Sztuka (z) umierania

"Osąd" - reż. Jerzy Kalina, Leszek Mądzik, Paweł Passini - Wrocławski Teatr Pantomimy

Najpierw dosłowne, bardzo wąskie przejście pomiędzy ciemnymi kotarami, mdłe, irytujące światło żarówki ledwie rozświetlające niewielką podwyższoną widownię i pokryte ciemną tkaniną ściany Starej Auli KUL. Szum wody i odgłos spadających kropel towarzyszą wolnemu gaśnięciu żarówki. Absolutna ciemność zmusza zmysły do dostrojenia się do języka Mądzikowego teatru. Po chwili półmroku można dostrzec postać zanurzającą dłonie w źródle, z tej wilgoci rodzi się kolejny spektakl Sceny Plastycznej KUL

„To jest spektakl o czasie” – mówił Leszek Mądzik przed premierą i aby przybliżyć jego naturę, odwrócił bieg wydarzeń. Pokazał ludzkie życie od końca, spoglądając z perspektywy grobu, kolejny raz podjął się próby zamknięcia w obrazach tajemnicy miłości, wiary, świętości i oczywiście śmierci. Nad źródłem pojawia się zatem ciemna postać z wagą w dłoni – echo środkowej części tryptyku Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, który stanowił inspirację przygotowanego przez twórcę Sceny Plastycznej KUL, razem z Jerzym Kaliną i Pawłem Passinim, spektaklu Osąd we Wrocławskim Teatrze Pantomimy. Później rozlega się szelest rozsuwających się powłok i w dwu – tym razem, w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych spektakli, ułożonych poziomo – prostopadłościanach zaczynają pojawiać się oznaki życia. Ich wierzch wybrzusza się, drga, wysypują się kulki, a po odsłonięciu wnętrza prostopadłościanów-trumien spośród glebopodobnych brył zaczynają wydobywać się dwa młode ludzkie ciała szukające ze sobą kontaktu.

Na to wszystko Mądzik każe widzom patrzeć z góry, stopniowo odsłaniając kolejne warstwy ludzkiego losu. To spojrzenie w dół potęguje podczas spektaklu poczucie zaglądania do wnętrza grobu, w głąb tajemnicy życia ukrytej w cmentarnej ziemi. W jednym z wywiadów reżyser opowiadał o niezwykłym nagrobku dwojga młodych ludzi, w którym zmarli byli ułożeni wobec siebie stopami, tak by zaraz po zmartwychwstaniu mogli się objąć. Oglądając w Przejściu wyłaniające się z ziemi ciała dwojga aktorów, odnosi się właśnie takie niezwykłe wrażenie zderzenia powstania z martwych, aktu na co dzień zamkniętego w dogmacie, z miłością, dotykalną, a jednocześnie absolutnie czystą, wolną od pożądania. Nagie postacie Mądzika szukają ze sobą kontaktu, wyciągają dłonie, by przez chwilę się dotknąć, ale nie ma w tym niczego, co mogłoby się skojarzyć z płaskim erotyzmem. Widz staje się świadkiem subtelnego spotkania w półmroku blado-szarych ciał, wyglądających jakby były pokryte patyną i pokazywanych przez Mądzika w taki sposób, że przypominają ciała malowane przez średniowiecznych mistrzów.

Po tej wspólnie spędzonej chwili zmarli powracają do swoich pudeł-trumien, które zamykają się z delikatnym szelestem. Zaczynają one wolno odjeżdżać w głąb sceny, ledwie widoczny szary kształt oddala się, a widz ma wrażenie, że unosi się on w górę. Czy to powrót do źródła, czy początek nowej drogi – tego Mądzik już nie dopowiada. Temu wszystkiemu towarzyszy niezwykła muzyka Tomasza Stańki. Jasny dźwięk jego trąbki w pewnym sensie rozświetla mroki towarzyszące Przejściu. Zresztą to właśnie muzyka buduje w spektaklu dramaturgię – w momentach największego napięcia trąbce zaczyna towarzyszyć fortepian, który milknie w miarę „odchodzenia” postaci i kształtów.

Temu „odchodzeniu” jak zawsze Mądzik przygląda się niezwykle wnikliwie, kolejny raz roztrząsa swoje tematy, którymi od 1969 roku wypełnia, jak sam mawia, swoje jedno przedstawienie. Wydawać by się mogło, że po pokazanej w pełnym świetle Bruździe Scena Plastyczna KUL podąży w inną stronę, tymczasem Mądzik wrócił w swój mrok. Zamiast zmagającego się z oporem materii, pchającego taczkę demiurga, co siłą rzeczy musiało nasycać przesłanie spektaklu ironią, znów mamy do czynienia z sekwencją poetyckich obrazów próbujących dotknąć prawdy o człowieku. Przejście przynosi jednak istotną zmianę – w porównaniu z poprzednimi spektaklami główna oś konstrukcji przestrzennej zmienia się z horyzontalnej na wertykalną. „Po raz pierwszy patrzę w dół” – mówi Mądzik, a przestrzeń otwartego grobu sprawia, że wymowa spektaklu nabiera dodatkowego egzystencjalnego ciężaru.

Na plakacie spektaklu reżyser umieścił rzeźbę z paryskiego cmentarza Père-Lachaise – ukazującą w niezwykle zmysłowy i bardzo dramatyczny sposób umierającą młodą kobietę. W Przejściu mamy do czynienia właśnie z takim zestawieniem: urody i młodości – z przemijaniem i śmiercią. Pomimo zanurzenia w ziemi pojawiające się w spektaklu postacie pozostają czyste, pokrywa je co prawda kurz przemijania, ale ich nagość wolna jest od wszelkich seksualnych skojarzeń. I tu Mądzik wyraźnie staje w opozycji do tego, co dominujące we współczesnym teatrze, i zamiast panującego zwykle na scenach mniej lub bardziej twórczego chaosu pokazuje fragment uniwersum, ulotnego co prawda i pozostającego na granicy widzialności, ale jednak niezwykle mocno przemawiającego do wyobraźni. I ciekawe, że jest to odwrotnie proporcjonalne do siły i jaskrawości zastosowanych teatralnych środków. „Wydaje mi się, że człowiek najprawdziwszy jest nagi” – mówi. „Jest święty nagością. Ale jednocześnie dzisiaj nagość jest niebezpiecznie czytana, filtrowana przez pornografię, erotykę, biologię. Nagość jest nadużywana, tak robi wielu znanych reżyserów z braku zrozumienia istoty człowieka”.

Chrześcijańska antropologia Sceny Plastycznej KUL łączy cielesność ze świętością, śmierć ze zmartwychwstaniem, jednocześnie jednak dojmujące wizje zawarte w jej spektaklach dalekie są od łatwego optymizmu. Oglądając Przejście, trudno było oprzeć się wrażeniu, że oto ogląda się coś, co być może stanowi współczesny odpowiednik średniowiecznej ars moriendis, a Mądzik jest jednym z niewielu, którzy wciąż wiedzą, jak z umierania zrobić sztukę.

Jarosław Cymerman
Teatr
10 stycznia 2011

Książka tygodnia

Słownik biograficzny teatru polskiego, tom III: 1910-2000
Instytut Sztuki Polskiej Akademii Nauk,
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia