Sztuka porażki

"Dead Girls Wanted" - reż. Wiktor Rubin - Teatr Zagłębia w Sosnowcu

Zaczyna się od filmu. Najpierw w pierwszy odcinek "Miasteczka Twin Peaks", w scenę odnalezienia zwłok Laury Palmer, wmontowane zostaje ujęcie, na którym zamiast grającej denatkę Sheryl Lee widać Jolantę Janiczak. Potem w filmowym kolażu Marka Kozakiewicza dramaturżka pojawiać się będzie w makabrycznych pozycjach, realizując społeczną fantazję na temat martwych kobiet. Fantazję, którą wyartykułował przywoływany na samym początku przedstawienia Edgar Alan Poe: "Nie ma bardziej poetyckiego tematu niż śmierć pięknej kobiety". Scena jest prawie pusta - z góry zwisają srebrne kokony, przywodząc myśl, że znajdują się w nich martwe ciała.

"Dead Girls Wanted" Jolanty Janiczak i Grzegorza Stępniaka w reżyserii Wiktora Rubina z Teatru Zagłębia w Sosnowcu to spektakl o sześciu kobietach i ich śmierciach - faktycznych lub wyimaginowanych. Oprócz Nastazji Filipownej (Beata Deutschman), bohaterki "Idioty" Dostojewskiego, na scenie są Whitney Houston (Łukasz Stawarczyk), Amy Winehouse (Magdalena Celmer), Anna Nicole Smith (Karolina Staniec), Britney Spears (Małgorzata Saniak) i Lindsay Lohan (Agnieszka Kwietniewska). Sześć kobiecych postaci i sześć monologów.

Trochę nie pasuje Nastazja Filipowna. Owszem, wpisuje się w fantazję o śmierci kobiety, jednak w zestawieniu z pozostałymi bohaterkami, ikonami końca dwudziestego wieku, ta postać nie rezonuje. Beata Deutschman mówi o Dostojewskim, o literaturze, która stworzyła wszystkie te damy kameliowe i utrwalała wizerunek wyestetyzowanych martwych kobiecych ciał. To prawda - i świadczy o tym też cytat z Poego - motyw nie jest nowy, jednak śmierć młodych kobiet w czasach późnego kapitalizmu znaczy jednak coś innego, nabiera nowych sensów. Historie pozostałych - od Whitney Houston po Lindsay Lohan - to bowiem nie tylko historie śmierci, lecz także - a nawet przede wszystkim - historie osobistych i zawodowych klęsk. Historie porażek poniesionych w kapitalistycznym świecie.

Porażka - twierdzi Jack Halberstam w "Przedziwnej sztuce porażki" - może być skuteczną strategią oporu. Kapitalizm, bowiem, w którym wartością zawsze jest zysk, premiuje sukces. Nawet jeśli - a zawsze przecież tak jest - odnosi się go za cenę czyjejś porażki; ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny wygrał. Przegrani - powtarza za "Born Losers" Scotta Sandage'a Halberstam - nie mają swojej historii. Porażki odbywają się w ciszy, podczas gdy historie sukcesów są nieustannie powtarzane przez zwycięzców. Co więcej, historie sukcesów są przedstawiane jako jedyne możliwe i właściwe scenariusze. Historie sukcesów tworzą społeczną normę, porażka siłą rzeczy zawsze więc będzie działaniem nienormatywnym. I źle widzianym przez społeczeństwo. O ile sukces i mówienie o nim należy do porządku publicznego, porażki przeżywa się prywatnie - w samotności, w mieszkaniu, w łazience.

Martwe kobiety z przedstawienia Rubina to nie tylko wyestetyzowane, okaleczone ciała, w pozycjach demonstrowanych przez Jolantę Janiczak w otwierającym spektakl filmie. To przede wszystkim ciała, które znikają z widoku, takie które unikają spojrzeń. Ciała izolujące się od innych, naszprycowane narkotykami i opuchnięte od alkoholu.

Tak jak ciało Whitney Houston. Grający amerykańską gwiazdę Łukasz Stawarczyk opowiada historię jej klęski. "To wspaniałe", "to cudowne", "jestem wdzięczna" - zaczyna, by dalej mówić o koszmarze: o mężu sprowadzającym do domu prostytutki, o wyniszczeniu organizmu kokainą, o tym, jak zaczęła tracić głos. Każdy, kto widział film Kevina Macdonalda "Whitney" (2018), wie, jak żyła - mieszkająca w łazience, właściwie nietrzeźwiejąca. Stawarczyk opowieść o klęsce ciągnie dalej i mówi też o sobie - nie miał tyle szczęścia, ile Małgorzata Gorol czy Bartosz Gelner w Warszawie i wylądował w Sosnowcu.

Historia Amy Winehouse jest podobna. Magdalena Celmer w swoim monologu mówi przede wszystkim o uzależniającej i niszczącej miłości. Gorszej niż narkotyki, choć i te były przecież udziałem jej bohaterki. Ten trudno zauważalny moment, gdy z artystki odnoszącej sukces Amy Winehouse staje się postacią porażkową, jest dla tego monologu kluczowy; kiedy traci nad sobą kontrolę i przestaje panować nad swoim życiem. "Moi rodzice - mówi aktorka - myślą, by wysłać w trasę mój hologram" - ten zaczynałby występ o czasie, a przede wszystkim gwarantował, że się odbędzie, inaczej niż piosenkarka, która od pewnego momentu notorycznie zawalała zawodowe zobowiązania. Monolog Magdaleny Celmer to - znów - tyleż opowieść o niszczącym uzależnieniu, ile o tym, jak działa kapitalizm i na czym polega odniesienie w kapitalizmie sukcesu.

Anna Nicole Smith uciekła od kurczaków z rusztu - wyjechała z Teksasu i chciała być jak Marylin Monroe. Xanax popijany szampanem dawał jej poczucie szczęścia. Taka była bohaterka Karoliny Staniec, a sceny w których opowiada o niej nagrywane są w supermarkecie. W koszyku jest wszystko, bo ją stać. Zarobiła na to wszystko pokazując swoje ciało, więc teraz upaprana bitą śmietaną, musztardą, keczupem, zagryzając zdjętymi z półki ogórkami kiszonymi popija to wszystko prosecco. To jedna z najbardziej przejmujących porażek w sosnowieckim spektaklu - Anna Nicole Smith nie ma już żadnych granic, może być w jednym momencie śmieszna, żałosna, żenująca. Przegrała, więc może już wszystko, nie musi się pilnować.

Britney Spears, postać Małgorzaty Saniak, oczywiście żyje. Choć redakcje mają w szufladach materiały okolicznościowe, gdyby umarła. Bo to prawdopodobne, bo Britney Spears to także postać porażkowa, z dużym potencjałem autodestrukcyjnym. Któregoś dnia może coś przedawkować albo najzwyczajniej w świecie podciąć sobie żyły. Taki jest przecież scenariusz działania porażkowych kobiet.

Na koniec wchodzi Agnieszka Kwietniewska. Wspina się na drabinę. Występuje jako Lindsay Lohan, której jedynym sukcesem w życiu okazała się sesja dla "Playboya", w której była ucharakteryzowana na Marylin Monroe. Wchodzi na drabinę i mówi do kamery umieszczonej na szczycie. Mówi to, co pozostałe, o tym, jak się nie udało, na koniec jednak zdejmuj urządzenie - nie ma już patrzącego z góry i osądzającego oka. Zabiera pozostałe na wycieczkę. Stają jeszcze z tyłu sceny na drewnianych pieńkach trzymając się za ręce - to jednak żadna wspólnota przegranych, to po prostu kolejna przegrana, bo kto uwierzy w taki happy end. Żadnego happy endu nie ma - wszystkie bohaterki na koniec starają się jeszcze wypuścić w powietrze martwego wypchanego ptaka. Doczepiają kolejne balony z helem, lecz wszystko na nic. Ta próba także musi skończyć się porażką.

"Aplauz" - tym słowem kończy się każdy monolog. Tak jakby aktorki same musiały dopominać się o uznanie; prosić widzów o brawa. To znów logika porażki, która każe wymuszać nawet drobne wyrazy uznania. Sosnowiecki spektakl bada porażkowość na wielu poziomach. W zasadzie - robiono z tego zarzuty - trochę nie wiadomo czy to teatr, czy raczej instalacja z sześcioma monologami. Jeśli tak, to się udało i "Dead Girls Wanted" nie spełniają oczekiwań związanych z teatrem repertuarowym w Polsce. To działanie jakby wyłamujące się z obsesyjnej logiki sukcesów, którymi mają być kolejne premiery, kiedy - wbrew opanowanej przez dyrekcje teatrów retoryce - nie liczą się próby, spotkania, wspólne myślenie, lecz liczy się właśnie efekt i związane z nim uznanie - widzów, krytyki, gremiów jurorskich. To działanie wyłamujące się także z logiki kapitalizmu, który w polskim teatrze jest obecny.

O kapitalizmie w teatrze mówił w rozmowie dla "Dialogu" Michał Kotański. Dyrektor kieleckiego Teatru im. Żeromskiego stwierdzał również, że "Spektakle Rubina - jeśli chodzi o scenografię - są naprawdę tanie". Tak było chyba też w Sosnowcu. W "Dead Girls Wanted" twórcy ostentacyjnie odrzucają sprawdzone języki teatru, sprowadzając w przedstawieniu sytuację teatralną do filmu i sześciu monologów. To ryzykowny ruch i może on zostać uznany za porażkę - recenzje po spektaklu były zresztą raczej wstrzemięźliwe. Jeśli jednak Halberstam ma rację, może właśnie udało się przełamać narrację - obecną nie tylko w kapitalizmie - zwycięzców o własnych zwycięstwach. Siłą "Dead Girls Wanted" jest właśnie słabość.

Lecz i tu oczywiście jest ryzyko. Kapitalizm jest w stanie zmonetyzować wszystko, także porażkę. O ile bliskie jest mi przekonanie Halberstama, że porażka jest błędem w kapitalistycznym algorytmie, o tyle jestem sceptyczny, gdy idzie o skuteczność tej strategii oporu. Film "Whitney" w popremierowy weekend zarobił prawie milion trzysta tysięcy dolarów. Prawie tyle, ile bohaterka w ciągu trzech lat wydała na kokainę.

Piotr Morawski
e-teatr.pl
9 maja 2019
Portrety
Wiktor Rubin

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia