Ta sztuka jest pewną metaforą

rozmowa z Maciejem Wojtyszko

- Mam cichą nadzieję, że ta sztuka jest pewną metaforą - o spektaklu "Żelazna konstrukcja" mówi Maciej Wojtyszko

To nie pierwsza pana wizyta na Zaolziu, prawda?

- Tak, byłem tu z wizytą przy okazji premiery spektaklu "Hermes przeszedł czyli mitologia grecka". Pomysł zrodził się w głowie Bogdana Kokotka, który zaproponował mi napisanie sztuki na temat mitologii greckiej. Bogdan wtedy był jeszcze studentem Wydziału Reżyserii Akademii Teatralnej w Warszawie. No i napisałem taką sztukę, którą - o ile wiem - dosyć długo w Cieszynie wystawiano. W ten sposób rozpoczęła się moja znajomość z Teatrem Cieszyńskim. Obecny mój pobyt tutaj jest dłuższy, ale też nie przesadnie długi, ponieważ reżyserów jest dwóch. Bogdan wykonał ogromną pracę z zespołem, ustawił bardzo wiele sytuacji i sekwencji. Ponieważ jest to mój tekst, więc jestem też trochę konsultantem, trochę reżyserem czy raczej reżyserem - doradcą.

Czy trudno być reżyserem własnego tekstu?


- Trudno. Reżyser powinien być do pewnego stopnia wrogiem autora i w tym Bogdan bardzo mi pomaga.

"Żelazna konstrukcja" to opowieść o domu, ale niezupełnie realnym...

- Mam cichą nadzieję, że ta sztuka jest pewną metaforą. Pierwsze jej słowa brzmią: "Jak to nie można - do własnego domu nie można?" Ta historia jest opowieścią o roku 1990 i o tym, jak to wróciliśmy do własnego domu, do Polski, gdzie właściwie wszystko okazało się nie takie, jak oczekiwaliśmy.

Pewnie nie przypadkowo bohaterowie sprawiają wrażenie bliskich nam i jakby znajomych?


- Już na próbach opowiadałem kolegom o prototypach postaci, o realnych osobach. Na przykład scenografka Karina de Valmont nazwisko ma podobne do Zofii de Ines-Lewczuk, wybitnej polskiej scenografki. Ale prototypy są dwa: Zofia de Ines-Lewczuk i Izabela Chełkowska - dwie panie, które są niesłychanie barwnymi osobami na mapie polskiego teatru, scenografkami odrobinę szalonymi a jednocześnie niezwykle energicznymi, twórczymi.

Izabela robiła scenografię do polskiej prapremiery "Żelaznej konstrukcji" w Teatrze Powszechnym. Zresztą każda z postaci ma swój pierwowzór, moja znajoma prawniczka jest prototypem prawniczki ze sztuki. Scenarzysta trochę przypomina mnie samego. Dalekie skojarzenie z poetkami, które się przekwalifikowują na osoby prowadzące handel nieruchomościami jest też związane z kilkoma koleżankami, które w latach 90. musiały wykonywać zupełnie inną pracę niż pisanie wierszy. Jednym słowem, jakieś prototypy istnieją.

Kwestię o "udzielaniu się" usłyszałem w naszym osiedlowym sklepie.

Moja mama była nauczycielką w podwarszawskiej wsi i pewnego dnia przy okazji zakupów, które wspólnie robiliśmy, ekspedientka powiedziała do niej: "To pani mnie nauczyła, że trzeba się udzielać, a teraz wszyscy w rodzinie się udzielają". To jest w pewnym sensie sztuka z życia, natomiast sam pomysł zrodził się na podstawie informacji w prasie, że jakaś osoba, właścicielka pałacu czy pałacyku, usiłowała wejść, a nawet weszła z ochroniarzami i przejęła władzę w swojej dawnej posiadłości. Tam było chyba przedszkole. To działo się naprawdę w 1990 roku. A zatem, skoro zdarzyły się tego rodzaju przypadki przejęcia własności, to taka próba przejęcia jak w "Żelaznej konstrukcji" też mogła się zdarzyć.

Podczas którejś próby powiedział pan, że to nie jest komedia pomyłek, ale komedia stanów emocjonalnych.


- Pisząc starałem się, aby to była opowieść o ludziach, którzy okazują prawdziwe uczucia. Niezależnie od niewiarygodnych przygód, jakie przeżywają, od perypetii, zmian akcji, nieporozumień. Ich emocje uruchamiane są zarówno przez zapowiedzi ogromnych sum, jakie mają otrzymać, jak i romanse, które się między nimi nawiązują, choć są to romanse nietypowe. Ale czy w ogóle jakikolwiek romans jest typowy?

I jeszcze raz zacytuję pana: "w chwilach załamania nerwowego bohaterowie wracają do swego bogactwa intelektualnego". Czy tylko bohaterowie tej sztuki?


- Nie wiem, w jaki sposób inni ludzie w chwilach załamania nerwowego reagują. W każdym razie pamiętam siebie, kiedy w wieku lat jedenastu znalazłem się po raz pierwszy w Anglii. To dla dziecka był ogromny szok i wtedy wróciłem do lektury Sienkiewicza. Obcość świata, który mnie otaczał, powodowała, że czytałem w każdej wolnej chwili. Kiedy wracałem z dziwnej angielskiej ulicy, z jakiegoś dziwnego angielskiego muzeum, to łapałem Sienkiewicza i czytałem. W jakiś sposób podobna przygoda zdarza się tutaj naszym bohaterom, którzy na przykład w zdenerwowaniu cytują fragmenty z polskiej literatury. Są takie cytaty, do których odwołujemy się w chwilach napięcia, bo są częścią naszego fundamentalnego wyposażenia intelektualnego. Często tak bywa z poezją, że uczucia trafnie sformułowane w wierszu towarzyszą nam i wracają do nas w ważnych momentach. Sam miałem takie chwile, że kiedy komuś ustępowałem z jakiegoś powodu, ulegałem, to wtedy bardzo mi pomagał tekst Szymborskiej "W niebezpieczeństwie strzykwa dzieli się na dwoje".

Ten tekst towarzyszył mi przez trzy czy cztery lata, gdy reżyserowałem serial "Miodowe lata". Kocham "Miodowe lata" teraz, po upływie czasu, ale pamiętam, że długo traktowałem tę pracę wyłącznie jako usługę.

A równocześnie starałem się pisać inne teksty, żeby "się podzielić na dwoje".

Jest pan autorem książek dla dzieci, ale nie pisze pan książek dla dorosłych. Dlaczego?

- Bardzo dużo by trzeba opowiadać. Właściwie cały życiorys. Na początku swojej kariery chyba w ogóle nie miałem innego sposobu wejścia do zawodu niż przez twórczość dla dzieci.

Jestem synem dość wysokiego rangą oficera Armii Krajowej, który po wojnie został zamęczony w więzieniu. To, że dostałem się na reżyserię, to był bardzo miły ale zaskakujący fakt.

Nie zanosiło się na to, że ktoś da mi pracę po skończeniu studiów, a twórczość dla dzieci to była bezpieczna furteczka, która nikomu nie przeszkadzała. Miałem trochę szczęścia, bo napisałem książkę dla dzieci, zaniosłem do wydawnictwa, w wydawnictwie był ktoś, komu to się spodobało, choć spodobać się nie musiało, bo wtedy tradycja twórczości dla dzieci była bardzo odmienna, moralizatorska, odległa od zabawy absurdem, nonsensem i groteską.

Książki dla dzieci - poza twórczością Kulmowej, wierszami Brzechwy i "Akademią pana Kleksa" - były raczej nastawione na pouczanie. No i zaniosłem moją "Brombę". Akurat szefem wydawnictwa był ktoś, kto powiedział: "wie pan co, ja to panu wydam". I ta jego decyzja okazała się szalenie ważna w mojej biografii.. Pamiętam taką sytuację, kiedy szedłem Krakowskim Przedmieściem, a wtedy jeszcze nie było plastikowych reklamówek, za to były takie siatki i wszystkie studentki z Akademii Sztuk Pięknych i z Uniwersytetu Warszawskiego niosły "Brombę" w swoich siatkach. Byłem wtedy strasznie szczęśliwy i dumny. Potem przez lata napisałem dużo innych "Bromb" i innych książek dla dzieci.

I tak już zostało.

Wychowałem się w rodzinie nauczycielskiej - mama była nauczycielką, ojciec był nauczycielem, ja sam zaczynałem uczyć - także z biedy, po prostu, żeby cokolwiek zarobić - już jako nastolatek.

I nadal pan uczy...

- Tak, uczę do dziś, ale trochę inaczej... bo na Wydziale Reżyserii w warszawskiej Akademii Teatralnej.

Wychował pan kilka pokoleń reżyserów. Z kogo jest pan najbardziej dumny? Czyje dokonania artystyczne sprawiają panu najwięcej przyjemności?

- Na pewno z Wojciecha Adamczyka, który co tydzień serialem "Ranczo" zatrzymuje przed telewizorami sześć milionów Polaków. I to jest chyba jeden z pierwszych moich studentów, o którym mogę powiedzieć, że to ja dałem mu do ręki kamerę. Strasznie dużo musiałbym ich wymieniać. Bogdan Kokotek był bardzo zdolnym studentem i wiedzieliśmy, że będzie robił dobre przedstawienia. A teraz, kiedy zobaczyłem, co robi tu w Scenie Polskiej, bo widziałem i "Lalkę" i "Makbeta", to myślę, że mogę być z niego dumny. Niełatwo adaptować tak znakomitą powieść na scenę . "Lalkę" uważam za ogromne wyzwanie dla reżysera i wzbudza mój podziw, że w niedużym teatrze w Cieszynie udało mu się tego dokonać.

Widział pan kilka przedstawień Sceny Polskiej. Jak pan ocenia kondycję zespołu, z którym teraz pracuje?

- Nasze spotkanie jest wspaniałe. W tym zespole nie ma luk. Mówi się, że jeśli w teatrze jest obsada do "Wesela", to znaczy, że jest zespół. Nie wiem, czy w Scenie Polskiej jest obsada do "Wesela", ale przecież "Żelazna konstrukcja", jeśli chodzi o ilość i różnorodność postaci to takie małe "Wesele", a zatem widać , że jest silny, dobrze współpracujący zespół.

Muszę się przyznać do pewnego sekretu - bardzo lubię raz na jakiś czas pracować w niewielkim teatrze z aktorami, których nie znam. Bo wtedy uczę się ciekawych rzeczy, dowiaduje się, czego nie umiem.

Przecież jeżeli się obsadza Zapasiewicza i Pieczkę czy inne znakomitości, to reżyser może się nawet nie dowiedzieć, że czegoś nie potrafi.

Po prostu zrobią przedstawienie za niego. A w tym wypadku ważne jest dla mnie spotkanie z aktorami, których nie do końca znam, którzy są naprawdę świetnymi fachowcami i nasza współpraca jest głównie wymianą doświadczeń. Uczę się od nich.

Czy poprzez aktorów Sceny Polskiej dowiedział się pan czegoś nowego o sobie jako reżyserze i autorze "Żelaznej konstrukcji"?

- Tak, koledzy kilkakrotnie odczytali pewne rzeczy tak, że byłem zaskoczony. A też ani przez chwilę nie miałem wrażenia jakiegokolwiek prowincjonalizmu. Czasem coś takiego się zdarza. Jak się pojedzie do innego miasta, to nagle na przykład ktoś, komu się wydaje, że jest na świeczniku, że jest najlepszy, wykazuje się niekompetencją, niewiedzą. Ustalona hierarchia lokalna wcale nie musi odpowiadać tej prawdzie, którą postrzega reżyser z zewnątrz. Tu nic takiego się nie zdarzyło.

(z programu do "Żelaznej konstrukcji" Macieja Wojtyszki, premiera 14 kwietnia 2012, reżyseria Maciej Wojtyszko i Bogdan Kokotek, Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie)

Joanna Wania
Materiały Teatru
17 kwietnia 2012

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia