Szopienice jak Macondo

"Piąta strona świata" - reż. Robert Talarczyk - Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

W teatrze zdarza się, że co jakiś czas autor zasiada na widowni, by obejrzeć, jaki sceniczny kształt nadano jego dziełu. Jednak nieczęstym jest, że autorem jest reżyser i to - dodajmy - wybitny reżyser teatralny, który, zamiast samemu dokonać adaptacji swej prozy i wyreżyserować swe dzieło, oddaje je w ręce młodszego niemal o dwa pokolenia kolegi.

A tak właśnie się zdarzyło A.D. 16 lutego 2013, gdy na widowni Teatru Śląskiego zasiadł obchodzący w tym dniu 84. urodziny Kazimierz Kutz. Wraz z innymi widzami oglądał inscenizację swej na wpół autobiograficznej powieści "Piąta strona świata". I wraz z nimi ją oklaskiwał.

Kazimierz Kutz miał wpływ na rys tej inscenizacji, ale ostateczny kształt nadał jej inscenizator. Adaptacji i reżyserii podjął się Robert Talarczyk, 45-letni aktor i reżyser. Podobnie jak Kutz - Ślązak z krwi i kości. W dorobku Talarczyka są już inne podejmujące problem śląskiej tożsamości przedstawienia: znakomita inscenizacja powieści Jano-scha "Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny" w katowickim teatrze Korez i spektakl Vil-lquista "Miłość w Koenigshutte" wystawiony w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej, który niedawno wywołał polityczną burzę prawie tak silną, jak batalia o kształt wystawy poświęconej Górnemu Śląskowi w nowym gmachu Muzeum Śląskiego.

Do pracy nad "Piątą stroną świata" zachęcił Roberta Talarczyka Tadeusz Bradecki, dyrektor artystyczny Teatru Śląskiego, dobrze wiedząc, że scenie tej potrzeba jak powietrza tekstów dotyczących problemów mieszkańców tej ziemi. Najlepszym probierzem tych planów był "Polterabend" Stanisława Mutza, spektakl wystawiony przez Tadeusza Bradeckiego w 2008 roku, a w lutym tego roku zarejestrowany przez telewizję w ramach projektu "Teatr Śląski w Twoim domu", bo "Polterabend" ma swą wypróbowaną publiczność. Przeniesienie "Piątej strony świata" na scenę też było znakomitym pomysłem. Dowodem na to jest to, że bilety nań rozeszły się błyskawicznie i to na spektakle, które będą grane w kolejnych miesiącach tego sezonu.

Ten sukces na pewno okupiła wielka praca i niepewność artystycznego rezultatu. Robert Talarczyk po kilkunastu miesiącach pracy nad tekstem powieści Kazimierza Kutza, po konsultacjach u autora, ukończył pisanie adaptacji i przystąpił do prób z zespołem Teatru Śląskiego poszerzonym o aktorów gościnnych i studentów studium aktorskiego działającego prey tej scenie, a także o mistrza gry na akordeonie - Marka Andryska. Powstały w 2004 roku, a kultowy do dziś "Cholonek" stawiał poprzeczkę wysoko, między innymi dlatego, że trzeba było znaleźć coś innego niż korezowy byfyj i kuchenne makatki, by nie narazić się na zarzut cytowania samego siebie.

A niełatwo przenieść prozę Kutza na scenę. Bo to - jak pisze na jej kartach autor - "Jaruzelowa opowieść". Wiele tu postaci, wiele wątków, sportretowanych kilka pokoleń - od Bismarckowskich czasów po lata siedemdziesiąte ubiegłego wieku. Inna jest też niż w "Cholonku" poetyka "Piątej strony świata". To proza, do której przyległo miano powieści napisanej w konwencji realizmu magicznego. A z dziełami realizmu magicznego jest tak. Osoba wtajemniczona odbiera je jako dokładne odmalowanie rzeczywistości. Dla kogoś z zewnątrz, kogo percepcja

Rodzinne Szopienice Kutza - miasteczko, dziś dzielnica Katowic - są kosmosem na miarę Macondo ze "Stu lat samotności" Marqueza. To świat zaludniony pełnokrwistymi postaciami, z których każda ma swoją niepowtarzalną historię. Bohaterowie "Piątej strony świata" są niejednoznaczni i bynajmniej nie posągowi. Swoje marzenia topią w morzu niemożliwości, czasem szlachetni, czasem podli, marzycielscy i porywczy, zdolni i do miłości i do zbrodni. Czym się różnią od innych? Rzeźbi ich wielka polityka. Żyją w narożniku Europy, na styku kultur, w tyglu narodów. W miejscu, gdzie historia bawi się ludźmi. W obronie przed zgnieceniem budują tożsamość. Odmienną niż polska, inną niż niemiecka - własną. Trwają - to ich cel.

Siłą powieści Kutza jest też jej język - gawędziarski, barwny, pełen zaskakujących i niezwykle celnych porównań i humoru. To język, w którym literacka polszczyzna najwyższej próby przeplata się ze śląską gwarą i niemieckimi frazami. Talarczyk oparł się na sile i muzyce słowa Kutza. Stąd główny ciężar spoczywa na narratorze, kimś w rodzaju alter ego autora powieści - w tej roli Dariusz Chojnacki. Próbując wyjaśnić powody samobójstwa dwóch swoich przyjaciół, otwiera swą pamięć i w strumieniu świadomości poszukuje odpowiedzi na dręczące go rozterki. Jego opowieści towarzyszą ilustrujące ją scenki. Krótkie, o lapidarnych dialogach - bo w powieści Kutza prawie wcale ich nie ma. Słowo dopełnia gest, a często zastępuje go niezwykle plastyczny ruch sceniczny, wzmacnia muzyka, której dominantą jest melanż dętych instrumentów z dźwiękami akordeonu.

Wielkim atutem przedstawienia jest wspaniała gra aktorów, większość z nich swobodnie posługuje się gwarą śląską, w której wzrastała. Każda z ról - od epizodycznych po główne - jest perełką. Trudno wymieniać w krótkiej recenzji wszystkich, może zatem ograniczę się jedynie do wskazania scen, które na pewno staną się hitami tego przedstawienia. To lekcja nauki alfabetu Morse'a i egzaminu na radiotelegrafistę kolejowego, w której uczestniczą m. in. Andrzej Dopierała jako Ojciec, Barbara Lubos jako Matka. To również, Jałta celtyckich wdów" - koncertowy dialog Ewy Leśniak - jako Marianny i Grażyny Bułki - jako Chrobokowej, a także sceny swatania ich dzieci z udziałem Agnieszki Radzikowskiej jako Adeli i Artura Święsa jako Lucjana. W pamięci pozostaje także wiele innych sugestywnych obrazów -jak pogrzeb Kandzi, podpisywanie volkslisty czy mijające się na Szopienickim peronie pociągi z Żydami i żołnierzami Werh-machtu jadącymi na Ostfront.

Rytm przedstawienia dynamizuje częste użycie zapadni. Scena jest pusta, bez dekoracji, rzadko pojawiają się pojedyncze sprzęty, brak niemal rekwizytów. Za to wielką rolę gra światło wydobywające z mroku poszczególne postaci. Rzeczywistość sceniczną tworzą też wyświetlane na horyzoncie wizualizacje inspirowane malarstwem Teofila Ociepki lub wykorzystujące historyczne dokumenty.

Poetyka przedstawienia sugeruje, że Szopienice Kutza to miasto umarłych. Postaci "Piątej strony świata" tylko na chwilę wychodzą z mroku, by coś zakomunikować widzom. W scenie końcowej widzimy ich w chocholim tańcu, są jak zjawy z nierealnego świata. "Piąta strona świata" to piękny, ale trumienny portret Ślązaków. Tego Śląska, który zaludniali, już nie ma. Pozostała z niego tylko mitologia, którą stworzył Kazimierz Kutz w swoich wielkich śląskich filmach i utrwalił w jedynej swej powieści. I dziś na tej mitologii lub w kontrze do niej Ślązacy próbują budować swą tożsamość.

Ci, którzy pragną poznać Śląsk, zrozumieć jego współczesne problemy, powinni wyjść ze spektaklu Talarczyka usatysfakcjonowani. To spektakl, w którym każda scena otwiera jakąś niezabliźnioną ranę lub wręcz odwrotnie - jest plastrem miodu na gorycz śląskiego życia. To spektakl oparty na emocjach i kanalizujący je w strumień mitologii i magii.

Mam jednak wrażenie, że ci, którzy Ślązaków postrzegają jako "ukrytą opcję niemiecką", po obejrzeniu "Piątej strony świata" niestety nadal nie będą w stanie zrozumieć specyfiki tej ziemi i jej mieszkańców. Dlaczego? Bo są ignorantami, nie znają pogmatwanej historii Śląska i co gorsza - nie chcą jej znać. Są osobami z zewnątrz i to, co oglądają, wydawać się im będzie nierealne, wydumane i przerysowane. Trzeba jednak próbować rozbić tę skałę obojętności i ignorancji. Dobrze by było, by,,Piąta strona świata" ruszyła w teatralną Polskę. Do teatru chodzą wrażliwi i inteligentni ludzie i to w nich najłatwiej wzbudzić zainteresowanie Śląskiem - tą piątą stroną świata, o której tak mało wiedzą i która może być fascynująca - czego dowodzi spektakl Teatru Śląskiego.

Danuta Lubina-Cipińska
Śląsk
28 marca 2013
Portrety
Robert Talarczyk

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia