Szaleństwo w operze

"Umarłe miasto" - reż. Mariusz Treliński - Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie

Nie od dziś wiadomo, że Mariusza Trelińskiego interesują mroczne klimaty niemieckiej kultury lat 20. i 30. XX wieku.

To przecież wtedy powstał filmowy dekadencki nurt niemieckiego ekspresjonizmu, przeniesiony później do Hollywood przez emigrantów z Niemiec. Dlatego zapewne doszło w Teatrze Wielkim do premiery "Umarłego miasta", opery austriackiego kompozytora Ericha Korngolda z 1920 r., zrealizowanej w koprodukcji z teatrem w Brukseli.

Korngold, jak wielu artystów żydowskiego pochodzenia, wyemigrował w latach 30. XX wieku do Hollywood, gdzie skomponował muzykę do wielu popularnych filmów. Dwie jego kompozycje zostały nagrodzone Oscarami. W "Umarłym mieście" - tu w pięknej scenografii Borisa Kudlićki - oglądamy narastanie obłędu u Paula, który pogrąża się w szaleństwie po śmierci ukochanej żony Marii. Mieszkanie zamienia w jej mauzoleum. Coraz bardziej fantazjującego Paula zaczyna fascynować tancerka Marietta, przypominająca Marię.

Sytuacja zaczyna przypominać samobójcze szaleństwo bohatera filmu "Zawrót głowy" Alfreda Hitchcocka, granego przez Jamesa Stewarda. Tyle tylko, że słynny utwór Hitchcocka powstał w końcu lat 50. XX wieku i został zrealizowany w ówczesnych realiach Kalifornii i w zupełnie innej dramaturgii. Natomiast dekadenckie studium szaleństwa i grę rzeczywistości z fantazją w "Umarłym mieście" autorzy inscenizacji w Teatrze Wielkim celebrują z niezmąconą powagą, jakby odkrywali jakieś straszliwe prawdy o naturze ludzkiej.

Jednak w gruncie rzeczy opera Korngolda wydaje się dziś ciekawym historycznym zabytkiem, typowym dla swojego czasu.

Mirosław Winiarczyk
Idziemy
30 czerwca 2017

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia