Szczera do bólu spowiedź polskiego reżysera przed śmiercią

Ostatni wywiad z Kondratiukiem

W poniedziałek, w podwarszawskim Łosiu, odszedł Janusz Kondratiuk. Miał 76 lat. Pożegnali go żona, dzieci i przyjaciele. Był wybitnym reżyserem. Ma na swoim koncie takie obrazy, jak: „Dziewczyny do wzięcia", serial „Faceci do wzięcia", czy autobiograficzny „Jak pies z kotem".

To właśnie w swoim ostatnim filmie poddał bolesnej analizie trudny moment odejścia z tego świata Andrzeja Kondratiuka. Już wówczas wiedział, że też jego dni są policzone. W trakcie montowania swojego ostatniego dzieła, najpierw lekarze zdiagnozowali u niego żółtaczkę, a potem nowotwór trzustki. Pod koniec września w szczerej rozmowie z Fakt24 wziął też pod lupę stan polskich szpitali. Marzył o tym, by chory był w nich traktowany jak człowiek, a nie jak przedmiot. Dlatego pracownikom służby zdrowia nie szczędził cierpkich uwag i uzasadnionych pretensji.

FAKT24: W noc sylwestrową z 2017 na 2018 rok okazało się, że z pańskim zdrowiem nie jest dobrze. Dziewięć miesięcy później zdiagnozowano u Pana raka trzustki. Wiadomo, że papierosy są najbardziej zabójcze przy nowotworach. A Pan pali. I to dużo...

Janusz Kondratiuk - Palę, bo nic innego mi nie zostało (śmiech). Nie mam już trzustki, więc dlaczego miałbym się bać nikotyny. To ostatnia moja przyjemność. Dlatego palę ile się da!

Niespełna dwa lata temu ukończył Pan swój ostatni i najbardziej osobisty film - „Jak pies z kotem". Czy wiadomość o chorobie miała wpływ na jego ostateczny kształt?

- O chorobie dowiedziałem się, gdy zakończyliśmy montaż. W Sylwestra zdążyłem złożyć życzenia montażyście i pojechałem do domu. Tam żona przygotowała mi pysznego wędzonego łososia, którego przywiozła znad morza. Do tego zimną zmrożoną wódeczkę. Nabiłem kawałek ryby na widelec, uniosłem kieliszek i w tym momencie żona zapytała: „Co Ty taki żółty jesteś?". Skończyło się to tak, że pojechaliśmy do szpitala i w ten sposób nigdy nie spróbowałem tej ryby i nigdy już nie napiłem się zimnej wódki.

Wówczas jednak tematu raka trzustki jeszcze nie było?

- Wprost przeciwnie. Wtedy lekarze twierdzili, że to nie jest nowotwór. Na początku ubiegłego roku zupełnie bez sensu mnie zoperowali. Wycięli woreczek żółciowy i zaszyli. Po upływie kolejnych kilku miesięcy zauważono coś co się umieściło między trzustką a wątrobą. Założyli mi protezę, którą parokrotnie zmieniali. Pół roku później zaniepokojony swoim stanem zdrowia poszedłem do innego specjalisty chirurga. On, gdy mnie obejrzał, stwierdził, że potrzebuję natychmiastowej operacji. Wtedy wycięto mi trzustkę... Jestem przekonany, że lekarze od początku wiedzieli, że mam nowotwór. Widocznie jestem w takim wieku, że lekarzom już się nie opłaca mnie operować. Poza tym w moim przypadku nie mieli stuprocentowej pewności, że operacja się uda. Tych lekarzy inni lekarze nazywają „hodowcami". A siebie „ogrodnikami", bo muszą operować i wycinać to, co pozostawili im „hodowcy". W moim przypadku powinni natychmiast ciąć. A tak straciliśmy ponad pół roku, a nowotwór w tym czasie rósł...

Trafił Pan na stół operacyjny. A potem musiał jakiś czas spędzić w szpitalu?

- Tam w szpitalu w Warszawie, przy ulicy Banacha, też miałem poważne przejścia. Dwa razy złapałem sepsę! Podobno w moim wieku już pierwsza jest śmiertelna (śmiech). Dziś tłumaczę to sobie w ten sposób, że w dzieciństwie byłem niedożywiony, nie znałem smaku słodyczy, to może dlatego mój organizm sobie jakoś poradził (...) W tej chwili biorę chemię. Jestem RoboCopem sztucznie utrzymywanym przy życiu. Jako że nie mam trzustki, dostałem cukrzycy typu 2. W związku z tym muszę bardzo uważać na to, co jem. Co chwilę sprawdzam poziom cukru. To bardzo nieprzyjemne i męczące.

Czy wie Pan, co teraz może jeść? Bo nadal diety dla diabetyków to wiedza tajemna, dla wielu zainteresowanych niedostępna.

- Staram się trzymać zasady „jedz wszystko, jeśli Cię nie boli". Z jedzeniem jest też tak, że lekarze starają się zabronić mi wszystkiego, co jest smaczne. Sam jednak wiem, które potrawy mają zły wpływ na moją wątrobę, która przecież wzięła całą pracę na siebie. Jak mnie boli, to dostaję sygnał, że tego jeść nie mogę i rezygnuję. Ale jedzenie to nie wszystko. Mam wrażenie, że my wszyscy nie chcemy pamiętać o tym, że starość, której większość z nas doświadczy, to najdłuższy okres w życiu człowieka. Nie młodość! Za duże pieniądze budujemy stadiony, piękne kina, centra handlowe, a nikt się nie zabiera za budowę pięknych, nowoczesnych szpitali. A przecież wszyscy tam kiedyś trafimy. To powinny być świątynie, w których chory ma szansę odzyskać spokój i poczuć się jak człowiek.

Szpitale zdecydowanie odbiegają od tego ideału, o którym Pan mówi.

- Czy Pan widział dowolny SOR? Przecież to piekło. Ludzie płaczą na korytarzach, godzinami czekają, aż zostaną przyjęci, a niektórzy umierają nim ktoś się nimi zainteresuje. Polskie szpitale przypominają trochę koszary, a trochę więzienie. A jedzenie szpitalne nie ma nic wspólnego z dietą. Wszystko jest ohydne i śmierdzi trupem. Muszą to przechowywać nie w chłodni, a w kostnicy!

W swoim filmie „Jak pies z kotem" nawiązał Pan do sytuacji w polskich szpitalach. Można jednak postawić taką tezę, że Pan jest jednak zwolennikiem odchodzenia z tego świata w domu, w towarzystwie najbliższych.

- To jest takie "piękne" marzenie. Ale taki obyczaj już upadł. I to z prostej przyczyny. Dziś w Polsce nie ma rodzin wielodzietnych. Zwłaszcza w dużych miastach małżeństwa w ogóle nie mają dzieci, albo jedno, góra dwoje. Gdzie tu jest miejsce np. na chorą ciotkę? Kiedyś było inaczej. Sam pochodzę z rodziny, która trzymała się razem. Była wieloosobowa. Z odejściem kogoś bliskiego związany był cały ceremoniał (...) Poza tym mamy dziś do czynienia z "amerykanizacją" śmierci, która jest czymś wstydliwym, o niej się nie mówi. Panuje kult piękna i młodości. Nie sądzę jednak, by wiele osób chciało umierać w samotności. A tym bardziej, jeśli się to sprowadza do zdychania na szpitalnym korytarzu twarzą do toalety.

Oprócz szpitali jest Pan też bardzo negatywnego zdania o polskich lekarzach. Czym jeszcze zaleźli Panu za skórę, poza tym, że mogli znacznie wcześniej podjąć decyzję o operacji trzustki?

- Mam ogromne pretensje do lekarzy. Wiem, że niektórzy z nich są świetnymi fachowcami, i nie chciałbym, aby się na mnie obrazili, ale niestety większość z nich jest całkowicie pozbawiona empatii. Nie obchodzi ich, w jakiej sytuacji znajduje się chory. Nadużywają swojej władzy i to głównie z ich powodu te szpitale wyglądają tak, jak wyglądają. Oni w tym gównie czują się bardzo dobrze. Jak robaki. Przyjrzymy się rozkładowi dnia z perspektywy chorego. Otóż, o szóstej rano budzą go wrzaski, łomotanie kubłami i drzwiami, bo właśnie swoją pracę rozpoczęły sprzątaczki. Cały czas ryczą do siebie. Potem po godzinie 9. swój obchód mają lekarze. Z trzaskiem otwierają się drzwi i wchodzi profesor z nadętą gębą. Za nim kroczy kilku asystentów. Nikt nie mówi "dzień dobry". Robią kółeczko i wychodzą. Jedyną rzeczą, o którą mnie pytano, to „jak się czuję? I co mi dolega?". Wtedy już nie byłem w stanie tego ścierpieć. „To Pan się mnie pyta, co mi dolega, jak ja tu już tydzień leżę? Myślałem, że Pan mi to powie". Wtedy słyszałem w odpowiedzi, że lekarz nie ma czasu. Nawet nie chciało mu się odrobić pracy domowej i zapoznać się z kartą choroby.

I tu właściwie wraca jak bumerang pointa, że jeśli odchodzić z tego świata, to tylko w domu. Tak Pan to widzi dla siebie?

- Zdecydowanie. Ja się z domu nigdzie nie dam ruszyć. Tutaj zostanę do końca.

Porozmawiajmy chwilę o okresie w pańskim życiu, który dla wielu jest kompletnie nieznany. Po wprowadzeniu stanu wojennego w latach 80. wyjechał Pan do Austrii. Spędził Pan tam ponad 20 lat. Niespełna 10 lat temu wrócił Pan do Polski, mimo iż córka i syn podjęli decyzję o pozostaniu. Jak to się stało, że Pan, autor takich hitów, jak np. „Dziewczyny do wzięcia" czy „Czy jest tu panna na wydaniu?" opuścił Polskę i dlaczego nie został Pan w Austrii już na stałe?

- Przed wyjazdem z Polski miałem etat w Telewizji Polskiej i wykładałem w szkole filmowej. Gdy nastał w Polsce stan wojenny, natychmiast bez rozmowy wyrzucono mnie z telewizji, a ze szkoły filmowej zrezygnowałem już sam. Śmiertelnie mnie ona nudziła. I wtedy dostałem zaproszenie z Uniwersytetu Sztuki w austriackim Linzu, abym wygłosił cykl wykładów. Po roku załatwili mi etat. Prowadziłem wydział grafiki użytkowej, który następnie przeobraziłem w "Kształtowanie mediów audiowizualnych". Prowadziłem go przez ponad 20 lat (...) Nigdy nie planowałem, że w Austrii zostanę, a nawet tego, że będę tam tak długo. Potem postanowiłem przejść na wcześniejszą emeryturę i wyjechać gdzieś do Grecji, Hiszpanii do któregoś z miast portowych i tam zamieszkać. Ostatecznie stanęło na powrocie do Polski. To jest mój kraj i mój język. W obcym języku można się nauczyć mówić, ale nigdy człowiek się nie nauczy rozumieć tego, czego nie mówią. Nie łapie się żartów, insynuacji, skojarzeń. To męczy (...) a dzieci chętnie do Polski przyjeżdżają. Syn pomagał mi budować dom, a córka, która studiuje na uczelni rolniczej, zastanawia się nad założeniem w Polsce gospodarstwa.

Zanim osiadł Pan w podwarszawskiej wsi mieszkał Pan jakiś czas w Warszawie. Skąd pomysł, by wyprowadzić się ze stolicy?

- W Warszawie miałem już psa. Zbyszek Buczkowski namówił mnie na kupno za grosze ziemi w miejscowości Łoś pod Warszawą. Wtedy metr kosztował 12 złotych. Stwierdziłem, że wybuduję na niej dom i będę w nim siedział z psem. Bo co tu robić w Warszawie, jak się ma samochód? Jedyną rozrywką jest szukanie miejsca do zaparkowania (śmiech). Teraz jestem zachwycony. Polska wieś jest urokliwa, jak wieś w Szwajcarii.

Czy po powrocie do Polski próbował Pan naprawić relacje z bratem, reżyserem Andrzejem Kondratiukiem? Czy wtedy byliście ze sobą skłóceni?

- My często się ze sobą sprzeczaliśmy. Zawsze. Mieliśmy wtedy zupełnie inne spojrzenie na świat, który nas otaczał, a także inny stosunek do samego siebie. Ja mam niepoważny stosunek do samego siebie, a mój brat wprost przeciwnie. Razem z małżonką Igą Cembrzyńską stworzyli zamknięty świat, do którego nikt nie miał dostępu. Przez lata Iga wyparła wszystkich jego znajomych i w ten sposób zostali tylko we dwójkę. Gdy tylko się z nimi spotykałem, zawsze dochodziło do awantury, ponieważ im nikt inny do życia nie był potrzebny. A ja to już najmniej. A ze sztuką to było tak, że nigdy nie chciałem konkurować z bratem. Co mam nadzieję widać w moich filmach.

Przed śmiercią Andrzeja Kondratiuka w 2016 roku musiał Pan sobie zdawać sprawę, że Iga Cembrzyńska nie poradzi sobie z umierającym mężem. Wtedy postanowił Pan przejąć inicjatywę, co zresztą sportretował Pan wiernie w filmie „Jak pies z kotem".

- Wiedziałem, że Iga nie poradzi sobie z tym zadaniem. Andrzej to był kawał mężczyzny, a jego żona jest drobna. Zdawałem sobie sprawę, że nie będzie go w stanie nawet umyć. W napadzie nieodpowiedzialnego szału podjąłem decyzję o przywiezieniu Andrzeja do mojego domu. On nie mógł dalej gnić w Warszawie i wymagał opieki, której Iga nie była w stanie mu dać. Na miejscu okazało się, że razem z żoną nie mamy pojęcia, jak się zająć chorym. Baliśmy się, że zrobimy mu krzywdę. Był przecież kompletnie bezwładny. Pielęgniarka zrobiła nam szkolenie i to wszystko. Tak jak pokazałem w filmie, nie mogliśmy liczyć na żadną pomoc ze strony państwowej służby zdrowia.

Do tego należy dodać, że Andrzej Kondratiuk uchodził za bardzo trudnego człowieka...

- No, lekki to on nie był. Straszny tyran (śmiech). Ale jak u mnie mieszkał to zrozumiałem, że mamy sobie dużo do powiedzenia. Starałem się go prowokować do wspomnień, ponieważ on pamiętał wywózkę z Polski do Kazachstanu. Był ode mnie starszy o siedem lat. Urodził się w 1936 roku. On był ostatnim bankiem pamięci, dlatego wypytywałem go o wszystko. Ale w trakcie pobytu Andrzeja pod moim dachem też dochodziło do spięć. On się cały czas krępował. Poza tym ciągle miał jakieś wizje, które stawiały mnie w złym świetle. Że np. uderzyłem go siekierą w plecy i ma ranę, której nie pozwalał oglądać! Skarżył się gościom, że trzymam go w piwnicy, chociaż w moim domu nie ma piwnicy. Miewał też fantastyczne pomysły, Jak ten z filmu, gdy mówił mi o „trzech marynarzach, którzy wyszli na przepustkę"...

W którym momencie zorientował się Pan, że ta osobista tragedia, to gotowy scenariusz na film?

- Sam bym na to nie wpadł, ale późniejszy współscenarzysta Dominik Rettinger stwierdził, że moje przejścia z Andrzejem to właściwie gotowy film. Na początku bałem się, że mnie posądzą, że chcę się sprzedać. Doszedłem jednak do wniosku, że zrobię ten film tylko wówczas, jeśli będzie w nim to, co rzeczywiście razem przeżyliśmy. Zwłaszcza, że wszystkie wydarzenia głęboko utkwiły mi w pamięci. Potem okazało się, że ten pomysł bardzo się spodobał i już mieliśmy "zielone światło", by wejść na plan. Film kręciliśmy długo, bo przez cały rok. Chcieliśmy pokazać w nim cztery pory roku.

Czy Iga Cembrzyńska, która była obecna na planie „Jak pies z kotem", chociaż w nim nie zagrała, widziała wcześniej scenariusz filmu?

- Tak, bo co by nie mówić o Idze, to jest znakomita aktorka, która ma ogromne doświadczenie i wyczucie. Gdy zobaczyła scenariusz, to powiedziała, żeby nic w nim nie zmieniać. Że ma być, tak jak jest. Bo to była prawda również o jej życiu. Chociaż przyznaję, że bałem się jej oceny. A ona wzruszała się przy każdym słowie, które czytała, dlatego nie było nawet takiego pomysłu, by w nim wystąpiła (...) Ona potrafi być ostra, zwłaszcza dla mnie. Od kilku lat mieszkamy razem. Nawet się polubiliśmy. Trudno jej jest samotnie egzystować.

Mimo walki z chorobą nadal jest Pan artystą. Czy myślał Pan o zrobieniu jeszcze jakiegoś filmu?

- Może tak odpowiem - pewien dziennikarz zaczepił mnie ostatnio i powiedział, że widział jeden z moich filmów. „Głupi taki" - powiada. Zmartwiłem się w pierwszej chwili, że głupi, ale też doszedłem do wniosku, że przynajmniej mam styl (śmiech). Zawód reżysera przypomina mi złodzieja. Tylko ograniczonego w czasie. Potrafi cwaniak namówić ludzi do współpracy bez rewolweru, czasem bez pieniędzy. A potem kradnie czas widzom, którzy jeszcze za własne pieniądze kupują bilet i przez dwie godziny nieruchomo siedzą w ciemnym pomieszczeniu. Często też wychodzą z niego zadowoleni. Ale do reżyserii to trzeba mieć zdrowie...

___

Artystyczne dokonania i szczerze o chorobie:

Janusz Kondratiuk przyszedł na świat 19 września 1943 w Ak-Bułak na terenie dzisiejszego Kazachstanu. W 1969 ukończył reżyserię na PWSTiF w Łodzi. Ten sam zawód wykonywał też jego starszy o siedem lat brat - Andrzej Kondratiuk. W 1993 roku otrzymał nagrodę reżyserską za film Głos na Festiwalu Polskiej Twórczości Telewizyjnej.

Janusz Kondratiuk ma na swoim koncie, m.in. „Dziewczyny do wzięcia" (1972 r.), „Czy jest tu panna na wydaniu?" (1976 r.), „Złote runo" (1996 r.), serial „Faceci do wzięcia" (2006 r.) i na motywach autobiograficznych - „Jak pies z kotem" (2018 r.).

Nakładem Wydawnictwa Prószyński i S-ka ukazał się zbiór wywiadów pod wspólnym tytułem: „Rak trzustki, czyli jak wygrać z cichym zabójcą". Bohaterem jednej z rozmów z Magdaleną Żakowską jest Janusz Kondratiuk.

Odszedł 7 października.

W poniedziałek w swoim domu w podwarszawskim Łosiu odszedł wybitny reżyser i scenarzysta Janusz Kondratiuk. Miał 76 lat. Do ostatniego tchnienia towarzyszyła mu żona, dzieci, przyjaciele i wierne psy, które kochał ponad życie.

(-)
tvn 24
14 października 2019

Książka tygodnia

Alef
Państwowy Instytut Wydawniczy
Jorge Luis Borges

Trailer tygodnia