Sztuka kondensacji

"Sędziowie" - reż. Anna Augustynowicz - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie - 2023-01-20

Anna Augustynowicz nie zwalnia tempa. Po pamiętnym, obsypanym nagrodami, w tym im. Konrada Swinarskiego, „Odlocie" Zenona Fajfera, wystawionym na pożegnanie znaczącej, artystycznie wyjątkowej i spełnionej dyrekcji w szczecińskim Teatrze Współczesnym, reżyserka postanowiła sięgnąć do Wyspiańskiego, inscenizując „Sędziów", w jednym z najciekawszych repertuarowo polskich teatrów, gnieźnieńskim Fredrze. Wyspiański to esencja polskiego sumienia. Narodu i teatru. Jednostek i wspólnoty.

To istota nieustannych pytań o sens życiowych wyborów, ich konsekwencji i ceny. Pytań rzucanych widowni w twarz, tyleż prostych, co prowokujących, w dobrym, uczciwym uzusie tego słowa, takich, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Dylematów, z którymi każdy musi poradzić sobie sam, choć bywa, że z życzliwą, dyskretną pomocą reżysera/ki, odpowiednio wyważających interpretacyjne proporcje.

Tak właśnie jest w Gnieźnie. Inscenizacja jest doskonale dopełniona, poczynając od scenografii Marka Brauna, współpracującego z Anną Augustynowicz od wielu lat. Oszczędnej, wyrazistej, składającej się z podestu, wyrastającej zeń ściany, będącej jednocześnie pełnowymiarowym ekranem do projekcji video, dwóch na stałe, znacząco zamkniętych drzwi, kilku zydli i stolarskiego warsztatu, w finalnej scenie służącego za mary, tworzących przestrzeń otwartą i zamkniętą jednocześnie, bez oczywistego kontekstu, niejako poza czasem, jak w rytmie i wymowie dramatu. Malarskiej urody są projekcje wideo Wojtka Kapeli, realizowane w czarno-bieli, szarości, często zwalniane w toku akcji, znakomicie podkreślające wagę scen, jakże gęstych od znaczeń, wciśniętych w dychotomię dobra i zła.

Gnieźnieńska inscenizacja jest perfekcyjna od strony reżyserskiej. Anna Augustynowicz wydobywa z tyleż kameralnej w formie, co gigantycznej w mocy przesłania późnej tragedii Czwartego Wieszcza, esencję myśli i sedno znaczeń. Osnową narracji jest nieledwie lunatyczny korowód jednostek zatopionych trochę w transie, trochę w tańcu. Przechodniów, postaci w bieliźnie, jeszcze niewinnych, gotowych do wejścia w kostiumy uczestników ważkich etycznie scen, w które reżyserka wprowadza je z tła, tuż przed decyzją po jakiej stronie się opowiedzą. Stawających do próby i stających się, bądź nie, ludźmi w pełnym znaczeniu tego słowa. Stwarzanych przez, lub stwarzających dobro i zło. Scen, dodajmy, najistotniejszych, rudymentarnych z punktu widzenia etyki wartości. Szczególnie w czasach, gdy prawo, bo przecież konflikt między prawem stanowionym i moralnym to zaczyn i sens dramatu, jest traktowane utylitarnie, uprzedmiotawiane, dopasowywane do woli i potrzeb silniejszych. Jednostek, tu Samuela, ale i grup, szczególnie politycznego autoramentu. W czasach, w których brak wstydu, a liczy się tylko bezwzględna skuteczność. Najmocniejsza ze scen, w tonacji smutnawej groteski, jest właśnie o tym. Sędziowie – Aniołowie, w uskrzydlonych bielą czarnych kostiumach, w ciemnych okularach, sprawują szeptaną i szemraną sprawiedliwość, jej skorumpowaną karykaturę. Mają otwarte uszy i kieszenie, zamknięte serca i umysły, bezprawie i niesprawiedliwość jest ich manifestem, a mafijna dintojra metodą, gdy mechanicznie mamrocą: „niby tego" i „ta co". Nikt się nie sprzeciwia, tylko Joas, w obliczu krzyczącej niesprawiedliwości i manipulacji, ma odwagę oskarżyć rodziciela, płacąc za to cenę oczywistą dla tak wrażliwego człowieka, niemogącego już czcić ojca swego.

Aktorsko przedstawienie jest, co przecież nieczęsto się zdarza, bardzo równe. Ale na tym przede wszystkim polega reżyserska perfekcja, że nie ma w tej materii słabych punktów. Duże brawa należą się wszystkim, choć należy pokreślić rzadką koincydencję. Premiera u Fredry to sceniczny debiut ubiegłorocznej absolwentki Akademii Teatralnej w Warszawie – Katarzyny Lis, debiut i dyplom jednocześnie Dominika Rubaja, tu w roli Natana, studenta ostatniego roku w Zelwerowiczu oraz setna teatralna rola i jubileusz 35. lat na scenie Rolanda Nowaka – Samuela. Godne debiuty i takiż jubileusz. Trzeba też dodać, że Joas jest w Gnieźnie kobietą, a wrażliwość tej najtragiczniejszej z postaci znakomicie uwypukla Weronika Krystek, ubiegłoroczna absolwentka Akademii Sztuk Teatralnych z Krakowa.

Anna Augustynowicz świetnie buduje teatralny supsens, najważniejsze zostawiając na koniec. Finałowe sceny – samotności Samuela w obliczu zła wyrządzonego, ceny, którą przyszło mu za to zapłacić, zapierają dech. Człowiek który, jak jemu i innym się zdawało, miał i mógł wszystko, znienawidzony przez swoich i obcych, próbujący wyręczać boską i ludzką sprawiedliwość, wreszcie zdaje sobie sprawę z immanentności zła, które staje się bezustannie, podstępnie, dyskretnie, niepostrzeżenie i nieznacznie, podążając odwiecznie wydeptaną ścieżką. Metafizyczny wymiar winy i kary dobitnie wybrzmiewa w pełnych łez oczach ojca, bolejącego nad stratą ukochanego dziecka, rozpaczliwie próbującego cofnąć czas, gdy mówi:
„Ty nie umieraj. Tyś jest Mozart,
tyś jest Rubinstein, tyś jest Joachim.
Ty nie umieraj, tyś jest tysiące tysięcy.
Ty skarb, ty mój skarb, ty pałace, ty raj,
ty Eden - ty żyj.".

Rozumiejąc już, że słowa Jewdochy, pierwszej ofiary jego pychy: „co się stało, już się nie odstanie", właśnie stały się ciałem, i będą się stawać, gdy sami chcemy być sędziami, lamentującego wreszcie ustami Feigi (Katarzyna Kalinowska), przejmująco wyśpiewującej modlitwę za zmarłych. To wielki teatr, wciska w fotel, zostaje w nas długo po wyjściu.

Anna Augustynowicz stworzyła przedstawienie, a może słuszniej byłoby rzec: doświadczenie doskonałe. Dotykające spraw nieuchronnie nabrzmiewających, niedających łatwej wiary. W cokolwiek. Jest tam i konflikt pokoleń, rozczarowanie religią i jej patriarchalnym wymiarem, zawód ziemskimi instytucjami i porządkiem, jest otchłań powiększającej się rany w naszych duszach, w czas, gdy nadzieja dogorywa, stary porządek się wali, i nikt nie wie co zrobić na jego gruzach. To kapitalnie skondensowana metafizyka przesłania i ducha Wyspiańskiego, ale i esencja współczesności. Geniusz tekstu styka się tu z adekwatnym odczytaniem, słowa padające ze sceny są tyleż ważne jak to, co dostrzeżemy poza słowami. A proporcje znaczeń są idealne. Nieodparcie przywodzi to na myśl próby Kantora. Może nie umarłą, ale umierającą klasę, w kolejny czas rozpadu.

Maestria.

Tomasz Mlącki
Dziennik Teatralny Warszawa
25 stycznia 2023

Książka tygodnia

Bieg po linie
Wydawnictwo MANDO
Maria Malatyńska, Jerzy Stuhr

Trailer tygodnia