Tajemnica sukcesu Bagateli

rozmowa z Henrykiem Jackiem Schoenem

W Krakowie powinno być killka teatrów więcej - mówi w Polsce Gazecie Krakowskieh Henryk Jacek Schoen, dyrektor naczelny i artystyczny teatru Bagatela w Krakowie. - Wtedy zaczniemy mówić o przemyśle teatralnym. Na razie mamy jego zalążek, ale już zauważalny. Zwraca się do nas coraz więcej biur turystycznych z prośbą o rezerwację miejsc na spektakle, dla wycieczek.

Powiedział Pan kiedyś, że Bagatela historycznie dzieli się na kilka teatrów. Była przedwojenna rewia, teatr dla dzieci, gdzie debiutowali Roman Polański i Danuta Szaflarska, kantorawska scena eksperymentu i wreszcie teatr lektury szkolnej, przypadający na lata 80. i 90. Ja zaliczam się do pokolenia "teatru lektury szkolnej".

- Tak myślałem (śmiech).

Jakim teatrem jest Bagatela dziś? Badania wskazują, że 82 proc. widowni to kobiety.

- Współczesny teatr opiera się nie tylko na impresji artystycznej. Musi mieć zaplecze w postaci sztuki marketingu i badań. Prowadzimy je systematycznie. To brzmi strasznie, ale spektakl to też produkt. Mamy go sprzedać i rozsądny teatr musi o tym pamiętać. Wcale nie trzeba iść na wielkie kompromisy, by znaleźć tytuł, który trafia do określonej liczby odbiorców. Należy wybrać coś smakowitego i intrygującego artystycznie. Następnie zdefiniować grupę, do której sztuka ma trafić. Niektórzy zwą ją niefortunnie "targetem". Posłużę się przykładem Bagateli. Mamy około 30 tytułów w repertuarze. Są one pogrupowane w pewne segmenty. Inny będzie spektakl dedykowany małżeństwu z długoletnim stażem, a inaczej potraktujemy klasykę, której grupą docelową będą studenci. Jeszcze inne będą spektakle typowo rozrywkowe. Skierowane są do tych, którzy do Krakowa przyjechali na studia i tak naprawdę nigdy wcześniej w prawdziwym teatrze nie byli.

Widzi Pan w Bagateli młodych widzów? Badania pokazują, że dziecko od najmłodszych lat interesuje się muzyką, sztuką, teatrem. Moment, kiedy tracimy jego zainteresowanie kulturą to okres nastoletni. Wtedy wycofuje się z uczestnictwa w życiu kulturalnym.

- Nie użyłbym słowa "wycofuje". To kwestia problemu z autorytetem. Proces dydaktyczny w szkołach nie sprzyja podtrzymywaniu tej więzi z kulturą. Doznania z sal koncertowych czy teatralnych są niekonkurencyjne wobec pokus, jakie oferuje wchodzenie w dorosłe życie.

Ale jeśli z uczestnictwa w kulturze w młodym wieku zrobi się rytuał, naturalny nawyk, to on w nas zostanie.

- Oczywiście. W wieku dziecięcym wyrabia się w człowieku to, co słusznie nazwała pani rytuałami. Cała obrzędowość harcerska na tym przecież się opiera. To system wychowawczy, który bazuje na rytuałach w środowisku rówieśniczym. I ten czynnik rówieśniczy gra ogromną rolę. Nie ma takiego systemu wychowania w kulturze. Dlatego nastoletnich uczestników kultury się gubi. Kiedyś zgłosiłem miastu projekt, który zakładał tworzenie lokalnych, niewielkich przestrzeni dla kultury. Na ich potrzeby wystarczyłoby zaadaptować zwykłe kontenery socjalne. Młodzież mogłaby się w nich spotykać, ćwiczyć, odbywać próby. Warunek, który wydawał mi się najważniejszy, to taki, że musiałaby to być przestrzeń dla grup rówieśniczych. Przykładem jest Irlandia, gdzie rząd w pewnym momencie przeznaczył fundusze na rozwój małych ośrodków kulturalnych. W ten sposób zaczynało wiele popularnych dziś irlandzkich zespołów muzycznych.

Jaka myśl przyświecała Panu, gdy obejmował Pan stanowisko dyrektora Bagateli w 1999 r?

- Byłem wcześniej dyrektorem w telewizji krakowskiej. Byłem też reżyserem filmowym. W teatrze pojawiłem się nieco przez przypadek. To on sprawił, że spotkałem koleżankę z liceum, Annę Dymną. Jej mąż Krzysztof Orzechowski był wtedy dyrektorem Bagateli. Szukał zastępcy. Zadeklarowałem swoją pomoc.

Dlaczego Pan został?

- Pokochałem teatr. Miłość do niego zwyciężyła inne propozycje. Jestem dziś dyrektorem naczelnym i artystycznym w jednej osobie. Od 1999 r. udało nam się wiele osiągnąć. Bagatela wymagała zmian: technicznych, technologicznych i ogólnoludzkich. Nauka o zarządzaniu okazała się przydatna.

Zdobywał ją Pan już wcześniej?

- Tak, ale nie można raz na zawsze nauczyć się zarządzania teatrem. Jego istota polega na ciągłym zaprzeczaniu tego, co zastane. Chcemy nowego. I nie prowadzi do tego metoda "chińskiej rewolucji kulturalnej". Wielkość nie polega na burzeniu autorytetów. To szkodnictwo. Chwilowe mody nie pchają sztuki w przyszłość. Dziesięć lat temu na fali byli brutaliści. Wszyscy zachwycali się Sarah Kane. Teatr polski był tego krzywym zwierciadłem. Kto nie robił brutalistów był pomijany przez krytyków. A przecież artystyczne oblicze teatru jest jak charakter pisma. Niełatwo go wyrobić. W teatrze wyrabia się go zespołowo. Zespół to fundament.

Wie Pan, że według badań najwyższy poziom empatii mają muzycy grający w orkiestrach?

- Dlaczego? Bo nie da się stworzyć orkiestry z solistów! Potrzebna jest praca. Wtedy pojawia się iskra zespołowości. Gdy aktorzy rozumieją się, rodzi się między nimi niewidzialna więź, odczuwalna przez widza. Myślę, że to udaje nam się w Bagateli. Aktorzy są wrażliwi na siebie. W pewnym momencie rozumieją się bez słów. Sam nie wiem, jak to się dzieje. To dla mnie najwyższa nagroda.

Długo nie brał Pan na siebie roli reżysera w Bagateli.

- Przyjąłem założenie, że przez dziesięć lat nie będę reżyserował. Skupiałem się na budowie mocnego zespołu. Każdy reżyser marzy o pracy z najlepszymi zespołami, więc ustawiają się do nas w kolejce.

W Krakowie jest już sporo teatrów...

- Dla mnie jest ich za mało. Na brytyjskim West Endzie są 153 teatry. Wszystkie funkcjonują. W Krakowie powinno być kilka teatrów więcej. Wtedy zostanie przekroczona pewna masa krytyczna i zaczniemy mówić o krakowskim przemyśle teatralnym. Na razie mamy jego zalążek, ale już zauważalny. Zwraca się do nas coraz więcej biur turystycznych z prośbą o rezerwację miejsc na spektakle, dla wycieczek. To pierwszy objaw istnienia przemysłu teatralnego. Jest grupa firm turystycznych, które wysyłają do Krakowa grupy właśnie pod kątem kultury teatralnej. Jeśli teatrów przybędzie, to ściągnie ich jeszcze więcej.

Jak liczną grupę widzów Bagateli stanowią osoby spoza Krakowa?

- Dużą, bo około 40 proc. Dlatego opłaca nam się grać o 16. Widzowie po spektaklu wychodzą na miasto. Potem zadowoleni jadą do domu.

Czy tę grupę widzów Bagatela może stracić na rzecz nowo otwartego teatru Variete?

- To nieco inna publiczność. Dla nas, teatru Variete i innych, realnym zagrożeniem jest Centrum Kongresowe ICE. Jeśli ktoś zostawi tam znaczną sumę za koncert czy widowisko, to wiem, że do Bagateli nie zawita przez kolejne miesiące. Musi zaoszczędzić. To widowiska w ICE postrzegam jako realną konkurencję. Co oczywiście nie znaczy, że jestem jego przeciwnikiem.

Czy planując repertuar myśli Pan o planach konkurencji?

- Arnold Szyfman, założyciel i dyrektor Teatru Polskiego w Warszawie, w repertuarze równoważył sztuki lekkie klasyką i dramatem współczesnym. Nie stronił od trudnych tematów. Szyfmanowski teatr był dla mnie pewnym wzorem. Przy stosunkowo niskiej dotacji, jaką otrzymujemy - sztuki lekkie 5 mln zł, w porównaniu z 16 mln zł dla Starego Teatru - ściągamy 176 rys. widzów rocznie. Stary około 50 tys.

Co jest kłopotem Bagateli w zatrzymywaniu przy sobie widzów?

- Bariera popytowa. Jeśli podnosimy cenę powyżej pewnego poziomu, to odpada nam grupa widzów. W przypadku Bagateli przekroczyliśmy barierę popytową dotyczącą studentów - na nasze spektakle przychodzi ich mniej. Metodami marketingowymi uzupełniliśmy ubytek wśród starszej publiczności. Możemy się cieszyć, że sprzedajemy droższe bilety, bez ulgi studenckiej. Ale to jest radość na krótką metę. Ci ludzie, którzy kupują bilety pełnopłatne dziś, to widzowie, których wychowaliśmy przez ostatnich piętnaście lat. Tym samym grupa docelowa Bagateli jest coraz węższa. Wcześniej byli to ludzie między 19. a 32. rokiem życia. Dziś to grupa licząca 24-32 lata.

Dlaczego 32 lata?

- To moment, kiedy statystyczna Polka myśli o dziecku, a publiczność Bagateli to głównie kobiety. Jeśli młoda matka musi oszczędzać - i chodzi tu zarówno o finanse, jak i czas - to oszczędności dotkną jej życia kulturalnego. Staramy się temu przeciwdziałać. Na przykład oferujemy profesjonalną opiekę nad dzieckiem, żeby rodzice mogli spokojnie obejrzeć sztukę.

Pan woli pracować na uśmiech czy wzruszenie?

- Spektakle, które reżyseruję, łączą obie te rzeczy. W "Prawdzie" czy "Seksie dla opornych" zestawiamy prawdziwy problem z pewną formą absurdu. Rzeczy, które z pozoru są bardzo poważne, w swojej istocie są niezwykle zabawne na scenie. Połączenie gorących, żarliwych przeżyć z absurdem sprawia, że po wyjściu z teatru większość ludzi ma poważne refleksje.

Puenta. Czego Panu życzyć?

- Parafrazując powiedzenie Piotra Skrzyneckiego, teatr Bagatela jest teraz w takiej formie artystycznej, że sam sobie tego zazdroszczę. Proszę mi życzyć po prostu szczęścia. Bo sukcesu nie da się zadekretować. Żeby się zdarzył, musi pojawić się odrobina szczęścia.

Henryk Jacek Schoen. Urodził się w 1951 w Krakowie. Studiował chemię przemysłową na Politechnice Krakowskiej, filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim i przez rok reżyserię teatralną w krakowskiej PWST. Przez kilka lat pracował jako II reżyser w zespołach filmowych "Tor" i "X". W latach 1991-92 był dyrektorem Ośrodlo TVP w Krakowie, potem dyrektorem handlowym Fundacji "Maszachaba" zajmującej się handlem zagranicznym, działalnością wydawniczą i transportem, W latach 1998-99 pełnił funkcję zastępcy dyrektora ds. organizacyjnych w teatrze Bagatela, zaś od 1999 jest jego dyrektorem naczelnym i artystycznym.

Teatr Bagatela. Jego historia sięga 1918 r., kiedy to Marian Dąbrowski, wydawca krakowskiego "Ilustrowanego Kuryera Codziennego", zainicjował powstanie sceny. Budynek zaprojektował w latach 1918-1919 architekt Janusz Zarzecki, a wnętrza zaprojektował malarz i dekorator Henryk Uziembło. W roku 1926 na skutek trudności finansowych przekwalifikowano teatr na kino. Pożar, jaki wybuchł w nocy 6 na 7 kwietnia 1928 r., strawił wnętrze. W 1938 r. gmach zmodernizowano. Pod nazwą "Scala" działało najelegantsze kino Krakowa. W latach 1946-1948 mieścił się tutaj Teatr Kameralny, a od 1949 r. Państwowy Teatr Młodego Widza. W 1957 powstał tu Teatr Rozmaitości. W 1970 r. powrócono do nazwy Bagatela, w 1972 nadano mu imię Tadeusza "Boya" Żeleńskiego.

Monika Jagiełło
Polska Gazeta Krakowska
16 marca 2015

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...