Świetny, dający do myślenia wieczór

"Noc Helvera" - reż. Ingmar Villqist - Teatr Bagatela w Krakowie

Aktorzy są w swoim żywiole. Widzowie, maksymalnie skupieni na aktorach. Sztuka gorąca i przeraźliwie smutna, bo opowiada o nienawiści do Innych

Wszystko na swoim miejscu i o swoim czasie. On - dramaturg z uchem wyczulonym na newralgiczny temat. Napisał sztukę kilkanaście lat temu, ale mogłaby być grana i w 1934, i w 1968 r. Teraz też jest gorąca i przeraźliwie smutna, bo opowiada o nienawiści do Innych. 

Autor postanowił ją sam wyreżyserować. Zwykle bywa to ryzykowne, tym razem okazało się słuszne. Jego obecność jest delikatna, jakby niezauważalna. Rzecz toczy się spokojnym rytmem, gdy trzeba eksploduje i znowu się wycisza. Żadnych fajerwerków, pokazówek w rodzaju: popatrz widzu, jaki jestem genialnie twórczy. Ingmar Villquist konsekwentnie i z wyczuciem postawił na dwoje emisariuszy swojej sprawy - aktorów. Snop światła na nich.

Aktorzy są w swoim żywiole. Żywiole fikcji, która na scenie daje im drugie życie. Wrośli w nie bez reszty, uważnie celebrując świat zamknięty w ciasnych ścianach pokoju. Są skupieni na sobie nawzajem - postaci młodej kobiety, która cierpliwie opiekuje się młodym niepełnosprawnym umysłowo mężczyzną. I jest jeszcze trzeci podmiot przedstawienia - widzowie, maksymalnie skupieni na aktorach. To, co dzieje się w tym ciągle jeszcze bezpiecznym domu, jest fascynujące. Ale za oknem czają się demony nienawiści fanatycznej ulicy, która szuka odwiecznego wroga w Innym - Cyganie, Żydzie, upośledzonym, kolorowym, skośnookim

I odwieczne pytanie - dlaczego?

Po południu, przed pójściem do teatru czytałam zaległy czwartkowy "Duży Format" z "Wyborczej", a w nim świetny wywiad z ciekawym muzykiem, saksofonistą jazzowym Mikołajem Trzaską. Rozmowa dotyczyła przede wszystkim sztuki, ale był w niej obszerny fragment o żydowskich korzeniach artysty, wojennej traumie matki i obecnej, z którą jemu samemu przyszło się oswajać. Tak więc miałam przedsmak wieczoru i tego idiotycznego uczucia zażenowania, jakie dopada widza "Nocy Helvera" na widok starego jak świat mechanizmu szczepienia chorej nienawiści, którą fanatyczna mniejszość skutecznie narzuca roztropniejszej większości. I tego, że z tej historii nic racjonalnego nie wynika, a kolejne zdarzenia nikogo niczego nie uczą.

Aktorzy - Anna Rokita i Michał Kościuk - już wcześniej poznali się w Heddzie Gabler na scenie Bagateli i widać, że umieją porozumiewać się bez słów.

Jeśli na początku napisałam, że w tym spektaklu wszystko jest na swoim miejscu, to głównie miałam na myśli przestrzeń wygospodarowaną dla aktorów, ich ról niedookreślonych, relacji niedopowiedzianych. To, że pozwolono im w pełni zaistnieć, rozwinąć skrzydła, uświadomić publiczności, że są utalentowani, wrażliwi i bardzo profesjonalni.

Też coś, to normalne - powie ktoś. Ejże! Zapraszam na liczne przedstawienia krakowskich teatrów, w których reżyserzy hasają bezkarnie, wznosząc się na wyżyny własnego absurdu i niekompetencji, a aktorzy cierpią po kątach.

Rokita i Kościuk ukończyli wrocławską PWST. Ktoś, kto ich wyczaił i etatowo związał z Bagatelą, miał dobrego nosa. Swoją drogą oni też mają szczęście, bo nie siedzą bezczynnie, sfrustrowani, tylko zapisują w życiorysach znaczące role. Znowu ktoś się odezwie: też mi coś! Odpowiem: z moich rutynowych, mało odkrywczych obserwacji wynika, że rytm życia teatralnego w mieście coraz częściej przypomina staw obrośnięty rzęsą, ze stojącą zmąconą wodą, w której aktorów ledwo widać.
Świetny, dający do myślenia wieczór.

Elzbieta Konieczna
Miesiąc w Krakowie
2 maja 2011
Portrety
Ingmar Villqist

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia