Świętości nie da się zagrać

rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem

rozmowa z Wojciechem Pszoniakiem.

Rz: Święta Wielkiejnocy to szczególna możliwość spojrzenia na tajemnicę życia i śmierci Chrystusa. Pan miał niezwykłą okazję przyjrzeć się tej postaci, grając ją przed laty w filmie Andrzeja Wajdy "Piłat i inni" 

Wojciech Pszoniak: To była właściwie moja pierwsza rola filmowa i od razu o tak wielkim ciężarze gatunkowym. Bardzo mnie zainteresowała, z wielu względów. Temat wiary i Boga był mi zawsze bliski. Jako młody chłopak chciałem nawet pójść do seminarium duchownego. Wajda zaproponował mi rolę Chrystusa, gdy dobiegałem trzydziestki, więc byłem mniej więcej w wieku swego bohatera. Zapuściłem brodę, ale to było jedynie podobieństwo ikonograficzne, które przecież nie jest najważniejsze. Rozumiałem, że mam zagrać Świętość. A tego się nie da. Próbowałem więc zagrać Czystość, co jest bardzo trudne. Kiedy w filmie Chrystus dostaje w twarz od centuriona, uświadomiłem sobie, że w życiu każdego człowieka są takie chwile, gdy nie reaguje na zaczepki, nie ma w nim chęci odwetu. Takie emocje próbowałem w sobie wytworzyć w tej scenie.

"Piłat i inni" to też spojrzenie na naszą religijność. Łatwo rzucamy oskarżenia na ludzi, którzy żyli w czasach Jezusa i skazali go na śmierć. Ale można zadać sobie pytanie, czy dziś, gdyby pojawił się Mesjasz, nie zareagowalibyśmy podobnie? 

- Tłum na Golgocie najpierw wynosi na piedestał, a potem zabija. Taki tłum jest groźny i bardzo niebezpieczny. Myślę, że to, co się stało z Jezusem, najpełniej ukazuje tragizm tej sytuacji. Niedawni przyjaciele, widząc, że dzieje się nikczemność, umywają ręce, inni rzucają kamieniami, plują i krzyczą. Tak jest skonstruowany świat. Zastanawiam się często, dlaczego nagle ktoś uwielbiany przez wielu zostaje skazany na niebyt. Ludzie nieoczekiwanie odwracają się od niego. To leży, niestety, w naszej naturze. Kiedy patrzę na takie sytuacje, myślę o Jezusie. Sądzę, że historia jego cierpienia i śmierci mogłaby się powtórzyć. Pod tym względem ludzkość jednak nie zmądrzała. Nie potrafiła wyciągnąć wniosków. 

Filmowa scena męczeństwa i śmierci Chrystusa działa się na oczach przypadkowych widzów, którzy obserwowali wszystko jak świetnie zorganizowane igrzyska 

- Wysypisko śmieci pod Norymbergą, gdzie kręciliśmy scenę ukrzyżowania, znajdowało się tuż przy autostradzie. Przypadkowi gapie traktowali te tragiczne wydarzenia jak dodatkową atrakcję turystyczną. Zatrzymywali autokary, robili sobie zdjęcia. Dla całej ekipy przygoda z tym filmem była czymś w rodzaju osobistych rekolekcji. Po zakończeniu zdjęć wydarzyła się rzecz niemal symboliczna. Cała ta filmowa Golgota wyleciała w powietrze! Po prostu pod wysypiskiem śmieci nagromadziła się taka ilość gazu, że zakończyło się to eksplozją. 

Od lat dzieli pan swoje życie między Warszawę i Paryż. W obu miastach zapewne inaczej obchodzi się święta wielkanocne? 

- Przekonałem się wielokrotnie, że zarówno Boże Narodzenie, jak i Wielkanoc, poza tym, że są świętami religijnymi, są bardzo polskie. W przeciwieństwie do Francji mają u nas szczególną oprawę i atmosferę. Staramy się z żoną spędzać je w Polsce.

Trochę mnie niepokoi, że w ostatnich latach w atmosferę świąt coraz mocniej wkracza komercja. 

Tydzień po Wielkanocy telewizyjna Jedynka rozpocznie emisję serialu "Sprawiedliwi". Porusza on bardzo trudny temat stosunków polsko-żydowskich. Czy pana zdaniem dzisiaj możemy już patrzeć na nasze wzajemne relacje, bez stereotypów i uprzedzeń?

- To wciąż niemożliwe. Niestety. Myślę, że przed nami jeszcze długa droga, z której nikomu nie wolno zejść ani na chwilę. Dotyczy to obu stron. Wzajemne urazy i niechęci narastały przez pokolenia. Przenoszone były z rodziców na dzieci. W Polsce są ludzie, którzy nigdy nie widzieli Żyda, nigdy się z nim nie pokłócili czy weszli w konflikt, a mimo to na stadionie potrafią wymalować gwiazdę Dawida. Dopisać jakieś obraźliwe hasło. Czasem dla draki. Te antagonizmy nie przybierają oczywiście takich rozmiarów jak konflikt arabsko-żydowski we Francji. Nie są tak widoczne. Nie można jednak szukać prostego usprawiedliwienia, że w innych krajach jest gorzej. Trzeba się zastanowić, jak zło zwalczyć w sobie, a to wymaga mądrości i rozwagi. Problem jest delikatny, złożony, wymagający mądrego działania, cierpliwości, dobrej woli.

Waldemar Krzystek, realizując "Sprawiedliwych", ukazuje, jak wielu Polaków ratowało życie Żydom. Kogo gra pan w tej opowieści?

- Starego schorowanego Żyda Jakuba, który przeżył tę gehennę. Po wielu latach przyjeżdżają do niego Polacy, których dobrze zna i pamięta. Jest przedstawicielem starej generacji Żydów traktujących Polskę jak swą ojczyznę i mimo tragedii wojny nie chcących stąd wyjeżdżać. Do wyjazdu zmusiła ich polityka. 

Wiele mówi się w Polsce o antysemityzmie. Mam jednak wrażenie, że nie dotyczył on takich postaci jak grany przez pana niegdyś Janusz Korczak. 

- Antysemita mówi, że nie jest antysemitą, bo ma kolegę Żyda. Przecież nie o to chodzi. Podstawowy problem polega na tym, że to są ONI, a nie MY. Jeśli chodzi o samego Korczaka, pamiętam, jak uczyli nas o nim w szkole. Nigdy nie mówiono o jego narodowości. Był niezwykle mądrym i odważnym człowiekiem, miał pasję - dzieci, miał swój świat. To się liczyło najbardziej.

Kiedy ogląda się pana jako filmowego Jezusa czy Korczaka, ma się wrażenie, że akcentuje pan ich samotność. 

- Dobro zawsze jest samotne, może dlatego, że wydaje się mniej interesujące. Czasem wręcz nudne i trzeba mocno się wpatrywać, aby je dostrzec. Mocno wsłuchiwać, by usłyszeć. Dobro - jak mówi Biblia - nie szuka poklasku. Kiedy Andrzej Wajda zaproponował mi zagranie postaci Janusza Korczaka, pomyślałem: "Ciekawe, jaki to będzie film"? W życiu tego człowieka nie ma przecież nic niezwykłego poza tym, że poszedł z dziećmi na pewną śmierć. Nie miał nic z agitatora albo działacza. Media mało się zajmują poczynaniami Janiny Ochojskiej czy ludźmi, którzy prowadzą hospicja. Bo nie są medialni. Co innego przestępcy, aferzyści. Kiedy rozmawia się z tymi, którzy wyrządzili wiele zła innym, być może nawet tego żałują. Pokusa jednak była na tyle silna, że w odpowiednim momencie nie potrafili się wycofać. Jeśli chcemy zrobić coś złego, wydaje się nam, że możemy przechytrzyć dobro. Zło zdaje się bardziej inteligentne. Bardziej medialne. 

Bardzo medialny byłby z pewnością grany niegdyś przez pana fredrowski Papkin. Mam nawet wrażenie, że dobrze czułby się w naszych czasach jako polityk. 

- Jako konformista chyba by sobie jakoś radził. U nas wielu ludzi uważa się za polityków, chociaż nimi nie są. Prawdziwa polityka to odpowiedzialne zajęcie. W Polsce często trafiają do niej osoby przypadkowe. Wielu ludzi mądrych i odpowiedzialnych, o szerokich horyzontach stara się trzymać od polityki z daleka. 

Bywają więc pozorni politycy, ale czy coraz bardziej modni nie są też pozorni aktorzy? Zwłaszcza serialowi?

- W serialach zaczynają grywać modelki, piosenkarze, dziennikarze. Sztuka zdemokratyzowała się w sposób niebywały. Ktoś, kto prezentuje wypchaną zebrę w formalinie lub czaszkę ludzką inkrustowaną brylantami, uważa się za artystę. Jestem przekonany, że także w sztuce powinny obowiązywać pewne kryteria. Te, które uwzględniają istotną różnicę między np. kompozycjami Piotra Rubika i Krzysztofa Pendereckiego. Nie każdy, kto występuje na scenie, jest aktorem, i nie każdy, kto gra na instrumencie, jest muzykiem. Sam fakt, że ktoś ma sklep, nie znaczy, że jest handlowcem. Są jeszcze, myślę, jakieś punkty odniesienia. Zresztą nie tylko w Polsce. Idąc do teatru, niejeden widz zastanawia się, czy np. tarzanie się na scenie jest sztuką. Chcemy zobaczyć Szekspira, a to, co powstaje, jest tylko jego recyklingiem. Tego rodzaju sztuka - mówię otwarcie - mnie nie interesuje.

I okazuje się, że chcąc rozpocząć dyskusję o dzisiejszym teatrze, Joanna Szczepkowska musiała pokazać pośladki

- Ten dość spektakularny gest Joasi Szczepkowskiej rzeczywiście odbił się szerokim echem. Może zapoczątkuje jakąś dyskusję, o którą od dawna zabiegało wielu z nas. O tym, choćby, że nie ma już czegoś takiego jak środowisko, są jedynie małe grupki. Nie ma naturalnej więzi między pokoleniami reżyserów. U nas część młodych twórców zaczęłaby swoją reformę teatru od pozabijania starych. Nie ma codziennych rozmów o teatrze. Środowisko artystów przypomina dziś Wezuwiusza - dawno wygasły wulkan, który bardzo rzadko daje znak, że jeszcze żyje.

Film Jacka Koprowicza "Mistyfikacja", w którym gra pan jedną z ról mówi o sfingowanej śmierci Witkacego. Jak pan patrzy na modny dziś temat historii alternatywnej?

- Lubię pomysły Koprowicza. Takiego kina artystycznego w najlepszym tego słowa znaczeniu bardzo mi brakuje. Scenariusz jest całkowicie wymyślony, ale prawdopodobny, więc na dobrą sprawę wszystko mogłoby się wydarzyć. "Mistyfikacja" to rodzaj zabawy, która rozwija wyobraźnię. 

Po dłuższej przerwie znów zobaczymy pana w teatrze, i to w duecie z Piotrem Fronczewskim, z którym razem spotkaliście się przed wielu laty u Jana Pietrzaka. 

- Wszyscy pamiętają nas ze słynnego skeczu o Gruzinie Awasie. To było strasznie dawno, w kabarecie Pod Egidą, ale to niejedyne nasze spotkanie. Teraz w filmie Antoniego Krauzego "Czarny czwartek" Piotr gra Zenona Kliszkę, a ja Władysława Gomułkę. W Teatrze Współczesnym wystąpimy w sztuce Daniela Colasa "Skarpetki, Opus 124", którą przywiozłem z Francji. Cieszy się tam wielkim powodzeniem, podobnie zresztą jak w innych krajach Europy. Polską premierę przygotowuje Maciej Englert.

To przedstawienie jest opowieścią o aktorach. Grą z inteligentnym widzem, na której zawsze najbardziej mi zależało.

***
Wojciech Pszoniak 
Pochodzi ze Lwowa, z którego w 1944 roku jako dwulatek musiał wyjechać wraz z rodziną po odmowie przyjęcia przez nią obywatelstwa radzieckiego. Dzieciństwo i młodość spędzał w Gliwicach. Uczył się grać na skrzypcach, klarnecie, potem oboju. Uczęszczał do średniej szkoły muzycznej. Z czasem zaczął interesować się aktorstwem. Z powodzeniem występował w teatrach amatorskich, studenckich i kabaretach (m.in założonej przez siebie Czerwonej Żyrafie). Po ukończeniu krakowskiej PWST występował w Starym Teatrze w Krakowie, a następnie w Narodowym i Powszechnym w Warszawie. Od lat 70. ub. wieku grywa w teatrach francuskich. W 1980 roku przeniósł się na stałe do Paryża. 

Największy rozgłos i uznanie przyniosły mu jednak kreacje w filmach Andrzeja Wajdy: Dziennikarza i Stańczyka w "Weselu", Moryca w "Ziemi obiecanej", Robespierre\'a w "Dantonie" i rola tytułowa w "Korczaku". Jedną z pierwszych był Chrystus w "Piłacie i innych". Wśród wielu wyróżnień otrzymał Glorię Artis, najwyższy polski order dla ludzi sztuki. Przed dwoma zaś laty został odznaczony francuskim Orderem Zasługi za "wkład w rozwój stosunków polsko-francuskich w dziedzinie kultury".

Sprawiedliwi 21.15 | TVP 1 | niedziela, 11 kwietnia

Jan Bończa - Szabłowski
Rzeczpospolita
9 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Zero zahamowań
Wydawnictwo: Agora
Michał Rusinek

Trailer tygodnia

8. Festiwal Teatru Ukr...
Nadiia Moroz-Olshanska
Sztuka jest niezbędną częścią życia...