Subiektywny spis aktorów teatralnych

Edycja dwudziesta piąta - wrzesień 2017

Stałem na scenie, dzierżąc w ręku statuetkę Krzysztofa M. Bednarskiego, znak plastyczny Nagrody im. Konstantego Puzyny, przebijałem wzrokiem świecące po oczach reflektory i z trudem wierzyłem w to, co widzę. Przepastne audytorium Wrocławskiego Centrum Kongresowego nabite było po horyzont. Jak na rockowym koncercie. Ale to nie był koncert. No, w pewnym sensie był: mieliśmy aktorski koncert wyimków scen i ról z dawnych, właśnie wywalonych z afisza spektakli, połączony z wręczeniem nagrody przyznanej przez „Dialog". A tłum przyszedł nagrodę symbolicznie odebrać. Miał prawo, był jednym z jej zbiorowych laureatów. Nagroda, przypomnę, przypadła „aktorkom, aktorom i publiczności wrocławskiego Teatru Polskiego protestującym w obronie wartości artystycznych wypracowanych w ostatnich latach i niszczonych na skutek błędnych decyzji administracyjnych".

To nie była podniecona publiczność teatru gwiazd żądna naoglądania się na żywo ulubieńców z obrazka. To nie była publiczność branżowa z teatrów, do których „się jeździ", gdzie wszyscy mądrale na widowni znają się z widzenia i macerują się we własnym sosie, niczym ogórki małosolne. To nie była śliczna publiczność scen komercyjnych, traktująca wyjście do teatru jako kulturalny dodatek do kolacji z prosecco. To była publiczność niemożliwa, a jednak istniejąca. Czynem wspierająca aktorów tracących swój teatr, tracących to, w co wierzyli, więcej, w co wierzyć nauczyli właśnie swoich widzów. A trafili na pierwszą linię frontu wojny o tę wiarę. Jakoś sami, choć to niesprawiedliwie brzmi: słów i czynów poparcia mieli zewsząd mnóstwo. Ale z daleka. Ich dyrektor poszedł w politykę, przedtem na barykadzie zrobił sporo głupstw. Reżyserzy, ptaki przelotne, owszem, wspomagają Teatr w Podziemiu, ale tak naprawdę odfrunęli robić swoje gdzie indziej. Z zespołu też część zwiała; ta, która mogła. A ci, którzy nie mogli – z różnych przyczyn – zostali sam na sam z chronionym politycznie psujem, ogłupiałym aktorem źle grającym rolę dyrektora, ex-kolegą, który dawno, dawno temu naprawdę dobrze się zapowiadał. Nie ma powodu jego osobą zbyt długo zaśmiecać tego przeglądu.

Teatr jest sztuką iluzji, w sensie dosłownym – na scenie buduje się iluzja jakiejś rzeczywistości – ale i w sensie szerszym: ludzie sceny i ci, którzy wokół niej krążą, nieustannie tworzą, wszyscy tworzymy sobie iluzje tyczące na przykład miejsca i wagi teatru w świecie pozascenicznym. To są często złudzenia ponad stan. I niewiele jest momentów takich, jak ten kwietniowy wieczór opodal Hali Stulecia, które dają rzeczywistą pewność mocy i znaczenia sztuki w życiu. To spotkanie aktorów z widzami było krystalicznie, nieskazitelnie bezinteresowne. Nie było w nim kalkulacji, co najwyżej nadzieja. Słabnąca zresztą. Nie było sensacyjnej otoczki, żadnego, nazwijmy to tak, wiecowego podniecenia, w najszerszym (także pozytywnym) rozumieniu. Tłum ludzi przytarabanił się z całego Wrocławia, by po prostu dać świadectwo, że teatr, który mieli, był im potrzebny a został żal, że go nie ma. To jeden z najwspanialszych bukietów kwiatów dla ludzi sceny, jaki widziałem w życiu. Złożony w ręce aktorów. Najwłaściwsze ręce.

Dwudziesty piąty raz zbieram z całego sezonu notatki o robocie aktorskiej. Subiektywne, skażone niepełnością, bo mnóstwa ról, które mogły być świetne, ba, o których wiem z relacji, że były świetne, po prostu nie dałem rady zobaczyć. Nadzieje, surf po fali, zwycięstwa, mistrzostwa, czasem wątpliwości, kategorie stosowane według reguł obowiązujących już od, rany boskie, ćwierćwiecza. Powiem nieskromnie, że chyba się nie zestarzały. Bo i nie mogły: istota aktorstwa pozostaje niezmienna w dużo większym stopniu, niż się to apologetom postępu w sztuce wydaje.

Bartosz Bielenia [nadzieje]

Wróble na Plantach ćwierkają, że już go nie ma w Krakowie. No tak, gdy się tylko da, trzeba wiać przed głupią zmianą w Starym. Szkoda, czuł się na tej scenie świetnie. Chudzielec z wyrazistą twarzą i plastycznym ciałem zdolnym do wyginania w szalone pozy, groteskowe, acz bez taniego wygłupu. Świetnie to widać w androgynicznej, z lekka nieporadnej, pysznie bawiącej się swą clownadą wróżce ze świetnego „Kopciuszka" Anny Smolar (gdzie gra też drugą rolę, smutnego księcia spod klosza). A w „Weselu" Jana Klaty przekonująco i z rozmachem kreśli postać księdza roztańczonego (z gitarą), uroczego i nadzwyczaj dobrze urządzonego do „tych rzeczy z groszem", co je opisał był Wyspiański. Niech Kraków żałuje, ma czego.

Iwona Bielska [mistrzostwo]

Kradnie show w kolejnych spektaklach. Ale też jest w nich właściwie solistką. Znalazła swój patent na sceniczne monologi, precyzyjne retorycznie, silnie perswazyjne (wobec słuchaczy na widowni bardziej niż partnerów), podkręcone egzaltacją i brawurową szarżą. W barokowych frazach Jerzego Pilcha sprawdza się to bezbłędnie, więc przemowa madame Wzmożek jest jedną z głównych atrakcji „Wielu demonów" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego. Ale gdy materiał literacki i aktorski jest wątlejszy, tak jak w widowisku „Komeda" (koprodukcja tychże samych warszawskiej Imki i łódzkiego Nowego), trudno odgonić myśl, że lepiej było, miast wieloobsadowej opowieści, walnąć po prostu czysty stand-up Zofii Komedowej, żony, muzy i opiekunki. Nie ma wątpliwości: wciągnąłby nas bez reszty.

Jowita Budnik [zwycięstwo]

Nie powinno jej być w tym przeglądzie, spektakl jest sprzed dwóch lat, moja wina, że zobaczyłem go dopiero teraz w warszawskiej Kamienicy. Ale, mówiąc frazą Doroty Masłowskiej, już go nie mogę odzobaczyć. „Supermenkę", sprawną opowieść Doroty Maciei o redaktorce, co z wyższych funkcji kierowniczych w mediach ląduje nagle na bezrobociu, świetna aktorka filmowa (od teatru dotąd stroniła) umie bezbłędnie ułożyć w ciąg nie tyle faktów ile stanów psychicznych: skaczemy za nią jak w dym z autoironii w depresję, z wyłażenia z dołka w żenadę, z resztek snobizmu w mozolne zbieranie się do kupy. Ileż podobnych świetnych robót aktorskich umyka nam w sezonie, żeby się nie wiem jak starać za nimi nadążyć.

Dariusz Chojnacki [na fali]

Jego wejście na scenę Teatru Śląskiego w Katowicach w Kutzowskiej „Piątej stronie świata" do dziś się pamięta, więc rolę w „Wujku '81", osobistym requiem-wspomnieniu Roberta Talarczyka miał zagwarantowaną. I jest wstrząsający w prostym dialogu bohatera z żoną, że trzeba uciekać, tu się nie da żyć, jest duszno – a my wiemy, co go za chwilę spotka pod kopalnią. Przed wzruszeniem nie obronią się najtwardsze krokodyle. Aliści w spóźnionej o czterdzieści lat prapremierze „Porwania Europy" Jarosława Marka Rymkiewicza jako swojski, elokwentny Kicio nie mogący się tożsamościowo odnaleźć na salonach zachodnich Pompadurów jest tylko fachowy – poprawny i mało zabawny. Jak i cały spektakl, więc może to Piotr Cieplak, miłośnik farsy, nie umiał uruchomić jej śmieszącego mechanizmu? A może jednak jest tak, że każdy aktor ucieka przed szufladką emploi – i bezwzględnie powinien to robić – ale najmocniejszy jest, chcąc nie chcąc, w tym najlepiej do siebie pasującym typie ról.

Wiesław Cichy [mistrzostwo]

Dziewięć lat temu pisałem, że „dysponuje dojrzałą pewnością środków, umiejętnością panowania nad widowiskiem, siłą i finezją w zwarciach" predestynującymi go do roli tytułowej w „Sprawie Dantona" reżyserowanej przez Jana Klatę. Na wspomnianym tu, kwietniowym spektaklu-koncercie Teatru Polskiego w Podziemiu długo rozpędzał się w niepokojącej ciszy, by wystrzelić monologiem Dantona – tym po przegranej batalii o życie, pełnym zimnej, furiackiej pogardy dla prześladowców. Każde słowo trafiało w cel, każde zdanie cięło powietrze niczym rapier, zdało się, że wręcz słychać świst. A potem, w kuluarach mówił mi, że może teraz zagra w Pradze, tam go chcą. Psiakrew...

Daniel Dobosz [na fali]

Pierwszą notatkę mam sprzed pięciu lat o jego monologu Jokera/Kalibana w dziwacznej przeróbce „Tytusa Andronikusa", czyli „Na końcu łańcucha" Mateusza Pakuły/Ewy Rysowej; w wampiryczno-chaotycznym widowisku brał ton nieomal liryczny, intymny. Miał potem w lubelskim Teatrze im. Osterwy, gdzie trafił prosto po szkole, sporo ról ostrych, charakterystycznych – w „Mordorze" według Ziemowita Szczerka w reżyserii Remigiusza Brzyka, w „Pani Bovary" reżyserowanej przez Kubę Kowalskiego. W inscenizacji „Marata/Sade'a" Weissa (też Brzyk), ustawionej przede wszystkim jako gra zbiorowa, jest Sade'em – więc ma prawo stać ponad tłumem, definiować i komentować kreowany świat ironicznie i dotkliwie. Dojrzale daje sobie z tym radę: wyraziście słychać jego racje, jego przenikliwość. Pięknie biegnie ta kariera.

Krzesisława Dubielówna [mistrzostwo]

Na jej wejście zatrzymuje się teatr: rozbuchane, nieco chaotyczne widowisko Pawła Miśkiewicza we Wrocławskim Współczesnym, zbudowane z tekstów Tadeusza Różewicza, w tym z tych o matce, co odchodzi. Siada na krzesełku i mówi. Z jakąś krystalicznie przezroczystą świetlistością, która była w pisarstwie syna, prostymi słowami mówi o życiu, skrajnej biedzie, wszystko w jakiejś pełnej godności pokorze. I o tym, że syn nie pokazał jej świata, to znaczy Krakowa, gór, morza. Wtedy się dąsa. I nie wiadomo, jakim cudem w tym nadąsaniu, zaciśniętych ustach i surowym głosie jest cała miłość, jaką syn ma od matki – jeśli ją umie przyjąć. Chciałoby się mieć nagrany ten monolog, bynajmniej nie tylko jako świadectwo wielkiego, aktorskiego kunsztu.

Grzegorz Falkowski [zwycięstwo]

Sporo gra w warszawskim Powszechnym. Oburzonego melomana, co nie dotarł na koncert, bo szła demonstracja i zagrodziła drogę w spektaklu o „Kuroniu" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk/Pawła Łysaka, tamże funkcjonariusza służb, a u Krzysztofa Garbaczewskiego w Reymontowskich „Chłopach" nadekspresyjnego księdza. W żadnej z tych ról nie czuć jednak tej frajdy syna marnotrawnego, co wrócił do domu, jaka jest w „Ślubie", koprodukcji Teatru im. Kochanowskiego w Opolu i szczecińskiego Współczesnego w reżyserii Anny Augustynowicz. Widać, jak się rozumieją inscenizatorka z aktorem, jak Gombrowiczowskie wyprowadzanie całego świata z głowy Henryka znajduje wyraz w jego grze, która jest tyleż wchodzeniem w świat sceniczny, ile relacjonowaniem go nam z podnieceniem przechodzącym w konfuzję. Wolno stawiać tę interpretację gdzieś bardzo blisko pamiętnej roli Jerzego Radziwiłowicza w kongenialnym „Ślubie" Jerzego Jarockiego w Starym.

Jacek Fedorowicz [nadzieje]

Nadzieje w teatrze zawsze wypada wiązać z udanym debiutem. A że debiutant po osiemdziesiątce – oj tam, oj tam. Radiowy, filmowy, estradowy mistrz nigdy jeszcze (przynajmniej według nieocenionej dokumentacji Instytutu Teatralnego) nie grał w regularnej sztuce na teatralnych deskach. Mrożkowy „Karol" (Polski, Warszawa) wyraźnie mu pasuje swą poetyką. Celnie i złośliwie kreśli sylwetkę ramola z flintą, który nic nie widzi i nic nie rozumie, ale jest potwornie groźny w swej mściwości, zwłaszcza że tak łatwo go podpuścić. Skoro o nadziejach mowa: marzę, żeby mu się chciało wrócić do swej wielkiej specjalności i znów z pomocą jadowitej kpiny uodparniał zjadaczy telewizorowej papki na manipulacje propagandy. Bądź przynajmniej uczył tego młodszych. Nie ma co tłumaczyć, jak jest to znów potrzebne.

Monika Frajczyk [nadzieje]

Dzisiejszy teatr często nie wie, co robić z Panną Młodą z „Wesela", grać przygłupią wieśniaczkę czy szczebiotliwą wiejską kokietkę? W Starym jest Jagną idealną: szczerą, prostolinijną, rozsądną, wiedzącą czego chce i nie bojącą się żywych uczuć, których miastowi się wstydzą. Da się przeciągnąć nitkę łączącą tę postać z odjechaną wariatką z „Triumfu woli" Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki, wmawiającą sobie „yogę śmiechu" jako odtrutkę na depresje. W obu rolach jest rodzaj dobrej, skumulowanej energii, dynamika, jasność i otwartość w rysunku postaci. To zresztą cechy wspólne najmłodszej części zespołu i w ogóle zespołu Starego, który pięknie zebrał się do kupy parę lat po konfliktowych początkach dyrekcji Klaty – akurat w sam raz, żeby go zacząć rozpędzać.

Piotr Gajos [na fali]

Zabawny amancki epizod nagrał na wideo do „Humanki", paternalistycznej komedii Jarosława Murawskiego/Agaty Puszcz, wyróżnia się w tłumie chasydów z hermetycznego „Dybbuka" Artura Pałygi/Pawła Passiniego. Ale mnie siedzi w głowie z innej roli w bielsko-bialskim Polskim, jeszcze z zeszłego sezonu. Szymon Bogacz z Zuzanną Bućko zaadaptowali a Julia Mark wyreżyserowała „Noce i dnie", niby Marii Dąbrowskiej, ale ze świadomością dalszych dziejów świata Barbary i Bogumiła. A on zagrał Szymszela jak kwintesencję antyrodzajowości, czy mocniej antycepeliowatości, w portretowaniu starozakonnych. Przenikliwość mądrego Żyda raz wreszcie nie brała się z dolepionej siwej brody i natchnionego tonu patriarchy, tylko z żywego spojrzenia, trzeźwego braku złudzeń, przeczuć koszmaru, który miał nadejść. Sporo takich, by tak rzec, rewitalizacji stereotypów było w tym, nie docenionym jak należy, przedstawieniu.

Wiktoria Gorodeckaja [na fali]

Nastazja Filipowna z „Idioty" na małej scenie Narodowego w chwilach maksymalnego uniesienia przechodzi na... rosyjski. I jest aktrisą, co się zowie, namiętną, ekstatycznie uwodzącą i poniewierającą salonowych samców, nakręcającą się pozycją kobiety z nizin awansowaną na chwilę do roli uszlachetnionego przedmiotu pożądania. Zmienia kolory eleganckich sukien, wypełnia po brzegi (a może i poza brzegi przez tę dosłowność językową) oswojony wzorzec rosyjskiego grania. Tyle, że jej uwodzicielstwo wisi w próżni, bo panowie Myszkin i Rogożyn, u Dostojewskiego, jak wiadomo, dość istotni, tu są tak wycofani, bierni i bladzi, że walkowerem oddają pole gry. I to w końcu Nastazja jednym szarpnięciem obrusa ściąga na podłogę porcelanę ze stołu w zamaszystym geście; w powieści katastrofę wywoływał Myszkin, tu nawet tego nie potrafi. Dlaczego tak?

Andrzej Grabowski [zwycięstwo]

Na niewielkim ekraniku idą zdjęcia ze „Spowiedzi chuligana" w krakowskim STU z 1992 roku: widać kędzierzawego żulika z zawadiackim wąsem, jego napięcie niemal rozsadza film. A na żywo przygląda mu się chuligan po ćwierćwieczu cokolwiek spasły, kindziory się przerzedziły, ruchy zdostojniały. Choć gdy ręka sięga po gitarę, oko z miejsca znów zaczyna błyszczeć, ciało się ożywia. Świetny pomysł dramaturgiczny na inscenizację poematu Siergieja Jesienina: życiowe buntownictwo w perspektywie lat, trochę goryczy, trochę nostalgii, żadnego dezawuowania tamtego bałaguły. A Krzysztofowi Jasińskiemu ze STU i Krystynie Jandzie z Polonii (koprodukcja) chwali się sama idea wykorzystania popularności aktora do przywabienia widowni na trochę dobrej poezji, ciepło i czule mówionej.

Anna Januszewska [mistrzostwo]

„Pustostan" Maliny Prześlugi to sztuka z suspensem: wigilijna uczta dysfunkcjonalnej rodzinki okazuje się na koniec projekcją wyobraźni samotnej kobiety, groteskowe znaki rozsiane po tekście nabierają „od tyłu" nowych, dramatycznych znaczeń. Paweł Paszta, reżyser prapremiery w szczecińskim Współczesnym miał nie zawsze celne pomysły inscenizacyjne, ale główną postać obsadził bezbłędnie. W jej osobie ogniskuje się cała niespójność przedstawionego świata, która podprogowo ma niepokoić widza. Jej babcia fika piruety niczym akrobatka, ale nie ma w tym nic z wesołego życia staruszki, przeciwnie; brawurowy przejazd wózkiem pod blatem stołu jest figurą upokorzenia, od którego idą ciarki. Fantastyczne wyczucie formy scenicznej, a i forma fizyczna, że klękajcie narody.

Marian Jaskulski [na fali]

Na scenie stoi spowity w dymy romantyczny pomnik, z głośnika dobiegają spiżowe strofy, a potem monument pęka i wyłania się zeń nagi, cokolwiek zawstydzony starszy pan. Niezły pomysł miał Teatr im. Fredry w Gnieźnie na odpatetyzowanie swojego „Patrona", szkoda, że w dalszej części sztuki Marii Spiss bardzo spektakularnie inscenizowanej przez Łukasza Gajdzisa jest mnóstwo bezprzedmiotowej walki z anachronicznymi stereotypami a też całe pokłady niewiary w to, że młoda widownia kupi Fredrę, jeśli się go nie doprawi chamstwem. Ale to nie rzutuje na tytułową rolę pożyczonego z Bydgoszczy aktora, który po swoim wejściu smoka celnie i sprawnie trafia w ton sympatycznego, inteligentnego twórcy, ile trzeba pieprznego, ile trzeba trzeźwego. Dalibóg nie trzeba do niego mówić „Fredro, ty ch...", żeby dał się lubić.

Dorota Kolak [mistrzostwo]

Trzeba klasy, żeby grając jedną z najsłynniejszych ról w dramaturgii, tak się poddać redukującym żądaniom reżyserki. Jej Raniewska w „Wiśniowym sadzie" nie ma w sobie kropli widowiskowego spleenu niepraktycznej damy, co zjeżdża z Paryża do rosyjskich włości, wyrzuca pańskim gestem ostatnie pieniądze i wyjeżdża zasmucona przyziemnością. Anna Augustynowicz ma za nic taki blichtr, a aktorka idzie za nią w niepozornej, czarnej, jakby roboczej sukni, grając odarty ze wszelkich ozdobników i psychologicznych kamuflaży egzystencjalny niepokój starzejącej się kobiety. Piękna, bezkompromisowa rola gwiazdy gdańskiego Wybrzeża. A do dorobku sezonu dorzucić wypada przejmującą – też głównie poprzez powściągliwość – himalaistkę inspirowaną postacią Wandy Rutkiewicz w „Waszej wysokości" Anny Wakulik (seria teatrów telewizji „Teatroteka", Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych).

Andrzej Konopka [zwycięstwo]

Pożar w Burdelu nie jest tylko kabaretem, to coś więcej: bezprecedensowy serial teatralny z rozwijającą się, zwariowaną fabułą, z trzonem stałych postaci (czasami biorących sobie urlop w kolejnych odcinkach), z bocznymi gałązkami w postaci monodramów. On też ma swój wieczór jako przewrotny duszpasterz hipsterów (koronny przykład satyry, co kłuje celnie, acz nie po chamsku), aliści przede wszystkim jest Burdeltatą, konferansjerem, aranżerem, a ostatnio też dyrektorem Muzeum Wolności w programie dość przerażająco i niekabaretowo zapowiadającym przyszłość. Ma w sobie lekkość, błyskotliwość, fantastyczny refleks a i bezpiecznik, który nie pozwala przegiąć, dowalić, pójść po bandzie. Niechby się tymi cnotami podzielił z kolegami z bardziej napuszonych, co niekoniecznie znaczy mądrzejszych przedsięwzięć.

Andrzej Kozak [mistrzostwo]

Taki koncept: jurnego Jaśka biorą prosto sponad jakiejś druhny na sianie w stodole i każą konno jechać, w okna dzwonić, zwoływać chłopy z kosami. A wraca on, osiemdziesięcioletni. Jakby minęła epoka. I wśród znieruchomiałych postaci powtarza jak mantrę, jak odwieczną oczywistość swoje „chyćcie koni, chyćcie broni, czeka was wawelski dwór". Jest przejmujący, nic nie musząc dopowiadać graniem; sama sytuacja buduje pointę w „Weselu" Jana Klaty w Starym. A że to mimowolnie także pointa Klatowej dyrekcji, można ją wziąć za dobry symbol harmonijnej wielopokoleniowości krakowskiego zespołu. Powtórzę: było z tym przez tych pięć lat różnie, ale się uładziło. Co teraz?

Radosław Krzyżowski [zwycięstwo]

Nie lubiłem poetyki „Wroga ludu" zastosowanej przez Jana Klatę, więc kpiłem, że jego powrót do Starego Teatru ma bardziej estradowy niż aktorski charakter, bo w roli burmistrza Stockmanna może pośpiewać i poobnosić pióropusze, ale grać za bardzo nie ma czego. Kpinki, kpinkami; pokornie przyznaję, że rozkwitł. Znalazł w sobie kopalnię energii czy wręcz euforii, gra ekstatycznie czy to księżnę Irinę na niebotycznych szpilkach w świetnych „Szewcach" Justyny Sobczyk, czy w „Triumfie woli", gdzie kreuje Hindusa, który przez dwadzieścia lat samotnie wykuwał w górze tunel, żeby już nigdy pogotowie, jadąc naokoło, nie spóźniło się do umierającego. Mógłby być (nie on jeden, ale on szczególnie) twarzą tego świeżo odkrytego delektowania się pozytywnością w teatrze Strzępki/Demirskiego, tak entuzjastycznie witanego przez widownię.

Agata Kucińska [mistrzostwo]

Doświadczeni krytycy, co niejedną kreację widzieli, nie byli w stanie uwierzyć, że postacie z „Yemai, królowej mórz" i „Piekła-nieba" gra ta sama aktorka. Tego chłopca w poruszającej baśni Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, co wypadł z łodzi i trafił do podwodnego królestwa, a my przecież wiemy, przed czym uciekał w morze – i tę matkę siedmiolatka w tragikomedii Marii Wojtyszko, ginącą w wypadku i wywracającą niebo i piekło, żeby wrócić do synka. A sekret nie w charakteryzacji przecież. Tylko w intensywności scenicznej narracji, w zatopieniu się w postaciach bez reszty (pod kontrolą fachowego rozsądku), w szpikowaniu śmiechem i wewnętrzną pogodą tragizmu i wzruszenia, w absolutnej wierze w wagę tego, co się mówi przez teatr. Nie tylko widzom młodym; zgredom, co dzieciom chrzanią świat, taki komunikat jeszcze mocniej trzeba wbijać do łbów. Wielki sezon jej samej i całego Wrocławskiego Teatru Lalek, sceny mądrych spektakli i mądrego aktorstwa.

Adam Kupaj [zwycięstwo]

Napisałem na początku, że „Komedę" Jarosława Murawskiego i Leny Frankiewicz, wspólne dzieło łódzkiego Nowego i warszawskiej Imki, można by zredukować do monodramu Zofii Komedowej. Przesadziłem, zniknąłby też Chopin. Druga barwnie pomyślana postać spektaklu, wielki Fryderyk, co przybywa do Komedy po lekcję jazzu, podgrywa na fortepianie (nieźle) i sunie mimochodem monolog o nadętości polskiej kultury, prawdziwie w stylu brillante. Młody aktor ma w sobie wigor, prowokacyjny nerw i dużo poczucia humoru, o które wcale nie tak łatwo wśród jego rówieśników. Co mu się też przydaje w budowie charakterystycznej sylwetki jednego z okazów siglańskiego panopticum w „Wielu demonach" Pilcha. Niech mu się szczęści.

Łukasz Lewandowski [na fali]

Źle mi się oglądało jego postać tytułową w „Historii Jakuba" Tadeusza Słobodzianka w warszawskim Dramatycznym. Sztuka ma dość niewyszukaną konstrukcję: bohater, ksiądz, który odkrył, że jest Żydem, relacjonuje (głównie bezpośrednio widowni) swoją sytuację obcego po obu stronach; wchodzi też w ilustracyjne scenki. Grał płaczliwie, histerycznie, głos mu się łamał, broda trzęsła. Ale wiem z mnóstwa relacji, że zazwyczaj, trzymając to trzygodzinne widowisko prawie wyłącznie na swych barkach, jest skupiony, precyzyjny, suchy, oszczędny. Bardzo skuteczny. Więc rozumiem, że szukał, sprawdzał tego dnia inne środki. Mam go za jednego z najbardziej świadomych naszych aktorów, świetnego zawodowca; to, co widziałem, z pewnością nie było kiksem. Ale niech uważa z płaczliwością. Spsiały nauczyciel z „Wizyty starszej pani" w tymże Dramatycznym też nie musi być taką beksą.

Dorota Lulka [mistrzostwo]

Spróbowała zagrać siostrę Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem" inaczej, niż się wszyscy przyzwyczailiśmy. Nie jak upiorną wielką pielęgniarę, tylko jako samotną kobietę, która tych wszystkich dobrowolnych wariatów traktuje jak swoje duże dzieci, odbiera im wolność dla ich dobra, a zaczyna kąsać dopiero, gdy zostanie upokorzona. Nie wiem, czy się opłaciło. Od strony wykonawczej rola zrobiona jest bez zarzutu, ale bywają żelazne stereotypy odbiorcze tak silnie wmontowane w oczekiwania, że skutecznie bronią się przed nowym spojrzeniem. Choć próbować, rzecz jasna, zawsze warto. Jako jedna z matek marynarzy ginących na okręcie Kursk w dramatycznym fresku Pawła Huellego (też Miejski, Gdynia i też w reżyserii Krzysztofa Babickiego) jest już stalowa, oskarżycielska, przejmująca w swej rozpaczy.

Piotr Łakomik [nadzieje]

W Teatrze im. Witkiewicza w Zakopanem rośnie drugie pokolenie; nie do wiary, jak to szybko poszło. Przecież ledwie przed chwilą jechali po szkole krakowskiej na poniewierkę pod Tatry, nie marząc nawet o tak eleganckiej, wyremontowanej siedzibie, jaką mają dzisiaj. A tu proszę: w niezbyt lotnym, ale zdatnym jako aktorskie ćwiczenie dramacie Łukasza Krzemińskiego „Psokot" młody Piotr gra z ojcem Krzysztofem, jednym z członków-założycieli zespołu na Chramcówkach. Gra pracodawcę sadystę, który ma satysfakcję z upokarzania petenta ubiegającego się o pracę. Tata znajduje wyraźną przyjemność w roli, w jakich zazwyczaj nikt go nie obsadza: układnego, słabego faceta, w którym budzą się resztki godności. Ale syn gra na pół gwizdka, nie rozpędzając się w gnębieniu partnera, do czego tekst daje mu materiał. Jednak domowy respekt?

Tadeusz Łomnicki [na fali]

Zlikwidował literkę „P.", która wstawiona między imię i nazwisko odróżniała go dotąd od giganta polskiej sceny XX wieku. Co mu, cholera, szkodził ten inicjał? Coś odbiera tym sposobem, pewnie niechcący, nam, którzy pamiętamy tamtego potwora zżerającego całą scenę swym nienasyconym talentem. Nie jest tak zachłanny w graniu, raczej powściągliwy. Może nadto – choćby w gorzkim i niebanalnym a jakby niedoreżyserowanym i niedogranym sequelu Gogola „Rewizor. Będzie wojna", który napisał Artur Pałyga, a wystawił macierzysty, krakowski Ludowy. Jego Horodniczy patrzy z przerażeniem i rezygnacją na drugie przyjście rewizora, teraz już z mandatem na rządzenie i z manierami, które nawet staremu wycirusowi polityki zdają się nie do zdzierżenia. Trochę brakuje pieprzu temu portretowi nowych czasów. Nie brakuje za to brawurowo absurdalnego humoru w widowisku Krzysztofa Niedźwiedzkiego „Stroiciel grzebieni" w KTO; ach, ten ekscentryczny księżulo każde zdziwienie światem kwitujący zaaferowanym „A niech to chudy Mojżesz..."

Izabella Malik [na fali]

Śląska „godka" – melodia języka, słownictwo, akcent – brzmi zazwyczaj jowialnie, donośnie, bywa że zaczepnie. A gdyby ubrać w nią małą mysz? Przepisali na gwarę (ponoć z dużym udziałem aktorki) jedną z bajek Marty Guśniowskiej „Czarno na białym" – o wadze przyjaźni w życiu – i stworzyła się cudna postać śląskiej gospodyni z mysiego domku, wrażliwej, skromnej i nieprawdopodobnie delikatnej, a jednocześnie przeciwstawionej swoją filigranową osobą nieludzkości czarnobiałego świata z sylwetkami kopalnianych szybów na prospekcie. Fantastyczne są takie kreacje rodzące się same, gdzieś z boku, w spektaklu dla dzieci, nie będącym przecież głównonurtową produkcją chorzowskiego Teatru Rozrywki (gdzie ma na koncie w tym sezonie sympatycznego fotografa-ulicznika w „Młodym Frankensteinie" i mnóstwo dawniejszych ról). Może jej arcymyszy ktoś dopisze dalszy ciąg?

Anna Mierzwa [zwycięstwo]

Tak byłem dumny, gdy przed czterema laty mianowałem ją – tu, w tym spisie – nową Kaliną Jędrusik, a okazało się, że sama wymyśliła to wcześniej, pisała o madame Dygat pracę w krakowskiej szkole i przymierzała się do muzycznego monodramu, który w końcu powstał w poznańskim Nowym (scenariusz Magdalena Zaniewska, reżyseria Agata Biziuk). Ta „Kalina" to żaden miły wieczór coverów. To dramatyczna opowieść o wyrywaniu się artystki z roli miłego bawidełka panów, o walce z pruderią, ale i z sobą, własnymi dołkami, nieszczęściami i wpadkami. Gra sarkastycznie, ostro, drwiąco, nie kokietuje nawet, gdy uwodzi. W obcisłej sukience i peruce przypomina do złudzenia bohaterkę, ale ostatnie songi śpiewa już od siebie; wkłada w stary przebój własną, kosmiczną wokalizę niczym znak artystycznej niepodległości. Wiarygodny. Jej wielkie głosisko ma też pole do popisu w autorskim spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Będzie pani zadowolona", gdzie jurodiwa Widząca, miast gadać, wypełnia śpiewem świat aż po sufit, albo i wyżej.

Grażyna Misiorowska [mistrzostwo]

Nie byłoby rozbuchanego widowiska „Śmierć przyjeżdża w środę", produkcji dwóch scen, Teatru im. Kochanowskiego i Opolskiego Teatru Lalki i Aktora, gdyby nie jej postać szalonej bibliotekarki, co nie chce puścić od siebie kochanka, schowała mu drzwi, a teraz snuje opowieści niby nowa Szeherezada, byle z nią był. Te opowieści, jak to w teatrze Agaty Dudy-Gracz, mnożą się, zjadają nawzajem, ale wszystkie łączy jej ciemny alt wypowiadający sakramentalne „dawno, dawno temu" niczym światotwórcze zaklęcie. Nie szafuje swoją demiurgicznością, gra oszczędnie, ma ten rzadki dar, że widz chce się wsłuchać w każde ciche słowo, które powie, a jej monolog jest może najbardziej wstrząsającą skargą na traumę samotności, jaką słyszałem od niepamiętnych czasów. Potrafi podnieść na lepszy poziom tandetny melodramat („Co się zdarzyło Baby Jane"), a ci, co ją angażują do przedstawienia, nie wiedząc, po co („Srebrne tsunami"; także w Teatrze im. Kochanowskiego), niech się pukną w czoło. Nie uchodzi!

Szymon Mysłakowski [zwycięstwo]

Pan Pierdzimorda z widowiska „Będzie pani zadowolona" (Nowy, Poznań). Sławny na całą wieś z rzadkiego kunsztu wydobywania odgłosów tylnych otworem przednim. Czyli dno bezwzględne. Aliści ma w darze od autorki/reżyserki kipiący pasją monolog o swoich niedostatkach w sztuce dziecioróbstwa, o doświadczeniu społecznej pogardy, a przede wszystkim o zwykłym, przemożnym marzeniu bycia ojcem. I tym marzeniem – zagranym w kontraście do postaci, a przecież jednak w jej ramach – skutecznie w naszych oczach podnosi się z dna, przymusza do uznania własnego człowieczeństwa. Cały teatr Agaty Dudy-Gracz! Aktorzy fruną za nią jak za panią matką, w, by tak rzec, realność niskiej rangi, wiedząc/wierząc, że te biedne postacie opowiadaczka w końcu zawsze ocali czułością, oczyści z błota, wyzwoli z otchłani upokorzeń, wydźwignie w górę. Nie ma drugiego autorskiego teatru, w którym grałoby się z takim oddaniem, ofiarnością i ufnością. Ale też dzięki temu mogą rodzić się role nasycone po brzegi sprzecznymi emocjami i rozciągnięte w kosmicznym rozkroku od dna po świętość.

Izabela Noszczyk [na fali]

Nigdy nie miała oporów z ogrywaniem swych niebłahych kształtów. Bawi widzów jako „Grubaska" (monodram na kanwie powieści Wandy Szymanowskiej „Lardżelka"), kokietując na potęgę, wodząc sarnim spojrzeniem po widowni w poszukiwaniu współczucia przy kolejnych anegdotach o odchudzaniu, które kończy się zagryzaniem stresu ciastkami. Albo o nietrafionych facetach. Publiczność się rwie, żeby jej podpowiadać, podtrzymywać na duchu i tak clownada zmienia się w pogodną wspólną opowieść o przezwyciężaniu słabości. Niewyszukaną, ale porządną i bez tandety. Monodram firmuje Teatr Miejski w Lesznie, nowa scena w Polsce, spełnienie wieloletnich zabiegów kilkorga entuzjastów, entuzjastycznie przyjęte przez miasto: sala nieodmiennie pęka tu w szwach. Zapewne w dużej mierze przez ów przyjazny i bezpretensjonalny ton, który „Grubaska" doskonale, by tak rzec, ucieleśnia.

Marian Opania [mistrzostwo]

Najpierw są śmiechy: lubiany aktor we francuskiej komedii, wiadomo. Starszy pan myli opiekunkę z damą w odwiedzinach, sunie do niej w koperczaki, nie rozpoznaje męża swojej córki, klasyczne qui pro quo. I powoli uśmiechy gasną. Florian Zeller jest mistrzem, nazwijmy to, ambitnego bulwaru, mówienia w popularny i nawet po części żartobliwy sposób o kwestiach dotkliwych. Takich, jak demencja. A aktor dyskontuje zaufanie widowni Ateneum, zmienia nastrój od komedii nieporozumień, przez coraz bardziej napiętą walkę o rudymentarną godność, aż po rozdzierający obraz starczej bezradności, kiedy już na sali panuje lodowata cisza. Piękna robota aktorska, ale na szacunek zasługuje też precyzja prowadzenia opowieści przez reżyserkę, Iwonę Kempę. W „Chłopcach" Stanisława Grochowiaka w Polonii, gdzie tego zabrakło, lansady starszego lowelasa niosą tylko pusty śmiech, nie służą niczemu.

Piotr Pilitowski [zwycięstwo]

Arnold Friedman został przyłapany na gromadzeniu dziecięcej pornografii, a oskarżono go i skazano za orgie z młodymi słuchaczami kursu komputerowego. Był winny? Chyba nie, ale pewności nie ma, a jego tytułowe tajemnice („Sekretne życie Friedmanów", Ludowy, Kraków) są wystarczająco śliskie i plugawe jeśli nawet nie przestępcze. Majstersztyk: zagrać oskarżonego tak, żeby nawet pół-gestem nie żebrać współczucia, ale i nie heroizować poświęcającego się (czy na pewno?) ojca rodziny. Wysyłać sprzeczne sygnały zdatne do interpretacji w każdą stronę. Niemal w każdej chwili mówić widzowi: nie sądź mnie, nie wiesz, kiedy kłamię, nie bądź taki pewny siebie i tak wszystkiego nie zrozumiesz. To biegnie oczywiście wbrew elementarnemu instynktowi aktora zawsze chcącego iść na scenę z wewnętrzną jasnością na temat postaci. Ale w dużej mierze właśnie dzięki tej żelaznej dyscyplinie aktora spektakl Marcina Wierzchowskiego, cichy/potężny protest przeciw nałogowi ferowania wyroków niechby i z ewidentną krzywdą, jest jednym z najjaśniejszych punktów minionego sezonu.

Anna Radwan-Gancarczyk [zwycięstwo]

Proszę popatrzeć na to różowe zdjęcie. Kto wie, czy nie najlepiej uosabia całą przewrotną prostotę „Triumfu woli" Strzępki/Demirskiego. Oto nudna i zasadnicza zołza mająca wszystko wszystkim za złe, odważa się spełnić najskrytsze pragnienie, zrzucić wyprasowany kostiumik i szpileczki, założyć wymarzone, śmieszne tiule wróżki ze skrzydłami ważki, jak z obrazka w książce z dzieciństwa. Po prostu: odważa się wygłupić. Co w takim streszczeniu wygląda byle jak, ale trzeba ją widzieć – najpierw w karcących spojrzeniach rzucanych zza okularów, potem gdzieś z boku majtającą nogami w rozpaczliwej samotności, następnie w chwili przełomu i na koniec w dzikiej rozkoszy bobasa w bajkowym kostiumie. Gdyby na moment się zawahała, gdyby choćby niechcący wzięła dystansujący oddech – koncept diabli by wzięli. Teatr bywa chwilą zdziecinnienia, ale jest skuteczny tylko wtedy, jeśli bezwzględnie wszystkich rozbroi ze wstydu. Co rzadko się zdarza – ale wtedy jest bezcenne.

Halina Rasiakówna [zwycięstwo]

Grać przez niegranie – to oksymoron i złudzenie. Choć ponętne. Znam wielu obserwatorów kochających spektakl „Wszystko o mojej matce" z krakowskiej Łaźni Nowej właśnie za to, że jest tak „prywatny", niedopięty, że Michał Borczuch osobiście włazi na scenę z intymnym wspominaniem, a Krzysztof Zarzecki chce uczyć koleżanki, jak grać wspomnienie o jego matce, nie potrafi i bardzo się z tym męczy. Byłby to więc spektakl o niemożności zrobienia spektaklu na intymny temat; aktorki miałyby zagrać nieprzezwyciężalną bezradność. Tylko że tak się nie da. Panie szybko zaczynają szukać podpórek, stelaży, tematów zastępczych. Ona na przykład bierze sobie na warsztat temat „doświadczona gwiazda sceny na próbach", lekko go dośmiesza, podjeżdżając pod granicę parodii, ale i wraca do tonu serio, relatywizuje zadanie z frajdą, nie burząc generalnego zamysłu, ale go wypełniając. Albowiem grać przez niegranie niepodobna, ale grać niegranie owszem można, gdy się umie.

Sonia Roszczuk [nadzieje]

Jest koryfejką kobiecego protestu, zrywa gardło, by wyprowadzić widzów na ulicę (a potem sprowadzić z powrotem na scenę) w widowisku Jolanty Janiczak/Wiktora Rubina „Żony stanu, dziwki rewolucji a może i uczone białogłowy". Za każdym razem, gdy widziałem spektakl, była wspaniale i skutecznie przekonująca, za każdym razem też miałem wrażenie, że kampania, której się poświęca, postulat odrzucenia konwencji i stanięcia w prawdzie, jest, szlachetnym, bo szlachetnym, samooszustwem. W teatrze z konwencji zmyka się tylko w inną konwencję, nigdzie indziej. Była jedną z ważnych twarzy dyrekcji Pawła Wodzińskiego w bydgoskim Polskim, teatru traktującego tematy spektakli jak zadania na seminarium; dała się zapamiętać swoją ekspresją, zaangażowaniem, ale też umiejętnością stawiania się obok roli, szukania dystansu, poczynając od „Detroit" duetu Janiczak/Rubin, przez choćby „Dybuka" Anny Smolar. Wewnętrzny żar jest jej kapitałem; nie zginie.

Małgorzata Rożniatowska [zwycięstwo]

W nieoczekiwanej adaptacji powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego („Dziecię Starego Miasta", Teatr WARSawy, reżyserował Cezi Studniak) gra Matkę Boską z którejś warszawskiej kapliczki. Cudowną, ludową matronę w aureoli z choinkowych świeczek, podżerającą ogórasy ze słoika schowanego pod szatą, ile trzeba poczciwą, ile trzeba tronującą, to łaskawą, to surową. Cudo! Jeszcze do tego pięknie śpiewa niskim, mocnym głosem. Ale Oscara dałbym jej za jedno, jedyne słowo w telewizyjnej realizacji „Zakładu doświadczalnego Solidarność" (Teatroteka, tekst Szymona Bogacza, reżyseria Adama Sajnuka). Rzecz jest opowieścią o pewnej pani Grażynce, która zaangażowała się w Solidarność 1980 roku, potem ją pomówiono o współpracę z SB, zmarnowano kawał życia. Gra jej przyjaciółkę, dziś w Stanach. I przekonuje, że wszystko było przypadkiem, splotem złych okoliczności, jakoś samo tak z tą Grażynką wyszło. Ale gdy pada pytanie, czy wróci, mówi „nie" i trzeba widzieć ten skurcz, nienawistne zmrożenie twarzy. Jest jak smagnięcie biczem – przynajmniej dla tych, co mają w dobrej pamięci ten jedyny w swoim rodzaju zakład doświadczalny.

Modest Ruciński [zwycięstwo]

Niczym showman krąży wśród widzów, częstuje czekoladą, zaprasza na spektakl, gdzie wesoły ton przestaje pasować, bo mowa jest o zdychaniu z głodu. Monodram to część widowiska „Wbrew swojej woli" firmowanego przez Grupę Supermarket. Paweł Nowak napisał rzecz o żydowskim chłopcu, który wariackim zrządzeniem losu został... dzieckiem pułku łotewskich policjantów. Przeżył wojnę, nawet grał w niemieckich propagandowych filmach. A na koniec zwiał do Australii, gdzie został clownem. I o tych losach nie do opowiedzenia aktor mówi tonem clowna. Bo może tylko tak można? Przy tym pięknie gra na ukulele. Jak brzmią hitlerowskie pieśni na strunach małej gitarki? Aktor umie przytomnie nie dopuścić do banalizacji koszmaru właśnie poprzez tak zamaszyste ekspediowanie go w szyderczy absurd. Z niezbyt udanego musicalu Tomasza Mana i Agnieszki Glińskiej „Liżę twoje serce" o Wrocławiu 1946 roku (wrocławski Capitol) też pamięta się nade wszystko jego sarkastyczny song dyrektora ZOO o rozstrzeliwaniu zwierząt przed nadejściem frontu.

Jolanta Rychłowska [zwycięstwo]

Adaptacja obrazków z reportaży Pawła Piotra Reszki „Diabeł i tabliczka czekolady" grzeszy przewidywalnością; po kilku zdaniach wiadomo, jak przebiegnie kolejna scenka lub monolog. Z tą etiudą niby jest tak samo: znamy historię kobiety, która rodziła dzieci w tajemnicy przed bijącym ją mężem i pakowała do beczek. A mimo to zapiera dech jej narracja: skromnej, bosej, w pokutnej koszuli, z nieobecnym, gdzieś błądzącym wzrokiem, jakby wyjętej z parszywych realiów w abstrakcyjną przestrzeń spowiedzi bez rozgrzeszenia. Piękna rola i piękny sezon, zaczęty powściągliwie, dojrzale zagraną Matką z „Klątwy" Wyspiańskiego u Marcina Libera, skończony zaskakującą rolą Wywoływacza w Brzykowej inscenizacji „Marata/Sade'a", podnieconego i zlęknionego naraz koryfeusza aktorów-wariatów. Widać, jak konsoliduje się wielopokoleniowy zespół Teatru im. Osterwy, jak maceruje się młodość z doświadczeniem, jak znika rutyna, której w Lublinie bywało zbyt wiele. Oby tak szło.

Magda Skiba [na fali]

Zabiera się jej sylwetkę, urodę, zabiera się ściśnięty bandażem biust, włosy. I co najboleśniejsze – oczy, przesłonięte kontaktowymi szkłami. Gdzie jest granica poświęceń? Robert Talarczyk wymyślił sobie stwory z futurologicznej „Inwazji jaszczurów" Karela Čapka nie jako metaforyczne odbicie polityki (czytano powieść jako aluzję do ruchów faszystowskich), lecz wprost jako nieludzi. Konkurencyjny gatunek. I zagraj tu nieludzia metr od widza, bez animatroniki tworzącej – na ekranie – rozmaite Gollumy. Pamiętam aktorkę legnickiego Teatru im. Modrzejewskiej z mnóstwa ról, od brawurowej parodii telewizyjnej idiotki we „Wlotce.pl" Pawła Kamzy, przez buntującą się nałożnicę w „Carze samozwańcu" Adolfa Nowaczyńskiego czy inteligencką emigrantkę po 1968 roku w sztuce Julii Holewińskiej „Krzywicka/Krew". Ale tu jej się kłaniam – i koleżankom też – za gest rezygnacji z własnej urody, za ofiarność, za wzięcie na bark konsekwencji zespołowej pracy. Wcale nie wszędzie by się tak udało. Tylko w najlepszych drużynach.

Ewa Skibińska [zwycięstwo]

Pewnie najlepiej się odnalazła z całego hufca uchodźców z wrocławskiego Polskiego. Jest w stabilnym zespole warszawskiego Powszechnego, dużo gra. Czy na miarę ambicji? Robota aktorska w „Upadaniu", ostatniej premierze praskiej sceny jest celna, aliści nie dość przeciętnej obyczajówki spodziewaliśmy się przecież po węgierskim buntowniku, Árpádzie Schillingu. Dominikowa z „Chłopów" w ekscentrycznej wizji Krzysztofa Garbaczewskiego naparzająca się z Organiściną kijami do wschodnich walk to raczej wykręt niż koncepcja. Cenię jej pracę w „Kuroniu" Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk/Pawła Łysaka, mimo wielu złych opinii o całym przedsięwzięciu. Pomysł zdublowania obiektu uczuć Kuronia, rozdarcia go między miłość do kobiety i miłość do ojczyzny dał jej szansę stworzenia hybrydycznej postaci pół żony, pół opiekunki, namiętnej i wyhamowywanej jednocześnie. Niosącej w sobie duży potencjał, zrealizowany może nie w pełni, ale z pewnością mądrze niebanalny.

Danuta Stenka [mistrzostwo]

Obcięła się na chłopczycę, wyostrzyła makijażem rysy twarzy, założyła krótkie spodnie, buty na płaskim obcasie i skarpetki do pół łydki, co optycznie pogrubiło nogi. Nadała głosowi jednostajną melodyjkę, jakby różnymi słowami powtarzała wciąż ten sam komunikat: „byczo jest". Stała się bardziej żołnierzem niż kobietą, a może inaczej: bardziej automatem wojny niż człowiekiem. Co było, rzecz jasna, zabiegiem mocnym, niemal szokującym, trochę jednak nie starczyło na całe przedstawienie. Bertolt Brecht w istocie pomyślał Matkę Courage jako odczłowieczony sprzęt do ciągnięcia profitów z wojny, nie znaczy to jednak, że żądał zautomatyzowania jej reakcji na wszystko, choćby na śmierć kolejnych dzieci ginących przez jej pazerność. Michał Zadara najwyraźniej dbał jednak o konsekwentne odpsychologizowanie grania – także innych postaci – chyba ze szkodą dla całości. Bo co do tego, że aktorka Narodowego potrafiłaby zniuansować wizerunek swej markietanki, nie ma dwóch zdań.

Oskar Stoczyński [nadzieje]

Dostał do grania jedną z najbardziej wbitych w legendę postaci współczesności, Jacka Kuronia, jak słyszę, tuż przed premierą w Powszechnym. I wyszedł obronną ręką z zastępstwa. Nie próbował się mierzyć z niewykonalnym zadaniem kreślenia pełnej sylwetki, narysował jego żarliwość, jego zdyszany bieg od ściany do ściany z workiem książek u szyi, jego naturalne, może i naiwne reakcje, jego uczuciowość. Patrzyło się z sympatią na młodego brodacza, myśląc, że właśnie takie reakcje autentyczny Kuroń zawsze wzbudzał, mimo że był skrajnie inny. Warto będzie starannie śledzić poczynania młodego aktora, któremu los ułożył debiutancki sezon rolami wyrażanymi głównie ruchem. Bo i w spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Śmierć przyjeżdża w środę" (Teatr im. Kochanowskiego, Opole) Złoty Rybek wytańcowuje ekstatycznie finał w duecie ze śmiercią. I robi to perfekcyjnie.

Jerzy Walczak [zwycięstwo]

Nie da się go zapomnieć w sylwetce milczącego, powłóczącego nogami, wychudzonego do cna muzułmana (tak nazywano żywe trupy w koncentraku) z „Dybuka" Mai Kleczewskiej w warszawskim Żydowskim sprzed dwóch lat. Teraz reżyserka powierzyła mu rolę porte parole Jerzego Kosińskiego w „Malowanym ptaku" – i znów oczy mu płoną nieprawdopodobnym ogniem. A ja przewrotnie pokazuję go tu z innego świata – z „Miasteczka Kasrylewka" też w Żydowskim, gdzie w towarzystwie starszych aktorów, Henryka Rajfera i Shmuela Atzmona Wircela zanurza się bez reszty w atmosferę pogodnych i mądrych humoresek Szolema Alejchema, smakuje niepowtarzalną melodię jidysz i sprawia wrażenie wniebowziętego, co się natychmiast udziela drugiej stronie rampy. Nie przeciwstawiam sobie tych ról, dopełniam równowagę. Myślę, że się ze mną zgodzi.

Julia Wyszyńska [na fali]

Zostawiam „Klątwę" na boku. Aktorsko (i reżysersko) jest tam wszystko w porządku, fachowo i skutecznie. Niemniej kosmiczna awantura, która wybuchła wokół działania Olivera Frljicia, przykryła tak dalece kwestie profesjonalne, że byłoby absurdem zajmować się nimi tutaj. Zapłaciła upiorną cenę za swoją rolę. Cenę odwetu telewizyjnego prymitywa, który zdjął emisję Bogu ducha winnego spektaklu z jej udziałem, żeby pokazać, kto tu rządzi. Cenę chamskiego hejtu obrażonych w swych uczuciach (oczywiście na niewidzianego) bogobojnych miłośników teatru. A co może najgorsze, cenę niepowodzenia ważnej dla każdej aktorki roli Niny Zariecznej w „Mewie", która była robiona równolegle z emocjami wokół „Klątwy" i pewnie zwyczajnie nie miała prawa się udać. W „Chłopach" Garbaczewskiego pozbierała się, tworząc wyrazistą, charakterystyczną sylwetkę Hanki. Oby powiedzonko „co kogo nie zabije, to go wzmocni", używane czasami bez sensu, tu zadziałało jak należy.

Marta Zięba [zwycięstwo]

Nie wiem, czy ona sama, czy może Michał Walczak konstruujący z ramienia Pożaru w Burdelu tegoroczną galę Przeglądu Piosenki Aktorskiej wymyślił jej do śpiewania song Kaczmarskiego/Gintrowskiego „A my nie chcemy uciekać stąd". Stary tekst włożony w usta Aktorki z podziemia, śpiewającej w imieniu kolegów wygnanych z wrocławskiego Polskiego zabrzmiał jak głos elementarnego i rozdzierającego przez swą nieskuteczność rozsądku (choć w oryginale to rzecz o pożarze szpitala wariatów). Stałem w tłumie wiwatujących wrocławian, myślałem o rolach, w których ją pamiętam, począwszy od Miłki w prapremierze „Piaskownicy", sztandarowej sztuki tegoż Michała Walczaka w nie tak jeszcze wtedy słynnym Teatrze im. Szaniawskiego w Wałbrzychu, a skończywszy na niesamowitej Joanie, samobójczyni w „Wycince" Bernharda/Lupy już na tej scenie, którą Przegląd, jak co roku, wynajął na swoją galę. I myślałem też, że widowisko za chwilę się skończy, a ona pójdzie się demakijażować w garderobie, pewnie w tej, w której spędziła ostatnie osiem przyzwoitych lat...

Nie mam na to żadnej dobrej pointy

Jacek Sieradzki
e-teatr
4 września 2017

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...