Szaleni i (nie)bezpieczni

"Lot nad kukułczym gniazdem" - reż. Ingmar Villqist1 - Teatr Bagatela w Krakowie

Trudną sztuką jest przeniesienie powieści na scenę i przełożenie języka opisowego, literackiego, na język teatralny. Taki eksperyment jest ryzykowny i zawsze może zdarzyć się tak, że jednak się nie powiedzie. To działa trochę jak sfilmowanie powieści: trzeba starać się uchwycić jej istotę, wybrać najważniejsze wątki i zastanowić się nad puentą. Ingmar Villquist podjął się adaptacji scenicznej "Lotu nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya (tekst przygotował Dale Wasserman na podstawie powieści) i wyszło mu to nadzwyczaj dobrze.

Początek spektaklu jest raczej niepozorny i niemal zniechęcający: Dariusz Starczewski jako Aktor wychodzi zza kulis i staje przed zwisającym z sufitu mikrofonem. Po krótkiej konsultacji z kimś, kogo jedynie głos słyszymy - zaczyna czytać początek tekstu. Od razu można mieć myśli o tym, że reżyser poszedł na łatwiznę i już na początku zarysował nam ramy "teatru w teatrze". Początek skutecznie zwodzi widza - nic nie zwiastuje rozkręcenia akcji.

"Lot nad kukułczym gniazdem" zaczyna się od wątku autotematycznego, ale już za chwilę przekonujemy się, że jest to regularna historia. Prolog raczej podkreśla fakt, że mamy do czynienia z adaptacją powieści i jednocześnie jakąś jej interpretacją, która niekoniecznie musi całkowicie pokrywać się z treścią książki. Wstawki czytania tekstu (nie tylko przez jednego aktora) będą miały miejsce podczas całego spektaklu. Ciekawe jest to, że Starczewski, zapytany kogo chciałby grać, odpowiada, że Wodza, bo "nic nie mówi i ciągle jest na scenie" - i za chwilę w takiej właśnie roli go widzimy.

Spektakl jest ciekawie rozwiązany scenograficznie. Przestrzeń gry tworzy długa scena, w której możemy wyróżnić wejście do budynku, sypialnie, pokój dzienny jak i wyjście do korytarza z łazienkami. Nad pomieszczeniem góruje przeszklony pokój pielęgniarek, w którym niepodzielnie panuje Siostra Ratched. Cały oddział psychiatryczny mieści się więc w niewielkim pomieszczeniu, w którym musi czasem dochodzić do konfrontacji i spięć. Umowną, osobną salę stanowi natomiast "Sala Ludzi-Roślin", która jest zbiorem sztucznych roślin właśnie, pielęgnowanych przez wszystkich. Pomysł tyleż przerażający, co genialny w swej prostocie.

W spektaklu możemy zaobserwować naprawdę świetne aktorstwo: każda postać jest bardzo wyrazista, inna i mocno zaznacza się w grupie. Neurotyczny Billy Bibbit, Harding z problemami seksualnymi, Martini widzący dziwolągi czy żyjący z traumą Scanlon. Podobnie jest z personelem: wymagająca rola Siostry Ratched jest tak samo ważna jak aroganckiego Sanitariusza Washingtona czy uległego Doktora Spivey'a. Cała ta galeria postaci tworzy fascynujący świat, od którego nie możemy oderwać wzroku. Zostajemy wciągnięci w śledzenie historii nie tylko McMurphy'ego, ale też np. Bibbita czy niemego Wodza. W ten sposób ponad trzy godziny mijają zupełnie niepostrzeżenie.

Prawie przez cały czas na ekranach w ciągu dnia wyświetlane są stare, disneyowskie kreskówki. Świat w szpitalu dla obłąkanych jest tak samo wykoślawiony, jak w tych animowanych filmach. Wydaje się, że nic nikomu nie może się stać, a każde zdarzenie kończy się ostatecznie powrotem do rutynowych czynności. To też bardzo dobry sposób, żeby zająć czas pacjentom, dla których nie przewidziano wielu rozrywek, a np. hazard jest zakazany, natomiast oglądanie meczu może odbywać się jedynie w wyobraźni.

Ferment na oddziale psychiatrycznym robi się, kiedy trafia tam nowy pacjent: Randle Patrick McMurphy (niezwykły Michał Kościuk). Wydaje się zbyt normalny z racji tego, że trafił tu przymusowo. Przejmuje władzę nad grupą, jest nieposłuszny personelowi i staje okoniem wobec wszystkich zakazów. Jednak jego dążenie do wolności i demokracji w zamkniętym oddziale nie jest w pełni rozumiane ani akceptowane. Grupa nagle konfrontuje się z kimś, kto ma czelność i odwagę wyjść poza obowiązujący schemat. Taka jednostka zaczyna być jednak z czasem niewygodna.

Harding próbuje tłumaczyć przybyszowi, że tutaj wszyscy są jak białe króliki doświadczalne i nie ma od tego odstępstwa. Personel ma nawet dla pacjentów specjalne stroje - głowy bieluchów, w których kicają po sali. McMurphy nie godzi się jednak na to. Można odnieść wrażenie, że on wie więcej: wyczuwa, że oprócz białych królików wokół kolegów czają się jeszcze czarne. Przerażające, stąpające cicho czarne króliki pojawiają się niczym upiorny Frank, który ma wpływ na życie tytułowego bohatera filmu "Donnie Darko" w reż. Richarda Kelly'ego. Tutaj można go odczytać jako symbol śmierci lub wciąż towarzyszącego komuś podświadomie zła.

Każdy pacjent ma wyższe potrzeby, każdemu zostały też strzępki rozsądku i prawdziwego oglądu świata oraz świadomość własnej sytuacji. Jednak wszelkie przejawy "normalności" są konsekwentnie tłumione, głównie przez Siostrę Ratched, która stara się stłamsić i zdezorientować pacjentów, co szczególnie widać na codziennej terapii. Bohaterowie "z tyłu głowy" mają też groźbę, że w razie wybitnej niesubordynacji trafia się piętro wyżej, gdzie "serwowane" są pacjentom elektrowstrząsy. One są jak "lot w kosmos" i właśnie taki niecodzienny "lot" odbywają Wódz i McMurphy. Jest to kolejna magiczna scena przygotowana w sposób, jakby mężczyźni naprawdę wyruszali w przestrzeń kosmiczną. Są im nawet zakładane stroje, jest odliczanie, reporterzy i radość w NASA. Cały czas jednak trzymamy się faktów, iluzja goni iluzję, a my patrzymy jak urzeczeni.

Wszędzie można wykreować świat, rządzący się własnymi prawami. Jeśli tylko będzie on dawał poczucie bezpieczeństwa jego uczestnikom - ludzie będą chcieli być jego częścią. Nikt nawet nie będzie zastanawiał się, czy jest on sensowny. O tym opowiada właśnie genialna, długa i również magiczna scena "wypłynięcia" na połów. Pacjenci kołyszą się, tłocząc na materacu, imitującym łódkę, jest też akcja ratunkowa "dziwoląga". Nagle nie wiadomo, czy to realizm (skoro na scenie może zdarzyć się wszystko), czy też zbiorowa halucynacja, w której chętnie bierze udział cały oddział za niemym przyzwoleniem lekarza dyżurującego.

Zakończenie scenicznej wersji "Lotu nad kukułczym gniazdem" nie daje jednak nadziei. Buntownik zostaje niemal ostatecznie unicestwiony. Chciał wprowadzić demokrację - nie poparto go, chciał dać ludziom rozrywkę - plan został zniweczony, wreszcie chciał wprowadzić pierwiastek miłości do szarej egzystencji - i za to został ostatecznie ukarany. Ten spektakl jest trochę taką gorzką refleksją nad dzisiejszym światem, który dąży do ogłupienia, wytrzebienia komórek myślowych, ponieważ ludzie myślący mogą być niebezpieczni i zagrozić panującemu porządkowi. To alternatywna wersja interpretacji powieści Keseya, która obrazuje słowa Ernesta Hemingway'a, że "Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać".

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
6 marca 2018
Portrety
Ingmar Villqist

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia