Stworzenie spektaklu wędrownego

Rozmowa z Judytą Berłowską

Najistotniejszym elementem jest dla mnie spotkanie. To też najtrudniejszy element do uzyskania, na tym polega taki rodzaj reżyserii, jaki mnie interesuje. Na stworzeniu warunków do spotkania realizatorów i aktorów z tekstem, ze sobą nawzajem i z widzem. To może bardziej performatywne, niż teatralne w klasycznym rozumieniu, ale dla mnie to istota teatru.

O pracy nad spektaklem „Mazagan. Miasto" Beniamina Bukowskiego w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu, z jego reżyserką Judytą Berłowską, rozmawia Ilona Słojewska.

Ilona Słojewska: - Dlaczego wybrała Pani tekst Beniamina Bukowskiego?

Judyta Berłowska: - Temat domu jest dla mnie bardzo istotny. Pewnie w dużej mierze dlatego, że praca w teatrze wiąże się z dużą ilością podróży i zmusza do ciągłego redefiniowania słowa „dom". Ale myślę też, że jest to temat bardzo aktualny przez to, co dzieje się dziś na świecie. Lubię poczucie humoru Beniamina – absurdalny, angielski, „monthy pythonowski" dowcip połączony z ogromną erudycją. Poza tym szukam tematów, które pozwalają mi przeprowadzić ciekawy proces twórczy – najchętniej włączający widzów w pracę. To jest związane z moją fascynacją pedagogiką teatru i komunikacją teatralną, która maksymalnie otwiera się na widza, traktuje go nie jako odbiorcę, czy klienta, ale jako współuczestnika, jako kogoś, kogo zapraszamy do spotkania. Po przeczytaniu „Mazaganu" uznałam, że ten tekst jest kopalnią inspiracji do tego rodzaju akcji włączających widza w proces.

- Dlaczego zrealizowała Pani spektakl w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu?

Zrealizowałam „Mazagan. Miasto" w teatrze toruńskim, ponieważ dyrektor artystyczny Paweł Paszta zdecydował się zaprosić nas z tym projektem. Myślę, że taka forma „otwierania" teatru jest wspólnym mianownikiem naszego myślenia o nim. Ponieważ spektakl opowiada o mieście, dużą pracę włożyliśmy jako realizatorzy w poznanie Torunia, szukanie ciekawych wątków z jego historii, słuchanie ludzi, dla których prowadziliśmy warsztaty.

- Samo zaś miasto Mazagan wraz z biegiem akcji staje się alegorią

- W tekście Beniamina Mazagan od początku jest alegorią. Autor mówi o tym wprost. Nam zależało, żeby wyjść od historii portugalskiej kolonii i dopiero z czasem odkrywać przed widzem, że mówimy o każdym mieście i każdym domu. Mocnym gestem jest też w założeniu wchodzenie do prawdziwych domów, prawdziwych ludzi. Wprowadzanie Mazaganu w czyjąś prywatną przestrzeń demaskuje więcej znaczeń już na początku.

- Jak czuje się Pani w realizacji tekstu, którego treść rozgrywa się w minionych epokach, a przesłanie dotyka cech współczesnego człowieka

Myślę, że takie opowieści sprawiają, iż mamy poczucie jakiejś ciągłości. Są dowodem na to, że te podstawowe potrzeby człowieka – bezpieczeństwa, posiadania domu, tożsamości były i są podobne we wszystkich czasach i miejscach. Myślę, że jest to ważne, żeby czasami sobie o tym przypominać. Poza tym – taka forma historii sprawia, że traktujemy to bardziej jak baśń – alegorię, jak Pani zauważyła. A to sprawia, że łatwiej jest przyłożyć to do własnego życia i doświadczenia i przepracować pewne aspekty tej historii poprzez emocje, a nie tylko intelekt. Tak przynajmniej sądzę, jako fanka Bruno Bettelheima.

- Jak wizja przedstawienia rozwijała się w Pani wyobraźni?

- To przede wszystkim efekt wspólnej pracy całego zespołu. Na pierwszym etapie – realizatorów, na etapie prób – również zespołu aktorskiego. My od początku założyliśmy, że otwieramy się na to, że wiele inspirujących rzeczy może wydarzyć się w trakcie warsztatów i naszego bycia w Toruniu w ogóle. Wiedzieliśmy, że naszym zadaniem jest stworzenie spektaklu „wędrownego", takiego, który można grać w różnych warunkach, który nie potrzebuje nagłośnienia, oświetlenia i wielkiej scenografii. Jednocześnie wszystko krąży dookoła „domu" - zarówno temat spektaklu, jak miejsce eksploatacji i związane z tym ograniczenia. Wiedziałam, że z tekstu Beniamina chcę wydestylować historię Mazaganu, a kontekst i wynikające z niego decyzje inscenizacyjne pojawiały się z czasem.
Decyzje Aleksandry Żurawskiej, autorki scenografii, Sebastiana Świądra, kompozytora, a także fotografa Bartka Warzechy również wiązały się z tymi ramami, na które się umówiliśmy.

- Jakie sceny spektaklu są Pani szczególnie bliskie?

- Ja najbardziej lubię scenę jedzenia zupy przed ogłoszeniem rozkazu przez komendanta Mendonkę. To taki moment, w którym łączy się bardzo tradycyjny teatr – oparty na intencjach, zadaniach, rytmie z intensywnym współistnieniem z widownią. Ten moment spektaklu jest punktem kulminacyjnym – eksploduje w nim zmęczenie życiem przez kilkaset lat na pustyni, bez celu i sensu. I w groteskowy sposób prowadzi do exodusu Mazagańczyków z Afryki do Ameryki Południowej.

- Wyreżyserowanie „wędrującego spektaklu" jest ogromnym wyzwaniem

- Wyzwania wiążą się głównie z eksploatacją spektaklu. Mam świadomość tego, że zostawiam Teatr Horzycy z niełatwym wyzwaniem na poziomie organizacji. Jest to również ogromne wyzwanie dla aktorów, którzy muszą się wykazywać ogromną przytomnością i elastycznością, ponieważ nigdy nie wiedzą, w jakiej przestrzeni będą grali. My – realizatorzy – mieliśmy świadomość, że podejmujemy się stworzenia spektaklu, który powinien się zmieścić do teatralnego auta. I od początku myśleliśmy o nim w taki sposób, że jego siłą może być bezpośredni kontakt z widzem, różnorodne formy opowiadania historii, szeroko rozumiana muzyczność, dbałość o detale plastyczne, a nie precyzyjna efektowna inscenizacja.

- Opowiadając o bezustannej wędrówce ludzi po świecie, opowiadając o domu i jego poszukiwaniu, odsłania Pani naturę człowieka...

- Mam nadzieję. Dramat „Mazagan. Miasto" to opowieść przepełniona duchem humanizmu, w moim poczuciu pozwala patrzeć na człowieka i na to, co mu się przydarza z pewnym rodzajem wyrozumiałości. W spektaklu zależało mi mocno na tym, żeby pokazać te mechanizmy, które są dzikie, i niebezpieczne. Jednak w całej tej opowieści jest jakiś rodzaj heroizmu. Mimo że tracimy dom, mimo że przytrafiają nam się straszne rzeczy, mimo że robimy straszne rzeczy sobie nawzajem, wciąż od nowa podejmujemy próby zbudowania domu, w którym będzie bezpiecznie i ciepło oraz miasta, które będzie dobrym miejscem dla życia wspólnoty ludzi.

- Który element widowiska teatralnego jest dla Pani jako reżysera najważniejszy?

- Najistotniejszym elementem jest dla mnie spotkanie. To też najtrudniejszy element do uzyskania, na tym polega taki rodzaj reżyserii, jaki mnie interesuje. Na stworzeniu warunków do spotkania realizatorów i aktorów z tekstem, ze sobą nawzajem i z widzem. To może bardziej performatywne, niż teatralne w klasycznym rozumieniu, ale dla mnie to istota teatru. Wszystko inne – tekst, wizualna strona, muzyka, pomysły inscenizacyjne wszelkiego rodzaju są bardzo istotne, ale muszą być podporządkowane spotkaniu. Jeżeli jest jakaś jakość, która najtrafniej to spotkanie gospodaruje, to myślę, że jest nią rytm.

- Bardzo dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

___

Judyta Berłowska – reżyserka teatralna. Absolwentka wiedzy o teatrze na Akademii Teatralnej w Warszawie oraz Wydziału Reżyserii Dramatu w krakowskiej PWST. Debiutowała spektaklem „Hotel Kijów" w Teatrze Barakah w Krakowie. Asystentka Agnieszki Glińskiej i Barbary Wysockiej. Laureatka Forum Młodej Reżyserii 2014 (Grand Prix) za pracę reżyserską „Bez ojcowizny" na podstawie „Płatonowa". Wielokrotnie pracowała z dziećmi i młodzieżą jako wychowawca oraz instruktor teatralny. Interesuje się pedagogiką teatralną i terapią przez teatr.

Ilona Słojewska
Dziennik Teatralny Bydgoszcz
26 kwietnia 2019

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...