Świętość i demony

"Matka Joanna od Aniołów" - aut. Jarosław Iwaszkiewicz - reż. Wojciech Faruga - Teatr Narodowy w Warszawie - 2020-09-05

Sztuka „Matka Joanna od Aniołów" powstała na podstawie opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza, którego zainspirowały wydarzenia głośnego opętania zakonnic we francuskim klasztorze w XVII wieku. Iwaszkiewicz przeniósł je na grunt polski i w późniejsze czasy. Teatr Narodowy w Warszawie w oparciu zaś o tekst scenariusza filmu (o takim samym tytule) Jerzego Kawalerowicza i Tadeusza Konwickiego zaadoptował opowiadanie na sztukę teatralną i nadał mu niezwykłej intensywności.

Spektakl rozpoczyna się widokiem jezuity księdza Suryna, leżącego krzyżem i modlącego się do Boga. Taką sceną jest witany widz na wejściu, przy zajmowaniu swych miejsc na widowni. I takim gestem ofiarności i oddania Bogu jezuita zaczyna swoją misję uzdrowienia opętanej przeoryszy Matki Joanny od Aniołów. Jeszcze nie wie, do czego go ta kapłańska misja zaprowadzi.

Cały spektakl rozgrywa się w jednolitej przestrzeni, bez zmian tła sceny i przebudowy dekoracji. Prosta, industrialna i niesugerująca scenografia dawała szerokie pole do popisu przy interpretacji miejsca zdarzenia każdej sceny. Czasami o miejscu akcji widz dowiadywał się z rozmowy uczestników dziejącego się epizodu, czasami musiał się domyślać po ich zachowaniu – czy jest to karczma, dziedziniec klasztorny czy też wnętrze klasztoru. Wszystko wydawało się przez to ulotne i niepokojące. Doświadczało się uczucia zawieszenia i wrażenie, jakby widz został zamknięty wraz z opętanymi zakonnicami w klasztorze i musiał zetknąć się z osaczającą zewsząd atmosferą strachu, podejrzeń i niepewności. Bliskość pomiędzy sceną, a widownią wywoływała dodatkowe napięcie, można było namacalnie poczuć strach przed rozszalałą Matką Joanną, która w transie machała siekierą w otoczeniu widzów.

Po tak niedużej i nieco klaustrofobicznej przestrzeni poruszali się bohaterowie przedstawienia. Wejścia aktorów z różnych miejsc sceny, czasami też wyłaniających się blisko widowni, nadawały dynamikę akcji. Rzędy luster w tle sceny, których tafla falowała przy ruchu i dotyku oraz odbijające się w lustrach wielokrotne postaci aktorów za każdym razem wywoływały uczucie niepokoju.

Duża symboliczność scen w przedstawieniu daje zawsze sposobność użycia wyobraźni przez widza, ale też powoduje łagodzenie pewnych wydarzeń, jak np. sceny morderstwa. Niektóre symbole w sztuce miały bardzo przytłaczające przesłanie: czarna mieszanina (smoła, albo symbol krwi), która pojawiała się wielokrotnie w spektaklu na ciałach ludzi i ich ubraniach była metaforą ubrudzenia duchowego i naznaczenia stygmatem zła, wywoływała uczucie grozy i zetknięcia z czymś złowróżbnym.

Muzyka podkreślała zawiłość tematyki sztuki. Metafizyczna, momentami na pograniczu światła i mroku. Raz przywoływała klasztorny spokój i zadumę, raz była mroczna i posępna, innym znów razem swoją intensywnością podkreślała ruch wirującej w opętaniu i transie zakonnicy.

Matka Joanna głośno zastanawia się, co w życiu jest prawdą, a co fałszem. I pyta: kto o tym decyduje? Kto nadaje znaczenia i wartości normom i wzorcom życia? I co, jeśli ma się wewnętrzną niezgodę na te wyznaczone przez kogoś normy? Spektakl krok po kroku pokazuje co się dzieje z człowiekiem, gdy pojawiają się niedające spokoju rozterki wewnętrzne – im bardziej nieakceptowane i wyparte, tym mocniej odciskające swoje piętno w człowieku. Aż wreszcie coś w nim pęknie: dojdzie do uzdrowienia, albo przeciwnie – do tragedii.

Czy wiemy czym są opętania przez demony? Czy naprawdę istnieją? Może to bardzo głębokie lęki, strach przed wykluczeniem ze społeczeństwa, przed niedopasowaniem do wspólnoty wyznaniowej – i jeśli damy szansę, by na te lęki popatrzeć, to mogą zostać uzdrowione? Ale jeśli nie poradzimy sobie z nimi samodzielnie, to musi wtedy wejść „wyższa instancja", która swoimi – jedynymi i właściwymi – metodami może wypędzić z człowieka zło. Bo ma takie prawo. Zresztą, prawo przez siebie ustalone (i milcząco zaaprobowane przez społeczeństwo). Na Matce Joannie prowadzone są efektowne egzorcyzmy, nie dają jednak żadnego efektu. Matka Joanna jest dumna z faktu, że została opętana i z godnością celebruje te przedstawienia.

Jezuita Suryn, który przybył do klasztoru z misją uzdrowienia Matki Joanny, nie egzorcyzmuje jej, wychodzi do niej z miłością, współczuciem i miłosierdziem. Naiwny, ascetyczny, z czystym, niewinnym podejściem do ludzi, oddany Bogu. A może mało świadomy życia i siebie, a pełen dogmatów wiary? Z czasem spotkanie tych dwojga wydobywa z niego jego własne wątpliwości i lęki, konfrontuje go z wewnętrznymi demonami.

Lęki i wątpliwości w życiu są wpisane w naturę ludzką, istnienie człowieka samo w sobie wiąże się z pojawianiem się różnorodnych kryzysów, które jednak po zintegrowaniu mogą stać się wielką mądrością człowieka. Ale czy osobom duchownym wolno mieć dylematy wewnętrzne, czy muszą wierzyć bezwzględnie w dogmaty wiary i wyprzeć się trudnych uczuć, jakie się w nich rodzą?

Zresztą, problem konfliktów wiary dotyczy nie tylko osób duchownych. Podobny temat zgrzytu nakazów wiary względem własnych odczuć pojawia się w spektaklu podczas rozmowy dwóch parobków. Dogmaty wiary nakazują czcić ojca swego i matkę swoją. A co, jeśli ten ojciec jest tyranem i katuje dziecko, a w dziecku rodzi się bezsilność i nienawiść do niego? Jak sobie poradzić z tak trudnymi emocjami i czy można je w ogóle wyrazić? Czy trzeba je zdusić i posłusznie szanować ojca, tylko dlatego, że jest ojcem? Czy na pewno Bóg chce naszego ślepego posłuszeństwa i działania wbrew sobie? Jak mantra pojawiają się w sztuce zdania niczym pokorna prośba ukorzonego sługi swego Pana: „Boże, miej w swojej opiece ojca mego".

Matka Joanna w każdej chwili podkreśla z dumą, że została opętana, świadomie otwiera się na demony, z satysfakcją opowiada, który akurat dziś demon w nią wstąpił. Chce być opętaną, albo świętą, ale nie zwykłą osobą – bycie kimś przeciętnym, to najgorsze, co może ją spotkać. Nie jest dla niej ważne, że są to dwie przeciwstawne postawy. Ważny jest cel w życiu. I chęć bycia zauważoną i podziwianą. Pokazuje w ten sposób swój ogromny strach przed pustką – przed tym, że ta ziemska wędrówka niewypełniona misją i celami (nieważne jakimi) jest bezwartościowa i bezsensowna. Pustką wywołaną strachem przed dotarciem do siebie, do swego rdzenia, poza wszelkie nakazy i zakazy z zewnątrz – tam, gdzie można spotkać siebie prawdziwego.

Docieranie księdza Suryna do Matki Joanny, to doszukiwanie się powodów jej opętania i rozwijające się poczucie duchowego i emocjonalnego zjednoczenia z nią. To narastająca obsesja uzdrowienia opętanej zakonnicy i z wolna postępujący rozkład osobowości Suryna. Każde spotkanie jezuity i opętanej zakonnicy wywołuje silne emocje, przywołuje wspomnienia z dzieciństwa i konfrontuje z wewnętrznymi demonami. Matka Joanna wciąga go w swój świat. Powoli zbliżają się do siebie emocjonalnie, ale to uczucie jest udręką. Pozwalają sobie nawet na wspólne brutalne policzkowanie, niczym na średniowieczne tortury, jakby to była jedyna bliskość fizyczna, którą mogą zaakceptować.

Pogrążony w chaosie Suryn szuka pomocy rabina słynącego w wiosce z mądrości. Spotkanie to stało się rodzajem transu, stanem hipnozy – głos rabina pojawiał się jako jego własne głosy lub też głosy demonów, które go osaczały. Zapadnia użyta podczas rozmowy Suryna z rabinem ściągała go w dół w głębię i otchłań nieznanego, by go w końcu wynieść ponad poziom sceny, jako symbol ofiary składanej na ołtarzu. Zdesperowany, w akcie pełnego oddania swojej misji, decyduje się oddać swoją duszę demonom, w zamian na spokój duszy swej ukochanej. Opętany przez siły nieczyste zabija siekierą niewinnych ludzi. Scena morderstwa została bardzo symbolicznie pokazana – nagły widok martwych ciał naznaczonych smołą-krwią i mocne słowa, że zrobił to z miłości, wywołały zaskoczenie i oszołomienie.

Matka Joanna od Aniołów jest już wolna od opętania. Staje się teraz świętą i uzdrowicielką.

Czy trzeba było takiego poświecenia? Czy w życiu trzeba dążyć do świętości? Samo istnienie ludzkie jest już przecież świętością. Życie może być piękne w swojej prostocie – takie, jakie jest. Tylko, czy tego nas uczą autorytety tego świata? I co to jest świętość? Czy nie następna kategoria oceny bycia kimś lepszym? Czy to nie strach przed byciem niezauważonym przez innych ludzi? Przez Boga?

Opowiadanie Iwaszkiewicza w poruszającej adaptacji Teatru Narodowego jest pretekstem do postawienia wielu trudnych i głębokich pytań o naszą ludzką egzystencję. O to, co jest prawdą, a co dogmatem i przekonaniem narzuconym z góry i później schematycznie powielanym. I o tym, jak znaleźć spokój duszy w tak stworzonym świecie.

Katarzyna Harłacz
Dziennik Teatralny Warszawa
18 maja 2022
Portrety
Wojciech Faruga

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia