Szatan po pół wieku

Rozmowa z Józefem Skwarkiem

- Spełniłem się w moim zawodzie, jako aktor, jako reżyser, jako dyrektor teatru. Spotkałem wielu fascynujących ludzi teatru i filmu, aczkolwiek film, poza rolą "Szatana z siódmej klasy" właściwie mnie ominął. Ale nie żałuję, bo nie byłem i nie jestem człowiekiem zachłannym

Z Józefem Skwarkiem, aktorem i reżyserem, rozmawia Krzysztof Lubczyński z Dziennika Trybuna.

Krzysztof Lubczyński: - Ma Pan na swoim koncie ogromny i dorobek artystyczny, dziesiątki ról teatralnych, wiele telewizyjnych, reżyserowanie, dyrektorowanie teatrom, ale przez te wszystkie lata nie był Pan na wierzchu, skryty Pan był w teatrach daleko od stolicy. Nie ciągnęło Pana do świateł Warszawy? Wolał Pan wędrować po teatrach tzw. prowincji? Z potrzeby czy z konieczności?

Józef Skwark: - Wie pan, ja wychowałem się w społecznikowskim etosie teatru, traktowanego jako misja duchowa, estetyczna, edukacyjna. Taka postawa była bardzo silna w moim pokoleniu, była właściwie normą. Sukces osobisty rozumiany jako osiągnięcie egoistyczne, był pojęciem z gruntu nam obcym, nie mówiąc już o pieniądzach. Myślenie w kategoriach wzbogacenia się było czymś jeszcze bardziej obcym. O tym się w ogóle nie myślało. Owszem, zdarzała się rywalizacja, ale w kręgach warszawskich, między teatralnymi solistami, ale chodziło o względy widza, a nie o jakiś sukces rozumiany tak jak dziś, jako droga do pieniędzy, sławy, reklam.

Nie zawsze rozpoczynam rozmowy z ludźmi kultury w trybie chronologicznym, bywa że o przeszłość pytam pod koniec rozmowy, ale w Pana przypadku zacznę od samego początku. A to dlatego, że w wieku 22 lat, jako student wydziału aktorskiego łódzkiej szkoły filmowej zagrał Pan tytułową rolę, Adasia Cisowskiego w jednym z najpopularniejszych filmów w dziejach polskiego kina, w "Szatanie z siódmej klasy" według powieści Kornela Makuszyńskiego w reżyserii Marii Kaniewskiej. Jak do tego doszło?

- Nasza opiekunka roku, właśnie profesor Maria Kaniewska szukała wykonawcy tytułowej roli. W jakimś momencie przyjrzała mi się uważnie i pyta: "A ty mógłbyś zagrać takiego głupiego, zwariowanego chłopaka". "Czemu nie?" - powiedziałem nie bardzo jeszcze wiedząc o co chodzi. "Jesteś dla mnie idealnym Adasiem w "Szatanie z siódmej klasy". Jak rozumiem, mówiąc "głupiego" nie używała tego słowa w podstawowym znaczeniu, bo Adaś był właściwie kimś w rodzaju geniusza. Chodziło jej o charakteryzujący go jakiś rodzaj sympatycznego szaleństwa.

Znał Pan tę powieść wcześniej?

- Tylko ze słyszenia, ale szybko nadrobiłem ten brak i przeczytałem z przyjemnością.

Ta rola przyniosła Panu ogólnopolską sławę, a pewnie i tu i ówdzie za granicą także byłby Pan w tamtych czasach rozpoznany...

- Do dziś mi się zdarza, że jestem z tej roli rozpoznawany, choć nie da się ukryć, że się zmieniłem. Zupełnie niedawno pani pracująca w kasie sklepowej spojrzała na mnie i mówi: "Pan grał "Szatana z siódmej klasy".

Bardzo popularna była też piosenka z filmu, z refrenem "Lato, lato, lato czeka...". Śpiewała ją wtedy, w 1960 roku i później prawie cała Polska, na koloniach i obozach letnich, harcerskich i szkolnych, nadawało radio...

- Ładna piosenka z miłą melodią bardzo wpadającą w ucho.

Gdzie kręcone były zdjęcia?

- Głównie w pałacyku w Łącku pod Płockiem i otaczających go okolicach pełnych łąk i lasów, nad pobliskim jeziorem, także w samym Płocku, który jest jednej scenie początkowej ładnie sfotografowany. Na ekranie pałacyk w Łącku robi wrażenie zadbanego, nie pozbawionego rzeźb i obrazów. To złudzenie. Ten pałacyk - nie wiem czy przetrwał do naszych czasów - był w stanie kompletnej ruiny, w stanie rozpadu, ogołocony ze wszystkiego, jak zaniedbana stodoła. Na potrzeby filmu zrobiono mu powierzchowny lifting, przyniesiono rzeźby z gipsu i już mógł zagrać przedwojenny pałacyk w przyzwoitym stanie.

Na planie stanął Pan oko w oko z takimi aktorami jak Stanisław Milski, Kazimierz Wichniarz, Mieczysław Czechowicz, Czesław Lasota, Ryszard Barycz, Ryszard Ronczewski. Miał Pan tremę?

- Niespecjalnie, mimo że z natury byłem bardzo nieśmiały. W tamtych czasach oni nie mieli nimbu gwiazd. W tamtym czasie Polsce to zjawisko nie występowało. Poza tym byli opiekuńczy, pomocni, serdeczni. Wszyscy bez wyjątku. Ponadto nie miałem czasu skupiać się na swoich emocjach, bo gra mnie pochłonęła. Tempo realizacji poszczególnych scen było ekspresowe, pracowano ze stoperem w ręku. Ta rola tak się ze mną zrosła, że kiedy kilka lat później, w 1962 roku znalazłem się w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym imienia Juliusza Słowackiego obejmującym Koszalin i Słupsk, na wejście dostałem rolę Adasia Cisowskiego w inscenizacji teatralnej "Szatana". Los jeszcze raz, po wielu latach zetknął mnie z powieścią Makuszyńskiego. W 2006 roku wyreżyserowałem to przedstawienie w teatrze imienia Jaracza w Olsztynie.

Po studiach zostaje Pan w Łodzi, angażuje się do tamtejszego Teatru Powszechnego?

- I nic. Mijały tygodnie a ja nie znalazłem się w żadnej obsadzie. Któregoś dnia spotykam na korytarzu dyrektora Emila Chaberskiego, który mnie pyta, co tu robię. Mówię: "Jestem w zespole pana dyrektora". No i dostałem rolę Puka w "Śnie nocy letniej" w jego reżyserii. Dostałem jednak propozycję z Poznania, z Teatru Nowego i tak zaczęła się moja wędrówka po krajowych teatrach. Kolejno, po kilka sezonów: Koszalin, Szczecin czyli Polska północna, potem na osiem lat Teatr Polski we Wrocławiu, w latach 1967-1975, a w 1975 roku skok na trzy lata do Teatru im. Słowackiego w Krakowie, gdzie zagrałem Lechona w "Lilii Wenedzie" Słowackiego u Skuszanki i w "Sprawie Dantona" Przybyszewskiej u Krasowskiego.

Jak samoidentyfikował się Pan jako aktor, w jakim emploi? Chyba niektórzy widzieli w Panu amanta, obsadzając w roli Romea w "Kochankach z Werony" Iwaszkiewicza czy w roli Kordiana, który też typologicznie był kiedyś ustawiany w ramach urody amanckiej...

- Po części tak, choć jak czułem w sobie także rysy komediowe. Typy i kanony urody się zmieniają i ja z moją urodą z tamtych lat dziś amantem bym raczej nie został. Nie chciałem się specjalizować, pociągała mnie różnorodność. Byłem złakniony grania. Tego "Kordiana" grałem w reżyserii Jana Maciejowskiego, wybitnego reżysera, który obok Skuszanki i Krasowskiego był drugim moim ważnym mistrzem tego fachu. I u niej i u niego praktykowałem jako asystent reżysera, aczkolwiek zazwyczaj ta funkcja była bardzo skromna, formalna. Nawiasem mówiąc, ja zdawałem do szkoły łódzkiej z myślą, że kiedyś zostanę reżyserem. Studia w tej specjalności ukończyłem ją dopiero w 1979 roku, w wieku 41 lat, jako najstarszy absolwent.

A potem jeszcze Białystok, Toruń i Teatr im. Żeromskiego w Kielcach, gdzie został Pan dyrektorem i znów wędrówka do Koszalina, gdzie na pięć lat objął Pan dyrekcję. W międzyczasie tylko raz zahaczył Pan o Warszawę, na dwa lata do Teatru Narodowego za dyrekcji Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego...

- Był to trudny okres dla tego teatru, czas tzw. bojkotu po stanie wojennym. Objęli go Krasowscy w 1983 roku i może bym został w nim na dłużej, gdyby nie pożar, który na dwanaście lat przerwał działalność sceny.

Jak wspomina Pan Skuszankę i Krasowskiego?

- To byli bardzo interesujący artyści. Zdecydowanie wolałem Skuszankę. Była dobrą analityczką tekstów, ciekawą inscenizatorką, osobą dość ciepłą, uwzględniającą wymiar uczuć i emocji w teatrze. Krasowski był zupełnie inny. Indywidualny aspekt emocjonalny mało go interesował, źle się czuł poza emocjami typu społecznego, ideowego, rewolucyjnego. Był ideowym komunistą, wierzył w tę ideologię i był w tym uczciwy. Nigdy jednak nie wykorzystywał tego jako dyrektor w relacjach z zespołem. Ten aspekt nie miał żadnego znaczenia w jego ocenie przydatności aktorów. W teatrze był po prostu reżyserem. Lata wcześniej, we Wrocławiu pracowałem z nim w dwóch głośnych inscenizacjach rewolucyjnych dramatów Stanisławy Przybyszewskiej, w "Sprawie Dantona" i w "Thermidorze" jako aktor i asystent, a także w sztuce "Szósty lipca" Michaiła Szatrowa o antybolszewickim zamachu stanu lewicowych eserowców, który paradoksalnie ostatecznie ugruntował władzę Lenina i bolszewików. To była ta tematyka i stylistyka, która Krasowskiemu najbardziej odpowiadała.

Po 1989 roku Krasowski i Skuszanka zapłacili za postawę w latach PRL i znaleźli się na marginesie, choć to i owo robili, na przykład Krasowski uczył w warszawskiej szkole teatralnej. Było to niesprawiedliwe w stosunku do nich, bo byli ludźmi bardzo zasłużonymi dla polskiej kultury powojennej. Nawiasem mówiąc obraz okresu PRL jest dziś strasznie zakłamany, zmistyfikowany. Jego obraz jest na ogół kompletnie fałszywy i rozpięty jest między pokazywaniem go a la Bareja, w stylu absurdu, wesołego idiotyzmu a malowaniem go jako okresu wyłącznie ponurego i zbrodniczego. A przecież był to okres, który poza oczywistymi negatywami, wniósł ogromnie wiele pozytywnych rzeczy do kultury i do życia społecznego. A czy dzisiejszy ustrój pozbawiony jest negatywów?

Los zetknął Pana także z taki legendami teatru, jak Bohdan Korzeniewski i Kazimierz Dejmek...

- Korzeniewski słynął z erudycji i złośliwości. Dejmek był wybitnym wizjonerem, wybitnym inscenizatorem. Obaj silnie osadzeni w kulturze PRL, z tym że ten pierwszy zmienił zapatrywania, a Dejmek pozostał im wierny. Asystowałem mu w Krakowie, kiedy wystawił tam "Historyję o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim" Mikołaja z Wilkowiecka.

Teraz już Pan odpoczywa?

- Tak. Spełniłem się w moim zawodzie, jako aktor, jako reżyser, jako dyrektor teatru. Spotkałem wielu fascynujących ludzi teatru i filmu, aczkolwiek film, poza rolą "Szatana z siódmej klasy" właściwie mnie ominął. Ale nie żałuję, bo nie byłem i nie jestem człowiekiem zachłannym.

Dziękuję za rozmowę.

***

Józef Skwark - ur. 1 stycznia 1938 w Balicach - aktor i reżyser teatralny. Jeszcze jako student zagrał główną rolę w komedii sensacyjnej dla dzieci i młodzieży "Szatan z siódmej klasy" w reżyserii Marii Kaniewskiej (1960). W ciągu lat pracy artystycznej pracował jako aktor, reżyser i dyrektor w kilkunastu teatrach, m. in. w Poznaniu, Szczecinie, Wrocławiu, Krakowie, Białymstoku, Warszawie, Toruniu i Koszalinie. W latach 1973-1975 wykładowca PWST w Krakowie. W latach 1969-1976 zagrał w trzynastu spektaklach Teatru Telewizji. W latach 2007-2009 w serialu "Plebania" jako ksiądz Zygmunt. W 1995 roku otrzymał Srebrną Maskę, nagrodę Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach, z okazji 50-lecia sceny.

Krzysztof Lubczyński
Dziennik Trybuna
29 lipca 2017
Portrety
Józef Skwark

Książka tygodnia

Muzyczne narracje o kochankach z Werony
Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika
Małgorzata Pawłowska

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...