi z młodych debiutantów, Tomasz Marczyński (też student III roku łódzkiej filmówki) - o urodzie kowboja z amerykańskiego Południa. Jego Razumichin, najbliższy przyjaciel Raskolnikowa, prowadzony jest z dużą swobodą i świadomością, a może chłopak ma po prostu znakomitą intuicję aktorską.

Zresztą, cały zespół aktorski gra wybornie, nie ma w tym spektaklu ról puszczonych. Zarówno kobiecych (bardzo dobra Martyna Rozwadowska w roli Katarzyny Iwanowny, czy Iwona Sapa - Matka), jak i męskich (Łużyn Bogdana Ferenca ma wszystkie cechy dorobkiewicza i manipulanta, pełnego pogardy dla kobiet, a Marmieładow Macieja Hązły, to alkoholik, w którym tlą się jeszcze jakieś uczucia wyższe). Gnieźnieńscy aktorzy udowadniają, że dobry reżyser potrafi wydobyć to, co w aktorze najlepsze i zmotywować go do twórczych poszukiwań.

Teatr aktorski nie wymaga wielu rekwizytów, ani przepychu scenograficznego. Biały proszek rozsypany na deskach jest ogromnie pojemny interpretacyjnie, może robić za zimowy Petersburg, być namiastką niewinności człowieka albo kojarzyć się z zasypywaniem win. Wygięte metalowe słupy to nie tylko szkielety domu, ale też złowieszczy symbol kary, jaka powinna spotykać każdego, kto popełni zbrodnię. Nawet jeśli zbrodnię popełniono ze szlachetnych pobudek. Ale czy bez zbrodni rzeczywiście da się naprawić i uratować świat? Czy intelektualne napiętnowanie zła ma jakąś siłę sprawczą? Jak działać, kiedy wyczerpały się wszelkie formy perswazji? I przede wszystkim - czy chcemy dziś coś robić, żeby zmienić świat, czy wolimy raczej dywagować na ten temat na internetowych forach?

Tekst Dostojewskiego zawsze brzmi aktualnie, bo ludzkie emocje od wieków są te same (choć inaczej wyrażane). Dziś może trafia do nas z większą mocą, wyostrzony przez naszą polską rzeczywistość ostatnich miesięcy. Szczególnie kwestie, wypowiadane przez Raskolnikowa, o normach moralnych, które nie dotyczą w równym stopniu wszystkich. I podział na ludzi zwyczajnych i niezwyczajnych, którym więcej wolno i nie podlegają karze.

Znakomity jest finał spektaklu - wszyscy bohaterowie Dostojewskiego, zasiadają w roli sędziów w głębi sceny. Raskolnikow, zwrócony twarzą do publiczności przyznaje się do winy. W absolutnej ciszy dźwięczą słowa: To ja zabiłem. Wyznanie rzucone tym, którzy siedzą za nim i przed nim - publiczności. I tak naprawdę, to ona będzie miała z nim największy problem.

Kiedy myślę o "Zbrodni i karze" Bogajewskiej, ciśnie mi się na usta określenie, bliskie teatrowi Lupy - spektakl "wypełnionych" pauz. Kiedy nie pada słowo, a każde spojrzenie, chrząknięcie, założenie nogi na nogę, pochylenie głowy, stanie w jednym miejscu - ma swój czas, swój rytm, swoją przestrzeń. Wydawałoby się, że akcja stoi w miejscu, a jednak widzowie nie mogą oderwać wzroku od sceny.

Iwona Torbicka
www.kulturaupodstaw.pl
22 kwietnia 2016

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia