Święta pasja i pęd do profanacji

"Ojciec" - reż. Agata Duda-Gracz - Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie

Jednych przerazi i zniesmaczy, drugich zachwyci i zastanowi. Taki jest spektakl Agaty Dudy-Gracz, artystki, która nie boi się prowokacji, drażnienia, szokowania widza. Robi to po coś

Agata Duda-Gracz tworzy teatr genetycznie uwarunkowany. Patrzy na scenę okiem malarza, scenografa. Przenosi na nią swoje rozedrgane emocje, narzuca je aktorom - bezwzględnie podporządkowanym i ślepo wierzącym. Nie boi się prowokacji, drażnienia, szokowania widza. Ryzykuje. Pójdzie pod prąd, nie rozglądając się na boki. Zwycięży jak w "Abelardzie i Heloizie" (Teatr Słowackiego) albo polegnie sromotnie jak w "Romeo i Julia" (STU). Jej ojciec - Jerzy Duda-Gracz - dla jednych kontrowersyjny malarz, dla innych wspaniały był właśnie taki. To znaczy, że ona jemu... Nie! To tylko znaczy, że się szczęśliwie urodziła, ale poza tym jest bardzo utalentowana.

Ojciec na motywach opowiadania "Świętokradztwo", mało znanego w Polsce pisarza Oskara Jana Tauschinskiego, musi być dla niej szczególnie ważnym scenariuszem (sama go napisała). Dotyka bowiem tajemnicy powstawania sztuki. Ojciec - tytułowa postać otrzymuje - wymarzone zlecenie: ma wyrzeźbić do kościoła Panny Marii postać Chrystusa na krucyfiksie. Figura musi być doskonała. Tak jak sztuka musi być doskonała, inaczej nie ma sensu. Wszystko albo nic! Artysta wielki, a może raczej artysta uczciwy musi mieć wdrukowaną w duszę bezwzględność. Czyż nie?

Ten, kto rzeźbi figurę Absolutu, sam może być figurą pokraczną. Życie i sztuka to dwa przeciwne bieguny. Więc pokażmy, z jakiej gleby rodzi się to Coś, akt strzelisty szybujący do Boga. Spróbujmy to opisać z własnej perspektywy widza, zostawiając na boku do bólu przemyślany świat Agaty Dudy-Gracz.

Matka, Ojciec, Córka, Czeladnik - ponure towarzystwo, ponury kontekst do wielkich rzeźb świętych, w które artysta tchnął dusze. Piękne, dostojne postaci z gliny i pokraczni, karykaturalni ludzie - Matka, Czeladnik, koślawi, brzydcy jak u Boscha. Nikt nie ma zamiaru ich pokochać. Widz też. Ojciec - artysta rzadko pokazuje twarz, mówi monosylabami. Nie zważa na otoczenie, nie traci na nic czasu. Rzeźbi. Czas płynie między brutalną fizjologią a mistyką. Dopiero przygodnie wynajęty chłopak - model postaci Chrystusa - przełamie te złe, emanujące ze sceny emocje, obudzi przyjazne uczucia. Choć wcześniej Czeladnik, ten pokurcz Quasimodo, zapłacze nad porąbanymi kawałkami Chrystusa zniszczonego przez mistrza i z miłością je ukryje przed jego gniewem rozpaczy. Nie ma tolerancji dla szpetoty, choćby szpetnego stać było na uczucie afirmacji.

Jaką cenę trzeba zapłacić za zbliżenie się do wielkiej Sztuki, za wyrzeźbienie figury doskonałej, za wyrzeźbienie śmierci? Każdą. Z unicestwieniem otoczenia i mordem włącznie.

Jak to zostało w teatrze pokazane? Chciałoby się powiedzieć pięknie, ale to złe, nieadekwatne słowo. Owszem, pięknie wizualnie, inscenizacyjnie: kompozycja sceny, ruch, światło, muzyka, dramaturgia spektaklu. Jest w tym przedstawieniu jakaś święta pasja i pęd do profanacji w jednym. Jest prawda o najgorszym z możliwych, brutalnym zderzeniu życia i sztuki. Sacrum i profanum. Jest przekonanie reżysera, że tak to właśnie jest. I przekonanie aktorów, że trzeba nam, widzom to uzmysłowić. Robią to znakomicie, zwłaszcza Ewa Worytkiewicz, Tomasz Wysocki - obydwoje niepokojący w maskach, karykaturach postaci, oraz Krzysztof Piątkowski jako ten sympatyczny chłopaczyna, któremu się trafiła rola życia i śmierci, naiwnego prostaczka, który otrzymał dar przeczucia Absolutu.

Jestem pod wrażeniem.

Elzbieta Konieczna
Miesiąc w Krakowie
3 grudnia 2010

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia