Sztucznym miodem karmieni

"Miód albo Jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem." - Teatr Ludowy w Krakowie

Czeska komedia „MIÓD albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem", grana na deskach Sceny pod Ratuszem, to rozrywka i refleksja wysokich lotów. Siłą tej surrealistycznej satyry na środowisko aktorów jest przekora, dystans i zabawa, których tak bardzo potrzeba by odpocząć od otaczającej nas propagandy sukcesu

„Słowa jak sztuczny miód,
erzac, cholera, nie życie,
miał być raj, miał być cud
i ćwiartka na popicie"

– pisała Agnieszka Osiecka, która w relacjach damsko-męskich oraz społeczno-partyjnych wyczuwała fałsz, pozę, frustrację i odsłaniała je w piosenkach. Taką słodko-gorzką wariacją na temat „sztucznego miodu" w życiu prywatnym oraz zawodowym jest właśnie „MIÓD albo jak chciałam się bzykać z Tomaszem Schimscheinerem". Rewelacyjna, zgrabnie skrojona i zaadaptowana na polskie warunki komedia czeskiego dramaturga i reżysera, Tomasa Svobody, pokazuje złudność popularnych wyobrażeń o szczęściu. Jest to również pełna autoironii wypowiedź aktorów o ich własnej sytuacji w czasach kapitalistycznej gonitwy za złoty runem. Co rusz ktoś puszcza tu do nas oko. A to absolwent studium aktorskiego, a to aktorka na dorobku marząca o życiu w świetle fleszy, a to celebryta bardziej poczciwy i spełniony jako mąż i ojciec niż mogłoby się nam wydawać.

„...no, a jeśli, jeżeli, nie tak,
no to po co nam było w to gnać,
tamto rwać,
iść pod prąd, pod wiatr,
gniazdo wić
niby ptak,
no – jeżeli ma być
nie tak?"

Historia z pozoru błaha: dziewczyna spotyka chłopaka. Trochę alkoholu, pląsów na parkiecie i lądują razem w łóżku, lecz miast zatracić się w tytułowym „bzykaniu", zaczynają rozmawiać o życiu zawodowym i prywatnym. Całonocna rozmowa toczy się w pościeli z wydrukowanymi nań podobiznami Tomasz Schimscheinera. I tu kończy się komediowo-romantyczny realizm a pojawia świat marzeń, serialowych bohaterów, fantazji erotycznych w wersji glamour oraz snów młodej bohaterki. Grająca główną rolę Iwona Sitkowska od początku tej sekwencji zagarnia scenę, wprowadzając Bogu ducha winnego kochanka w świat swojej groteskowej wizji. Odgrywa idealną rzeczywistość, w której staje się seksbombą ze złotej ery Hollywood, snującą się niczym wąż boa-dusiciel wokół swej zdobyczy (Tomasza Schimscheinera) femme fatale, gwiazdą popularnego serialu, by za chwilę, sprowadzona na ziemię przez Chłopaka Na Jedną Noc, stać się znów Kopciuszkiem niezaproszonym na bal.

Tekst oparty na podwójnej deziluzji daje grającym duże pole do popisu. Sitkowska jako histeryczna nimfetka z wdziękiem miota się między światem snu odgrywanego na scenie a tym realnym, zainscenizowanym w łóżku ustawionym na proscenium. Mamy tu projekcję stereotypowych wyobrażeń o kobiecie sukcesu: futerko z norek, kochanka-gwiazdora, rola w telewizyjnym hicie. Świat ten nie poddaje się jednak woli dziewczyny, która zamiast śmigać w nim – niczym rekin w oceanie – bardziej grzęźnie jak osa w szklance kompotu. Metafora ucieczki i powrotu ze snu oddaje iluzje, które jak mydlane bańki rosną i pryskają w życiu przypadkowych kochanków. Lądujący w jednym łóżku Ona i On okazują się być aktorami gdzieś na początku zawodowej drogi. W dialogach oraz kłótniach toczonych między sekwencjami nieudolnych pieszczot prowadzą grę w lepszą wersję siebie. To ironiczne przedstawienie sytuacji absolwentów szkół aktorskich na rynku pracy i skonfrontowanie ich z figurą gwiazdora dodaje tekstowi ironicznej lekkości. Tomasz Schimscheiner, ma zaś okazję zderzyć swój medialny wizerunek z tym zwyczajnie ludzkim, ponaśmiewać się z pierwszego (zwłaszcza w filmowej scenie sądu na rozpustniku pokazywanej przed rozpoczęciem spektaklu), młodzi zaś mogą pożartować ze środowiskowych uprzedzeń i frustracji. Świetnie wypadają żarty na temat uczelni artystycznych i ich estymy oraz pierwszych filmowo-telewizyjnych epizodów. Aktoreczka z dyskoteki chwali się rolą topielicy w kryminalnym hicie niczym Zagłoba wojennymi przygodami, Chłopak Na Jedną Noc wypada blado jako sex-machine, a Tomasz Schimscheiner bardziej niż zaliczać histeryczną fankę, woli czym prędzej wrócić do żony.

„Wygadujcie, panowie, androny,
tylko błagam – nie mówcie, nie mówcie już do nas jak do żony."

Marzenia i fantazje głównej bohaterki są tak groteskowe, jak jej ekscytacja na widok idola.
Przerysowana komediowa konwencja niejako sprowadza życie do właściwej miary. Ukazuje sytuację, w której rzeczywistość walczy o rację bytu z marzeniami o srebrnym ekranie oraz życiu w pełni splendoru. Młodzi, zamiast zakochać się i paść sobie w ramiona, przywdziewają maski ludzi sukcesu, nadrabiają miną i głodnymi kawałkami opowiadanymi kolejnym wyrwanym w klubie partnerom. Nie mogą spotkać się ani fizycznie ani mentalnie, bo nie są w stanie dorównać swoim i cudzym oczekiwaniom. Tak jakby ciągle nie byli dość dobrzy, by zasłużyć na uwagę. Pod tym względem „MIÓD" to trochę moralitet o damsko-męskim nienasyceniu naszych czasów, opowiedziany historiami z kolorowych gazet i plotkarskich portali. On i ona bardziej plotkują niż rozmawiają, bardziej grają niż są. Ona prawdopodobnie boi się stabilizacji kojarzącej się jej z nudą i powszedniością. On frustruje się widząc, że dziewczyna wciąż ucieka do marzenia o innym szczęściu.

„Ja na kłamstwie się znam tak jak ty,
sztucznym miodem karmieni - to my."

Pod koniec sztuki sam Schimscheiner, bohater sennego marzenia, wydaje się bardziej przerażony niż zadowolony z uwielbienia i pożądania, jakie go spotyka. Pragnie czym prędzej uciec ze snu, w którym przeznaczono mu główną rolę. W ostatniej scenie, „wykorzystany i porzucony" prosi o pomoc w wydostaniu się z niechcianej rzeczywistości. Zamiast do krainy wyuzdania i rozpusty, chce do domu i miękkich kapci. Młodzi kochankowie prawdopodobnie już do siebie nie zadzwonią, ale być może po obudzeniu pozbędą się kilku niebezpiecznych fantazji, które przerosły ich prawdziwe możliwości i oczekiwania.

„Sztucznym miodem karmieni to my" – zdają się mówić aktorzy w warunkach wolnego rynku. Skoro więc miodu wcale nie zawsze potrzeba do pełni szczęścia, może nie warto w nim tonąć? Jednym słowem – „MIÓD" Teatru Ludowego to świetna odtrutka na targowisko próżności naszych czasów.

 

Jakub Wydrzyński
Dziennik Teatralny Kraków
20 maja 2015

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia