System nieskuteczny jak próby zasłonięcia

„Spartakus. Miłość w czasach zarazy" - reż. Jakub Skrzywanek - Teatr Współczesny w Szczecinie

Wiktor chce przebrać się w szpitalną piżamę. W łazience są ludzie. Nie ma intymności. W końcu udaje się ich przekonać do wyjścia. Wiktor zaczyna się rozbierać, ale ma komfortowej przestrzeni do zmiany odzieży, jest więc ukryty za ręcznikiem trzymanym przez matkę. Ręcznik odgradza go od sceny, ale nie od widowni.

Tematem trwającej obecnie dwudziestej dziewiątej edycji Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych jest hasło „Wojna. Kobieta. Teatr.". Szczeciński Teatr Współczesny zaproponował spektakl, który bardzo dobrze wpisuje się w tegoroczną tematykę, zarówno pod kątem problematyki, jak i formy.

Zespół teatru przyjechał do Łodzi ze swoją zeszłoroczną realizacją pt. Spartakus. Miłość w czasach zarazy. Materiałem, na którym w dużej mierze oparto spektakl są reportaże Janusza Schwertnera Miłość w czasach zarazy oraz Piżamki, a także napisana wraz z Witoldem Beresiem książka Szramy. Jak psychosystem niszczy nasze dzieci. Już sam dobór materiału wyjściowego sprawia, że spektakl staje się niezwyczajnym. Choć już wcześniej podejmowano się przenoszenia reportaży na scenę, dalej pozostaje to zabieg nietypowy. Świadomość, iż ukazane zdarzenia nie są fikcją literacką znacznie wzmacnia moc przekazu. Wyjątkowa w spektaklu jest również obecność różnych grup eksperckich, m.in. konsultantów z zakresu psychiatrii dziecięcej, opieki suicydalnej czy reprezentacji osób LGBTQ+, w procesie pracy nad scenariuszem. Wszystkie te wątki połączyli w całość w scenariuszu Weronika Murek oraz Jakub Skrzywanek, który jest także odpowiedzialny za reżyserię.

Spektakl składa się z trzech części, z których pierwsza bezpośrednio bazuje na materiale reportażowym. Scenografia na scenie przenosi nas do chlewu. Nie. Pomyłka. To nie jest zwyczajny chlew. Tam nie ma zwierząt, tam są ludzie. W szpitalnych piżamach, leżący pokotem na materacach. Są też zmęczone pielęgniarki, wiecznie nieobecny lekarz, dyżurka. Aura beznadziei, rutyny. To nie chlew. To jednak wnętrze oddziału psychiatrii dziecięcej. Żadnego konkretnego, raczej reprezentacja sal wszystkich szpitali psychiatrycznych w Polsce. Wszędzie jest tak samo źle. Pacjentom odmawia się godnego traktowania na wielu płaszczyznach: nie ma wystarczającej liczby łóżek ani sal, prywatności nie zazna się nawet w toalecie, panuje dezinformacja i wieczne „nie da się". Personel nieustannie misgenderuje pacjentów nieheteronormatywnych, utrudnia spotkania z bliskimi, stosuje nieprzynoszące efektów metody leczenia, bez zgody i konsultacji podaje pacjentom leki, nie reaguje właściwie na wykroczenia czy nawet przestępstwa popełniane na oddziale. Na scenie nie ma wielu pacjentów i pacjentek. Jest ich ledwie kilkoro, zdarzenia na oddziale zamykają się w dwóch dniach i nocach, a mimo to twórcom udaje się w tych krótkich historiach streścić cały wachlarz nieprawidłowości i niegodnego tratowania jakiego doświadczają podopieczni szpitali psychiatrycznych. Wiktor i Marysia są reprezentacją wielu, jeśli nie każdego dziecka, które trafia do polskiego szpitala psychiatrycznego.

Twórcy obnażają w spektaklu niewydolny system, a także niemoc poszczególnych placówek czy pracowników uwikłanych w sieć zależności, skrępowanych nielogicznym prawem, przełożonymi. Pokazują, że zmiana, która jest niezbędna by uskutecznić działanie psychiatrii dziecięcej w Polsce musi zacząć się od góry systemu, pojedynczo nikt nic nie jest w stanie zrobić.

Spektakl operuje mocnymi środkami wyrazu. Są one jednak dość dyskretne. Gra aktorska jest bardzo minimalistyczna, niemal naturalistyczna. A naturalność w teatrze jest niepokojąca, niewygodna. Nie ma tu też ani dramatycznej muzyki podbijającej emocje, ani krzyków pacjentów na oddziale zamkniętym czy szarpaniny pomiędzy personelem a podopiecznymi. Nawet gwałt na pacjentce odbywa się w ciszy. Tak samo jak w ciszy dochodzi do degradacji systemu psychiatrii dziecięcej w Polsce, w ciszy nie respektuje się praw pacjentów, traktuje się ich bez poszanowania godności ludzkiej. Nie mówi się o tym. Nie jest to temat omawiany w ogólnopolskich mediach. Cichość i ubóstwo formalne spektaklu są bardzo wymowne.

W zupełniej kontrze do części pierwszej sytuuje się część druga. Rozpoczyna ją diametralna zmiana scenografii. Biały prospekt podjeżdża w górę, odsłaniając to co kryło się dotychczas w głębi sceny. Oczom widzów ukazuje się kolorowa, dożynkowa sceneria z górującymi nad całością słomianymi babami i dziadami żniwnymi. Podobnie jak chlew z części pierwszej i ona myli tropy. Tylko na pozór jest tradycyjna. Zamiast typowej pary baby i dziada żniwnych, na scenie ustawiono dwie pary jednopłciowe - baba stoi z babą, a dziad z dziadem. Tłumnie wypełniające scenę aktorki i aktorzy również nie mają na sobie klasycznych strojów ludowych. Spostrzegawczy widz dostrzeże, iż w każdym ze strojów umieszczono flagę reprezentującą różne mniejszości seksualne. Wszystko to jest tłem dla ceremonii zaślubin pary jednopłciowej.

Scenę wypełniają radosne śpiewy i tańce, wspólna celebracja szczęścia. Jednak jest to szczęście bardzo gorzkie. Szczęście, którego nie zaznają pary jednopłciowe w Polsce, ponieważ ślub osób tej samej płci nie jest legalny. Ta piękna scena może wydarzyć się tylko w ramach teatru. Należy też wspomnieć, iż spektakl wychodzi ceremoniami zaślubin poza teatr. Osobami wchodzącymi w związek małżeński nie są bowiem odgrywające rolę aktorki czy aktorzy, ale osoby z lokalnych społeczności LGBTQ+. Nadaje to wyjątkowości każdemu kolejnemu wystawieniu spektaklu. Element ten staje się rodzajem manifestu - dziś jeszcze w teatrze, ale jutro już poza nim. Piękna, pełna szczęścia ceremonia, ale i kłująca przy tym boleśnie, pozostawia jednak widza z nadzieją, iż doświadczymy wkrótce takich ceremonii w przestrzeni pozateatralnej.

Ostatnia, zamykająca część spektaklu znów sprowadza widza do polskiej rzeczywistości. Stanowi ona zapis rozmów przeprowadzonych z matkami, których dzieci przebywały w placówkach opieki psychiatrycznej. Dzielą się one przemyśleniami, doświadczeniami, dają wskazówki. Uświadamia to, szczególnie tym widzom, którzy są rodzicami, iż problem nie jest tak odległy jak mogłoby to się wydawać.

Spektakl w reżyserii Skrzywanka jest bardzo prawdziwy, szczery. Zarówno pod względem bazowania na materiale reportażowym, obecności grup eksperckich oraz reprezentantów społeczności LGBTQ+ podczas ceremonii zaślubin. Wszystko to oddala spektakl od fikcji a przybliża ku prawdzie, ku rzeczywistości. Której niektórzy nie chcą zaakceptować, chcą schować, zniszczyć, pognębić. Również scenografia zaprojektowana przez Daniela Rycharskiego, który jest przede wszystkim artystą multidyscyplinarnym łączącym w swojej twórczości tematykę wsi i nieheteronormatywności, wypływa z całości jego sztuki, a nie jest tylko jednorazową instalacją stworzoną na potrzeby spektaklu. Należy bardziej do rzeczywistości, niż teatru. Wykorzystanie motywów wiejskich w scenografii wskazuje niedosłownie, na naturalność tej ceremonii. Czy jest coś bardziej naturalnego od pragnienia dwojga kochających się ludzi, do symbolicznego przypieczętowania tego związkiem? Ludzi nieważne jakiej płci czy orientacji. Po prostu ludzi. Bez jakichkolwiek określeń czy klasyfikacji.

Wszystkie te drobne, ale mocne elementy składowe sprawiają, iż spektakl szczecińskiego Teatru Współczesnego jest wart obejrzenia. Jest to solidny teatr, wychodzący poza swoje ramy, manifestujący. Dający też satysfakcję z rozszyfrowywania kolejnych znaczeń, zamkniętych w rozwiązaniach formalnych. Otwierający oczy na rzeczywistość, o której się nie mówi, o schowanej za niedostępnymi murami szpitali psychiatrycznych.

Kamila Pietrzak
Dziennik Teatralny Łódź
30 marca 2023
Portrety
Jakub Skrzywanek

Książka tygodnia

Bieg po linie
Wydawnictwo MANDO
Maria Malatyńska, Jerzy Stuhr

Trailer tygodnia