Stworzona z ducha, ognia, rosy

"Anne z Zielonych Szczytów" – aut. Lucy Maud Montgomery - Wydawnictwo: Marginesy

„Anne z Zielonych Szczytów" Lucy Maud Montgomery w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej, otwiera przed czytającym zupełnie nowe pole wyobraźni.

Nie bez powodu autorka Lucy Maud Montgomery książkę poświęca pamięci ojca i matki, a także umieściła cytat z wiersza „Evelyn Hope" angielskiego poety i dramaturga Roberta Browninga. Czy Anne nie przypomina dziewczynki stworzonej przez „ducha, ogień i rosę" i to za sprawą szczęśliwych gwiazd jej horoskopu? A sama autorka, czy nie ukrywa w stworzonej przez siebie literackiej postaci, swojego dzieciństwa, czasu dojrzewania i miejsc, w których dorastała? Jak wiele jest w losach obu tych kobiet paraleli.

Przekład Anny Bańkowskiej wydobywa z prowadzonej narracji ukrytą dotąd jej oryginalność i wyjątkową zdolność do konstruowania stosownego do sytuacji klimatu. W ekspozycji w świat Avonlea wprowadza czytelnika narrator w osobie Rachel Linde, bacznym wzrokiem obserwującej najbliższą okolicę. Dzięki temu, autorka poprzez nią zyskuje pretekst do przedstawienia szczegółowej topografii miejsc przyszłych zdarzeń. Postanowienie udania się do domu Marilli Cuthbert, by dowiedzieć się, dlaczego widziała Matthew Cuthberta, który zamiast siać rzepę, nieoczekiwanie zaprzągł kasztankę do bryczki, i odświętnie ubrany, jechał przez dolinę, jest doskonałą okazją, by wprowadzić czytelnika w samo centrum zdarzenia i jego następstw. Samo zaś Avonlea obrazuje mapka umieszczona na wyklejce autorstwa Anny Pol, której plastyka idealnie obrazuje jej wykonanie przez dziecko.

Innym, ciekawym zabiegiem narracyjnym jest wyprawa Anne z Dianą do panny Josephine Barry mieszkającej w Charlottetown. O przygotowaniach Anne do wyjazdu i towarzyszących jej emocjach wszechwiedzący narrator informuje z ogromną pasją i zaangażowaniem, przykładając sporo uwagi do szczegółów warunkujących powodzenie tego przedsięwzięcia. Po czym, w rolę „sprawozdawcy" wchodzi Anne i o tym, jak przebiegała wizyta, opowiada Marilli po powrocie do domu. W ten sposób zostaje zachowany ciąg przyczynowo-skutkowy, a wydarzenia z przeszłości, nabierają dynamizmu, ostrości, a przede wszystkim emocji. Ten tak atrakcyjny literacko dla czytelnika zabieg narracyjny, zresztą jeden z wielu, znakomicie uchwyciła Anna Bańkowska.

Pierwsze sceny powieści zapowiadają też jej problematykę. Rozmowa Rachel Linde z Marillą Cuthbert służy przede wszystkim zasygnalizowaniu sytuacji, w jakiej funkcjonowały dzieci, a zwłaszcza sieroty, w świecie dorosłych. Stosowano wobec nich wyłącznie kryterium ich przydatności w domu, do którego były zabierane z sierocińców. „Użyteczność" Anne sprowadzała się do opieki nad dziećmi w rodzinach wielodzietnych, co było dla niej pracą ponad siły. Co więcej, Lucy Maud Montgomery w sposób bezlitosny obnaża sposób myślenia dorosłych, ich moralność, nie mającą nic wspólnego z szacunkiem wobec dzieci. Nie zastanawiano się nad ich uczuciami i nad wrażliwością. Wszak sama Marilla w obecności Anne prowadziła rozmowy weryfikujące pomyłkę, jaka zaszła w dostarczeniu dziecka stosownej płci do pracy i pomocy oraz wiodła dyskusję na temat ewentualnego odesłania lub pozostawienia jej w swoim domu. Napięcie dramatyczne tej sceny wzmacnia konstrukcja psychologiczna i emocjonalna Anne, budowana przez Lucy Maud Montgomery od pierwszej chwili spotkania Matthew Cuthberta z dziewczynką. Sygnalizuje doskonałą znajomość duszy osieroconego dziecka, w której każde słowo dorosłych, także i wypowiedziane bez zastanowienia, ma siłę okaleczenia jej na zawsze. Anne Shirley to postać rzeczywiście „stworzona z ducha, ognia, rosy", zesłana do świata dorosłych, by pomóc im w zrozumieniu i w akceptacji dziecka, a przede wszystkim, by wyzwolić w nich wrażliwość.

W powieści warto jeszcze raz przyjrzeć się postaci samej Marilli i jej wewnętrznej przemianie. To postać dynamiczna, zmieniająca się pod wpływem obecności Anne. Odkrywająca w sobie nieznane dotąd uczucia. I tutaj trzeba podkreślić, z jaką wrażliwością Anna Bańkowska razem z Maud Montgomery buduje psychologiczny portret Marilli. Tkają go z tak różnorodnej materii. Oschłość, dystans, praktyczność ustępują czułości, zrozumieniu i miłości, które to powoli zmieniają jej osobowość.

Lecz świat Anne wcale nie powinien być obcy współczesnym nastolatkom. W jej czasach rzucano sobie „wyzwania", które dzisiaj nazywają się „challenge". Bohaterskie przyjęcie wyzwania przejścia po dachu zakończyło się dla niej złamaniem nogi w kostce. Jest też, żywy i aktualny, problem inności. Włosy jak „marchewka", wyróżniające Anne spośród dzieci, dla niej samej były czymś, o czym chciałaby zapomnieć. I tutaj autorka sygnalizuje, w jakże delikatny sposób, jak głęboko dzieci przeżywają tę swoją „inność". A do tego Gilbert Blythe jakże bardzo ją upokorzył, nazywając „marchewką"... Zadra w sercu Anne utkwiła bardzo głęboko i na długo. I gdyby nie rozmowa z Marillą na temat jej relacji z ojcem Gilberta, kto wie, czy Anne wybaczyłaby mu jego zachowanie. To, co było jej zmartwieniem, z czasem stało się atutem, kiedy włosy razem z dojrzewaniem przybierały coraz bardziej kasztanowy odcień.

Nie bez powodu kolory okładki autorstwa Anny Pol, mają barwę włosów Anne, a umieszczona w centralnym miejscu papierowa wycinanka w kontrastującej zieleni (przecież pofarbowała je na zielony kolor!), jest charakterystyczna dla epoki, w której żyła dziewczynka. Lecz czy nie kojarzy się także z kreską współczesnej mangi, którą tak chętnie czytają dzisiaj nastolatki. Postać dziewczynki umieszczona na okleinie obok tytułu „Ania z Zielonego Wzgórza" pełni rolę łącznika pomiędzy obydwoma tytułami wcześniejszymi tłumaczeniami. Ma się wrażenie, że ta drobna dziewczynka opuszcza Zielone Wzgórze i zmierza w kierunku Zielonych Szczytów.

Co jeszcze można odkryć w nowym wydaniu „Anne z Zielonych Szczytów"? Zachwyt i wrażliwość nad przyrodą. Uchwycenie zmieniającego się wyglądu krajobrazu w cyklu czterech pór roku. Wpisanie natury w życie człowieka i odwrotnie. A także wprowadzenie polskiej nazwy „majowniki" dla „mayflowers".

I wreszcie... Zanim przeczytamy nowy przekład „Anne z Zielonych Szczytów", koniecznie wsłuchajmy się w słowa „Od tłumaczki" Anny Bańkowskiej. Być może wówczas łatwiej będzie zrozumieć, dlaczego aż tak wielkie znaczenie w imieniu Anne ma na końcu „e" ... I dlaczego warto po latach spotkać się ponownie z Anne Shirley.

Ilona Słojewska
Dziennik Teatralny Bydgoszcz
11 sierpnia 2022

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia