Szybciej na śmierć

"Dziecię Starego Miasta" - reż. Cezary Studniak - Teatr WARSawy

To zawsze byt polski problem. Od chwili utraty niepodległości wciąż stawało pytanie: bić się czy nie bić.

Wkrótce, jak podejrzewam, przeżywać będziemy falę pełnych zachwytu opowieści o zwycięstwie powstania warszawskiego. Kreatorzy nowej polityki historycznej z zapałem wbijają młodym i starym do zakutych łbów* że powstanie było piękne i nie zważają na tak drobne fakty, jak nieodpowiedzialne (to najłagodniejsze określenie) decyzje dowództwa AK, za które Anders gotów był stawiać dowódców pod sąd, hekatombę Warszawy, wyniszczenie młodej inteligencji polskiej. Zamiast tego proponują rozmaite gry rekonstrukcyjne po ulicach stolicy ku chwale oręża.

Na szczęście teatr tego zakłamania nie może znieść. Krzysztof Kopka napisał niedawno w felietonie opublikowanym na portalu teatralny.pl; "kiedy polska szkoła była w rękach zaborców, teatry nie wahały się i stały katedrą, z której starano się wykładać historię. Dziś jesteśmy w podobnej sytuacji. I teatr powinien się podobnie zachować".

Spektakl, który nieoczekiwanie pojawił się na afiszu staromiejskiego Teatru WarSawy, wykorzystujący obrazek Józefa Ignacego Kraszewskiego "Dziecię Starego Miasta", dowodzi, że teatr to zadanie dobrze rozumie.

Kraszewski demaskator

Kolejne upadłe powstania, rewolty pośpiesznie i bez przygotowania wszczynane więcej przynosiły ofiar niż pożytku. Przestrzegali przed nieprzemyślanym działaniem tym światli obywatele i poeci tacy jak Norwid, ale w gorących głowach wciąż tkwiło romantyczne zarzewie rewolty. Z tej atmosfery, którą portretuje Kraszewski, wykluło się powstanie styczniowe, zakończone krwawo i dla umiarkowanych resztek wolności w zaborze rosyjskim zabójcze. O tym rosnącym podnieceniu opowiada Kraszewski, odwołując się do udokumentowanych faktów. Proza to nietęga, anachroniczna i pisana w pośpiechu, bez szczególnego starania o artystyczny wyraz, ale stosunkowo wiarygodna. Prawie jak reportaż. Czyta się to dzisiaj z niejakim oporem, zwłaszcza że przesłanie utworu trąci patriotyzmem już mocno spłowiałym.

Toteż ze zdumieniem graniczącym z niedowierzaniem przyjąłem wiadomość, ze w Teatrze WarSawy czeka nas premiera przedstawienia opartego na tym właśnie papierowym, mocno przestarzałym tekście Kraszewskiego. Po co sięgać po utwór tak niewydarzony? Spodziewałem się nudnej, słusznej piły. Ale miało się okazać, że rację mieli twórcy tego przedstawienia, którzy w tekście Kraszewskiego znaleźli nieoczekiwanie trwale dyspozycje ideowe, z zapałem kultywowane 150 lat później, jakby były odkryciami z ostatniej chwili. Kraszewski stał się demaskatorem anachronizmu myślenia dzisiejszych tzw. elit politycznych. Pewnie to wynika z celowo wytworzonej tęsknoty za cierpieniem w imię ojczyzny, czego między innym świadectwem są liczne zabawy rekonstrukcyjne, zwłaszcza klęsk narodowych, a także wpajanie młodym przekonanie, że nie maisz nic piękniejszego, niż umrzeć za kraj i wiarę w kwiecie wieku. A skoro dzisiaj mało po temu okazji, to przynajmniej pomarzyć warto.

Od pogrzebu do pogrzebu

U Kraszewskiego powieść zaczyna się od pogrzebu generałowej. Trumnę ze zwłokami wdowy po generale Sowińskiej, legendarnym obrońcy szańców na Woli, nieśli na ramionach warszawiacy od ulicy Królewskiej aż za rogatki wolskie, na cmentarz kalwiński. Był wśród nich, jak pisze Jan Józef Kraszewski, Franek Plewa, student malarstwa, bohater jego powieści-obrazka z życia, dokumentującego wypadki warszawskie przed wybuchem powstania styczniowego, manifestacje patriotyczne, szarże Kozaków, tłumy na ulicy Freta, Starym i Nowym Mieście. Można więc powiedzieć, że Teatr WarSawy sięgnął po legendę domową - scena mieści się przy Rynku Nowego Miasta, w dawnym kinie Wars, w miejscu, które było teatrem wypadków z początków lat 60. XIX wieku, poprzedzających wybuch powstania styczniowego.

Trudno więc było wymarzyć miejsce bardziej sposobne do teatralizacji tej powieści, ale zarazem trudno było sobie wyobrazić przeniesienie obrazka Kraszewskiego na scenę. Naskórkowość tego tekstu, będącego zapisem sloganowych haseł epoki, przepojonych wiarą w sens ofiar i cierpiętnictwa, to raczej mało zachęcający materiał dla dzisiejszego teatru. A jednak! Okazało się, że te zastygłe wzorce patriotyzmu i Polski katolickiej brzmią zgoła drapieżnie w czasach zafascynowanych patrzeniem do tyłu i poszukiwaniem drogowskazów w przebrzmiałych, zwiędłych sporach.

Słucham dialogu i rozmów toczących się na scenie i wierzyć się nie chce, że to słowa wyjęte wprost z tekstu Kraszewskiego, że adaptator nic tu prawie nie dopisuje, tylko przepisuje nieco, bo warszawiacy występują w dzisiejszych kostiumach, a nie tych sprzed półtora wieku, co tym bardziej podkreśla dziwactwo myślenia wydawałoby się już dawno przezwyciężonego.

Zaglądam do tekstu Kraszewskiego i znajduję taki fragment dialogu Matki i Syna:

"- Nie bylibyście chcieli iść na cmentarz pewnie, a gdybyście i poszli, mielibyście niepokój na sumieniu.

Staruszka pokiwała głową.

- Generałowa Sowińska luterka! A byłoż ludu na pogrzebie?

- Całe miasto!

- No, poszli oni dla jej cnoty, nie dla wiary...- szepnęła kobieta.

Chłopak, gdy te słowa usłyszał, podbiegł i pocałował ją w ręce.

- Matuniu, złote słowa twoje! Cóż człowiek winien, jeśli się w innej wierze urodził, a Pan Bóg go nie oświecił? A jeśli z tą wiarą żyje poczciwie i...

- No, no! Tylko ty po swojemu nie rozumuj - przerwała matka. - Żeście na luterski pogrzeb poszli, może tam tak dalece złego nic nie ma... ale co do wiary naszej świętej katolickiej, ani słowa! Ani słowa!".

Gorzka ironia

Brzmi to na scenie ironicznie, groteskowo, także za sprawą figury Matki Boskiej (Matka Boska Dolorosa Varsoviensis), którą portretuje z niebywałym talentem komediowym Małgorzata Rożniatowska. To Matka Boża rutynowo nurzająca się w fanatycznych śpiewankach, ogórkach kiszonych (z zapałem je podjada), odpustowych dekoracjach, migoczących lampkach. Trochę znużona, ale wciąż zagrzewająca do ofiar i wyrzeczeń w imię świętej wiary i honoru Polski. Na koniec ten wizerunek niespodziewanie się zmienia, kiedy Rożniatowska zaśpiewa czystym tonem patriotyczną dumkę, pełną smutku i nostalgii, już bez tromtadracji i cierpiętniczych motywacji.

Mocną kreację w tym śmiałym przedstawieniu daje również Jolanta Olszewska jako oszalała patriotycznie matka, marząca, aby swoje dziecię złożyć na ołtarzu ojczyzny.

I znowu trafiam na taki dialog, powtórzony na scenie za Kraszewskim:

"- Matko! jakże ja nie mam za tę Bożą córkę, ojczyznę, nie dać choćby żywota, jakże się ja mam zaprzeć jej?

Jędrzejowa jęknęła, głowa jej opadła na piersi.

- Nie mówmy już o tym - przerwała - Bóg uczyni z nami, co wola Jego święta... - A po cichu dodała: - O, jeśli być może, odwróć, Panie, kielich ten ode mnie!"

I tak prawie bez końca. Rodzaj ekstazy przeżywanej na myśl o tak pięknym poświęceniu. Gwoli sprawiedliwości dodać trzeba, że Kraszewski udzielił głosu także wątpiącym w taki sposób budowania przyszłości ojczyzny, że dopuścił do głosu pozytywistów, myślących o bogaceniu się kraju i wytrwałej pracy, choć w ich rysunku czuło się dystans autora do takich zachowawczych postaw.

Na scenie te charakterystyczne postaci reprezentują Edward (Marcin Januszkiewicz) i Weteran (Mariusz Drężek), którzy dodają do opowieści innych tonów, z jednej strony pochwałę praktycyzmu, z drugiej szacunek dla cierpienia Sybiraków, którzy z mniejszym entuzjazmem zachęcają do kolejnej daniny krwi.

Powstał spektakl ostro rozliczający się z martyrologiczno -ofiarniczym modelem patriotyzmu, a zarazem z arcykatolickim wychowaniem, które kształtuje postawy ksobne, niechętne obcoplemieńcom, zamknięte w kręgu nienaruszalnych wartości. Dlatego rozmodlony Franek Plewa czeka na śmierć, a kobiety pod kierunkiem figury Matki Boskiej ćwiczą zawzięcie pieśni pogrzebowe... Tak pięknie będzie umierać.

Tomasz Miłkowski
Dziennik Trybuna
26 czerwca 2017
Teatry
Teatr WARSawy

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia