Szaleństwa samotności

"Tramwaj zwany pożądaniem" - reż. Dariusz Starczewski - Teatr Bagatela w Krakowie

Kiedy do świata, z którym wszyscy się już pogodzili, i do którego się przyzwyczaili trafia ktoś obcy – robi się niebezpiecznie. Osoba z zewnątrz jest najczęściej niespodziewanym „papierkiem lakmusowym", który bada prawdziwe stosunki międzyludzkie i burzy panujący ład. Kiedy jednak okazuje się, że sam przybysz nie radzi sobie ze sobą, inni swoją obecnością też nie mogą mu pomóc. O tym m.in. opowiada „Tramwaj zwany pożądaniem" w reż. Dariusza Starczewskiego, oglądany na deskach krakowskiego Teatru Bagatela.

Długa opowieść, która rozwija się w tempie telenoweli. Prawie trzy godziny patrzymy na rozwijający się dramat. W unormowane (jakkolwiek) życie Stelli (świetna Ewelina Starejki) wkracza jej nieobliczalna siostra – Blanche (niezwykła Magdalena Walach). W ten sposób ktoś zaczyna zauważać, jak naprawdę wygląda „szczęśliwe" życie Stelli, które ostatecznie okazuje się nie takie złe w porównaniu z funkcjonowaniem w świecie Blanche. Ta ze swojego miasta musiała niemalże uciekać ze względu na reputację.

Akcja rozgrywa się w mieszkaniu Stelli i jej męża Stanleya (Michał Kitliński). Ażurowa konstrukcja, tworząca zarys ścian, przywodzi na myśl klatkę, z której w każdej chwili można wyfrunąć, ale mimo wszystko wciąż się do niej wraca. Wnętrze tworzą oszczędne w formie, drewniane krzesła i stół. Dodatkiem są ratanowy fotel, ławka przed domem i miękkie łóżko. Jest też niewidoczna dla nas przestrzeń łazienki – miejsca odosobnienia i swoistego „oczyszczenia". Po prawej stronie sceny widzimy schody sąsiedniego ganku. Mężczyźni pracują w jednym miejscu i wszystko o sobie wiedzą. Hermetyczna społeczność żyje według swoich własnych praw.

Realizacja „Tramwaju zwanego scenicznego" w reż. Starczewskiego nie poraża, nie powala na kolana. Brakuje w niej czegoś, co by od początku do końca wcisnęło nas w fotel. Jednak są tam momenty, które zdecydowanie należy zauważyć i docenić. Przede wszystkim – świetne aktorstwo, ponieważ spektakl wymaga od aktorów skupienia, czasem zastygnięcia w bezruchu, ale głównie trzymania emocji na wodzy. Napięcie ma być stopniowane.

Niezwykłe tło tworzy muzyka. Bolesław Rawski skupił się głównie na niepokojących głosach, zwielokrotnionych echem, które są doskonałym komentarzem do atmosfery. Niewiele jest tu radości, niewiele jest też samych melodii. Muzyka czasami działa niemal podprogowo i każe nam odczuwać grozę sytuacji, wzmacnia napięcie między bohaterami. Postaci są często dla siebie jak cienie – kiedy z jednej strony sceny dzieje się akcja, z drugiej pojawia się milczący strażnik – niemy obserwator wydarzeń.

Co ważne – całość zamknięta jest w klamrę teatralności. „Tramwaj..." zaczyna się od tego, że widzimy Magdalenę Walach, która przychodzi do teatru z ulicy i przygotowuje się do roli. Ogląda filmową ekranizację tekstu w reż. Elii Kazana, jest ubierana i charakteryzowana. Po zapaleniu światła widzimy ją w całej okazałości – tak wygląda postać, którą stwarza się dłuższy czas w ukryciu. Podobnie jest z jej bohaterką: grana przez Walach Blanche to niejednoznaczna postać kobiety zarówno szalonej, jak i świadomej swej samotności, szaleństwa, niespełnienia miłosnego. Łudzi się, że u boku siostry odzyska równowagę.

Zwraca uwagę fakt, że część tekstów wypowiadanych przez Blanche jest mówiona wprost do widowni. Bohaterka Magdaleny Walach czasami też mimiką komentuje coś „na stronie", patrząc np. na widzów przez ramię Mitcha. Sama akcja wychodzi też poza ramy sceniczne, kiedy Blanche schodzi ze sceny i mówiąc wprost do jednego z widzów, odgrywa scenę z Inkasentem. Zaskoczony widz dopiero po podpowiedzi aktorki orientuje się, że „swój" tekst jako Inkasenta ma wyświetlony na horyzoncie (gdzie są też wyświetlane cytaty kluczowych dialogów z kolejnych scen). Mężczyzna podejmuje chwilową grę, za co zostaje nagrodzony przez Blanche prawdziwym pocałunkiem.

Wszystko jest iluzją – szczęście, małżeństwo, prawo, bogactwo, miłość i śmierć. Człowiek zaplątany jest w różne zdarzenia, które czasami zaczynają go przerastać. Nosimy w sobie wiele niewypowiedzianych emocji, o których wiemy tylko my. Tak naprawdę każdy z bohaterów mniej lub bardziej nie radzi sobie z samym sobą. Najmocniejszą sceną w spektaklu jest wejście Meksykanki. Renata Przemyk w czarnym stroju, z bukietem w dłoniach przechodzi powoli przez scenę, a potem znika gdzieś za widownią. Towarzyszy temu żałobny śpiew, który jest przejmujący niemal do kości. Wszystko zastyga, a wszelkiej maści emocje zamknięte są w tym jednym, odbijającym się echem głosie. To jest moment, który mógłby być idealną puentą.

Ale nie jest. Spektakl trwa dalej i można odnieść wrażenie, że tytułowy, metaforyczny tramwaj, rozpędza się coraz bardziej po to, żeby na koniec uderzyć w ścianę lub chociaż się wykoleić. Kłamstwo, zaprzepaszczona miłość i własna, rozsadzana myślami głowa. Ponadto patologia w rodzinie, ślepa miłość i hermetyczny, niebezpieczny świat najbliższych osób. To wszystko w „Tramwaju zwanym pożądaniem" jest – i kotłuje się w ażurowej przestrzeni, która jest pozornie otwarta. Jako widzowie wiemy, że to tylko sceniczna wizja, choć nic nie stoi na przeszkodzie, żeby była prawdziwa. Każdy ma w sobie cienie z przeszłości, które pomagają lub przeszkadzają funkcjonować: w zależności od stopnia ich okiełznania. Może też wcale nie trzeba wierzyć Sartre'owi, że „Szczęściem jednego człowieka jest drugi człowiek"?

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
27 czerwca 2017

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...