Szturm na twierdzę Wagnera

Bayreuth Festivalspiele 2018

Piotr Beczała i w drugim szeregu Tomasz Konieczny triumfują na festiwalu przechodzącym przemiany. Przyjechał, uratował, zwyciężył - tak można najkrócej powiedzieć o debiucie Piotra Beczały w świątyni Richarda Wagnera w Bayreuth. Polski artysta zgodził się w nagłym zastępstwie zaśpiewać tytułową partię w "Lohengrinie", a teraz zbiera same pochwały.

Siła i ciepło

Rzadko zdarza się kreacja oceniona tak jednoznacznie entuzjastycznie: "głos pełen siły, lekkości i szarmu", "śpiewa jak włoski tenor", "pełen ciepła", "perfekcyjny". To tylko kilka fragmentów z różnojęzycznych recenzji. Od siebie mogę dodać, że zachwycająca jest u Piotra Beczały naturalność, mająca istotne znaczenie w interpretacji muzyki Wagnera. To ona nadaje jej prawdy, sprawia, że bohater "Lohengrina" staje się bardzo ludzki.

Od głośnego debiutu w tej roli w Dreźnie w 2016 r. polski tenor pogłębił spojrzenie na nią, docyzelował każdą frazę. I nie będzie przesady w stwierdzeniu, że zdominował premierę w Bayreuth. Taki debiut Polaka w twierdzy Wagnera i w otoczeniu niemal wyłącznie niemieckich gwiazd ma znaczenie nie tylko prestiżowe. Jest potwierdzeniem artystycznej rangi Piotra Beczały.

Na trudniejszej pozycji stał także debiutujący w Bayreuth Tomasz Konieczny. O ile Lohengrin jest postacią wieloznaczną, o tyle Telramund bywa traktowany jak typowy czarny charakter, któremu pojawienie się Lohengrina krzyżuje plany przejęcia władzy. Tak też spojrzał reżyser Yuval Sharon, choć polski śpiewak starał się wokalnie różnicować swą postać, inscenizatora chyba Telramund niezbyt interesował.

O Tomaszu Koniecznym "The Times" napisał, że potraktował swego bohatera wodzowsko, inni recenzenci podkreślają siłę jego głosu i dykcji, ale dla publiczności w Bayreuth najważniejsi są niemieccy soliści. Przede wszystkim legendarna Waltraud Meier, która po 18 latach powróciła triumfalnie na festiwal (w 2000 roku wyjechała stąd po kłótni z wnukiem kompozytora, Wolfgangiem). Nadal zachwyca znakomitą formą wokalną jako złowroga Ortrud.

Podobnego entuzjazmu nie da się wykrzesać w stosunku do Anji Harteros w roli Elsy, ukochanej Lohengrina, której głos zbyt często ma nieładne, płaskie brzmienie. Ale to dziś niemiecka gwiazda numer jeden, rodacy ją uwielbiają. A cudzoziemcy zazwyczaj mają w Bayreuth trudniej, tym większa waga sukcesu Piotra Beczały.

Łagodnie potraktowano zaś pierwszego Amerykanina reżyserującego w Bayreuth, ale Yuval Sharon też przyjechał tu w zastępstwie za słynnego Alvisa Hermanisa. Otrzymał też gotową koncepcję plastyczną spektaklum autorstwa wybitnych artystów niemieckich, Neo Raucha i Rosy Loy.

Ten "Lohengrin" jest rzeczywiście bardzo malarski, z dominującą gamą odcieni niebieskiego. Kiedy tajemnicze, gigantyczne pejzaże przemieniają się w wizualizacje, efekt bywa intrygujący. W tym wysmakowanym estetyzmie brak jest jednak miejsca na prawdziwie ludzkie emocje.

39-letni Yuval Sharon, o ciekawym dorobku teatralnym i niewielkim operowym, próbował jednak realizować własną koncepcję "Lohengrina". Spojrzał inaczej na romantyczną opowieść rycerską, średniowieczną Brabancję uznał za kraj ciemnoty. Mamy tu fundamentalną dla Wagnera opozycję mroku nocy i słonecznego dnia, ale Lohengrin nie jest rycerzem Świętego Graala. Pojawia się, by dać tej krainie światło. Gdy zdobywa ukochaną, w błękit nocy zaczyna się wdzierać pomarańczowy blask. Tyle tylko, że Elsa nie zamierza podporządkować się Lohengrinowi.

Trudne rozliczenia

Bunt Elsy jest obecny w dramacie Wagnera, ale w ujęciu Yuvala Sharona, choć rozgrywanym w baśniowo wystylizowanych kostiumach, "Lohengrin" nabiera on cech feministycznych. Tak zwłaszcza analizują spektakl krytycy amerykańscy. Ten ewidentnie lewicowy punkt widzenia reżysera nie sprzyja inscenizacji. A przecież warto spojrzeć na nią jako kolejny dowód przemian zachodzących w Bayreuth. Obecna dyrektorka festiwalu, prawnuczka kompozytora Katharina Wagner, przestaje zważać na wciąż dominujący w Niemczech teatr reżyserski, nakazujący wszystko uwspółcześniać i aktualizować. Po klęsce tak potraktowanego w Bayreuth na dwustulecie urodzin kompozytora "Pierścienia Nibelunga" - kolejne premiery hołdują innej estetyce. Wszystkie jednak próbują inaczej interpretować dzieła Wagnera.

Można w ten sposób osiągnąć zaskakujące rezultaty. Powracająca po roku inscenizacja "Śpiewaków norymberskich" została teraz przyjęta tak entuzjastycznie, iż wydawało się, że szał publiczności rozsadzi ściany zabytkowego festiwalowego teatru. Reżyser Barrie Kosky, który o sobie mówi "australijski Żyd i gej", nie uciekł od najtrudniejszego problemu obciążającego "Śpiewaków norymberskich" - ulubionej opery Hitlera i demonstracji potęgi niemieckiego narodu, jak postrzegali tę operę naziści. W tym spektaklu jest wszystko: zapisana w libretcie opowieść z XVI-wiecznej Norymbergi, życie Wagnera i jego bliskich, historia Niemiec ze złowieszczym wizerunkiem Żyda z hitlerowskich gazet i procesem norymberskim. Nie ma rażącej dosłowności, wszystko splata się w umowną, piekielnie precyzyjnie wyreżyserowana całość.

Ważny jest też finał, w którym Hans Sachs, bohater "Śpiewaków norymberskich" monolog o sile niemieckiej sztuki wygłasza na tle współczesnej orkiestry i chóru. Bo muzyka jest nieprzemijającą wartością. Kiedy zaś słucha się rewelacyjnego chóru, znakomicie grających muzyków pod wodzą Philippe'a Jordana ("Śpiewacy norymberscy") lub Christiana Thielemanna ("Lohengrin") jesteśmy pewni, że Barrie Kosky udzielił Niemcom i światu mądrej lekcji.

Jacek Marczyński
Rzeczpospolita
31 sierpnia 2018

Książka tygodnia

Zimowa opowieść. Przepaść czasu
Wydawnictwo Dolnośląskie
Jeanette Winterson

Trailer tygodnia