Tajemnice scenografii do spektaklu „Hamlet"

Rozmowa z Małgorzatą Szydłowską

Od początku bardzo mi zależało na tym, żeby przestrzeń w „Hamlecie" miała wartość apokaliptyczną, żeby nie dawała poczucia, że jesteśmy tylko „tu i teraz", tylko stała się odniesieniem do czegoś, co z jednej strony już było i dobrze to znamy, a z drugiej, jest poza czasem i może się znajdować w dowolnym miejscu na ziemi.

Rozmowa z Małgorzatą Szydłowską - autorką scenografii i kostiumów do spektaklu „Hamlet" w reż. Bartosza Szydłowskiego, na podstawie „Studium o Hamlecie" Stanisława Wyspiańskiego.

„Hamlet" ma ponad 400 lat. Grano go w przeróżnych stylach, od romańskiego, skandynawskiego i barokowego, po archaiczny i futurystyczny. Jaki będzie „Hamlet" w Teatrze Słowackiego?

Małgorzata Szydłowska - W warstwie językowej jest to w niemal stu procentach język dramatu Szekspira. Pojawi się zaledwie kilka cytatów z Wyspiańskiego i współczesności. Sam Hamlet będzie współczesnym bohaterem, odczytanym przez „Studium o Hamlecie" Stanisława Wyspiańskiego.
To druga próba odczytania tego dramatu przez Wyspiańskiego, jaką podjęliśmy z reżyserem Bartoszem Szydłowskim oraz Piotrem Augustyniakiem, który zajął się dramaturgią przedstawienia. Po raz pierwszy zaczęliśmy pracę nad tym przedstawieniem dwa lata temu, ale z różnych powodów, nie mogło się ono wtedy wydarzyć. W tamtej wersji „Hamlet" osadzony był bardzo blisko „Wesela", a więc kontekstu historycznego. Spektakl, który za kilka dni będzie miał swoją premierę, ma zupełnie inną myśl przewodnią i dynamikę. Inny jest też sam bohater.

Proszę o nim opowiedzieć?

- Nasz Hamlet to przede wszystkim buntownik. Człowiek, który nie zgadza się na istniejący porządek, który się buntuje przeciwko systemowi i dąży do tego, żeby zdyskredytować układ, w którym się znajduje. A jednocześnie jest to postać tragiczna, która nieustannie zmaga się ze swoją niemocą. Nie potrafi wyjść poza pewne myślowe i językowe ograniczenia.
Hamlet od początku stanowił dla mnie zagadkę. Umiałam zidentyfikować się z Ofelią. Wiedziałam jaką drogę przeszła Gertruda, Klaudiusz czy Poloniusz. W tej strukturze to było dla mnie czytelne. Natomiast ciągle zastanawiałam się nad tym, kim jest Hamlet. Dlaczego czasami tak bardzo czuję jego krzyk, a innym razem nagle zupełnie dystansuje się do słów, które wypowiada.

Hamlet w wielu momentach się nimi zasłania, utrudniając odczytanie zarówno jego postaci, jak i sensu całego dramatu.

- To prawda, ale kiedy przestajemy się skupiać wyłącznie na słowach i monologach, które wygłasza i zaczynamy odczytywać sensy, które są poza nimi, to ta postać zaczyna przyciągać. Staje się wręcz magnetyczna.

Jest taki cytat Wystana Hugh Audena mówiący o tym, że „w dramacie elżbietańskim czas jest tym, co główny bohater stwarza poprzez swoje działanie i cierpienie". Jest też środowiskiem, w którym „dokonuje realizacji swojego potencjalnego charakteru". Tym, co odsłania Hamleta, jest właśnie czas, ale równocześnie on sam ten czas stwarza.

- Dramaty Szekspira często porównuje się do greckich tragedii, ale tam, za los odpowiedzialni są bogowie. Bohaterowie Szekspira niosą los we własnych rękach i są odpowiedzialni za swoją drogę. Często muszą ją pokonać kilka razy, żeby zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło. To ciągłe powtarzanie pewnego gestu, który – mimo że intencja może być już inna – powoduje, że bohater ciągle jest w tym samym miejscu. I ten rodzaj myślenia o bohaterze przenika też na pozostałe postacie, bo to, co robi Hamlet, ma bezpośredni wpływ na wszystkich uczestników dramatu.

Ale Hamlet tak naprawdę nie chciał zemsty. Długo się przed nią bronił.

- To prawda. Ostatecznie to duch ojca go do niej zmusił. To, co się wydarzyło, było przekleństwem losu i w tym sensie można powiedzieć, że „Hamlet" jest również dramatem antycznym w swoich założeniach.
Długo zastanawialiśmy nad tym, którego bohatera wybrać jako kluczowego. Przez pewien czas przekonywałam Bartosza i Piotra, żeby to Ofelia była wiodącą bohaterką, ponieważ jako jedyna jest wolna od piekielnego kręgu powtarzania tej samej historii. Dzięki czemu mogłaby się stać dla widza pewnego rodzaju zewnętrznym okiem, które dałoby mu inną perspektywę patrzenia na tę historię.
Moim zdaniem jest najbardziej bezkompromisowa i dokonuje takich wyborów, jakich na początku, żaden z męskich bohaterów nie potrafił dokonać. To jej gest uruchamia Hamleta i daje mu napęd do działania. On sam jest zbyt słaby. Wszystko, co mu się przydarza, przydarza się jakby trochę niechcący. Jego myśl jest myślą bardzo intelektualną, oderwaną od działań. Nie ma szans na to, żeby zaistnieć w świecie zewnętrznym i słabość tej myśli też jest dla nas jakimś tematem.

Hamlet Wyspiańskiego był artystą i intelektualistą „przechadzającym się z książką po dziedzińcu Jagiellonów".

- Tak, ale dla niego Hamlet był blisko Konrada, czyli tego, który wyzwala i pociąga za sobą narody. A my od początku wiemy, że ten artysta i intelektualista nikogo za sobą nie pociągnie. Jest kompletnie bezsilny wobec struktur, które otaczają go jak pomniki – coś, na co nie można oddziaływać słowem. Trzeba wykonać jakiś gest i to właśnie Ofelia wykonuje go jako pierwsza.
Nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, mówiąc, że w trakcie pracy nad spektaklem pojawił się pomysł, żeby – podobnie jak u Wajdy – Hamleta zagrała kobieta. Tak się nie stało, ale nasza Ofelia jest bardzo blisko Hamleta. Przez cały czas jest obecna w jego przestrzeni, powtarza teksty jego monologów, czasami przejmuje inicjatywę, podpowiada mu, co zrobić...

Zdjęcie promujące spektakl przypomina portret Johna Lennona i Yoko Ono, zrobiony przez Annę Leibovitz w 1980 roku.

John Lennon i Yoko Ono byli dla nas jedną z inspiracji w budowaniu relacji między Hamletem i Ofelią. A szczególnie ich happening „Bed-in for Peace" z 1969 roku, podczas którego próbowali zwrócić uwagę mediów na kwestię pokojowego rozwiązywania konfliktów.
Przypomnijmy. Happening polegał na tym, że przez siedem dni i nocy leżeli w hotelowym łóżku w Montrealu, przyjmując dziennikarzy i innych gości, i rozmawiając z nimi na temat pokoju na świecie. W jednym z wywiadów Lennon powiedział, że „nie ma lepszej alternatywy dla przemocy niż pozostanie w łóżku i zapuszczenie włosów". Analogia do Hamleta artysty i intelektualisty nasuwa się sama.
Ten gest nie wpłyną może znacząco na losy świata, ale wywołał dyskusję na temat pokojowego rozwiązywania konfliktów. A przecież każdy konflikt zaczyna się od myśli. To ona poprzedza działanie. Podobnie było u Hamleta.

Wyspiański dostrzegł w konflikcie, z jakim zmagał się Hamlet, zmagania polskiego inteligenta z kłamstwem, obłudą i groteską. Czy waszego Hamleta też będziemy czytać przez Polskę?

- Odczytywanie „Hamleta" wyłącznie przez kontekst Polski byłoby niezwykle ograniczające. Chociaż oczywiście jest wiele elementów, które można czytać jako komentarz do współczesnych wydarzeń. Jednym z impulsów do budowania scenografii były dla mnie słowa wypowiedziane przez Klaudiusza: „w końcu możemy się poczuć jak we własnym domu". Odwołują się do naszego narodowego doświadczenia. Do uczucia wolności i euforii, które towarzyszyły nam w 1989 roku, ale też do doświadczenia straty, kiedy uświadomiliśmy sobie, że ta wolność ma już zupełnie inny wymiar, i że ten rodzaj podziału społecznego, którego doświadczamy w tej chwili jest niemożliwy do zaakceptowania.

Na scenie pojawi się ogromna, siedmiometrowa dłoń. Co lub kto się pod nią kryje? Szekspir, Wyspiański, Hamlet, współczesna postać, konkretna idea?

- Ta dłoń daje bardzo szerokie pole do interpretacji. Nie chciałabym ograniczać widza do mojej własnej wizji czy wizji reżysera. Mogę powiedzieć tylko tyle, że impulsem do jej stworzenia był dla mnie Wyspiański. Od początku dużo o nim myślałam, bo od początku czytaliśmy „Hamleta" przez jego „Studium...". Niezwykle ważny był dla mnie jego związek z Teatrem Słowackiego, w którym wystawiał swoje dramaty i budował dekoracje. Zaznaczyłam jego obecność m.in. w kolorach, jakie pojawią się na scenie. Wyspiański bardzo lubił niebieski, a konkretnie ultramarynowy albo kobaltowy. Zderzał go często ze złotem. Takie kolory miała m.in. jego pracownia. To połączenie barw, z jednej strony daje poczucie pewnego realizmu, a z drugiej strony, sprawia wrażenie jakiejś nierealności i snu, co doskonale współgra z treścią dramatu. Ale, ie należy czytać tej scenografii wyłącznie przez Wyspiańskiego i jego „Studium...". Chociaż muszę przyznać, że jest on bardzo ważną postacią, również w mojej osobistej historii.ierwszym przewodnikiem podczas poszukiwania własnej kreski i rysunku w czasach, kiedy satudiowałam w Akademii Sztuk Pięknych. Podobnie jak on lubię wyrażać się w sposób ekspresyjny. Nie szukam kształtów, tylko wydobywam to, co się znajduje pod nimi.

Wyspiański napisał, że „stroje widoczne w Hamlecie nic nie znaczą. Są zupełnie obojętne. Nie można żadnym strojem Hamleta zdobyć ani żadną dekoracją stylową, bo nie strojem i malowaniem i dekoracją jest Hamlet do zdobycia – ale uczuciem".

- Zgadzam się z tym w stu procentach. W „Hamlecie" nie chodzi o dekoracje, ale o strukturę wewnętrzną. Ten dramat jest tak genialnie napisany, że nawet najgłupsza dekoracja czy kostiumy nie są w stanie zniszczyć zamysłu, który miał Szekspir.
Wyspiański odżegnywał się od dekoracji, które widział w Europie podczas swoich podróży, ponieważ mówiono o nich głównie w kontekście tego, ile kosztowały. Ważniejsze od znaczenia, były możliwości finansowe teatru. I do tego – moim zdaniem – się odnosił. Dekoracja nie jest ważna wtedy, kiedy jest bogata, tylko wtedy, gdy odkrywa sens dramatu.
Z kolei kostium to druga skóra aktora. Nie chodzi o to, żeby zachwycał, tylko o to, by był zgodny z osobą i osobowością, która go w tym wykreowanym świecie niesie. Powinien być jej dopełnieniem, a nie sztucznym elementem narzuconym z góry. Ma wyrazić postać, a nie ją „udekorować".
Nie mogę powiedzieć, że całkowicie unikam dekoracyjności, ale ten wykreowany świat jest w „Hamlecie" pokazany na zasadzie opozycji. Jedna strona dotyczy dworu, Elsynoru, który cechuje pewnego rodzaju blichtr, z drugiej strony jest Hamlet, który ten blichtr odrzuca, bo nie chce być taki, jak reszta bohaterów dramatu. Jest zaprzeczeniem świata Elsynoru. I tę jego nonszalancję wyróżniłam również przez kostium.

Wyspiański twierdził, że Szekspir pisząc swoje dramaty, „miał przed oczyma teren, gdzie się to dzieje". Dla Wyspiańskiego miejscem, w którym rozgrywa się dramat był Kraków. Ile Krakowa jest w waszym „Hamlecie"?

- Myślę, że „Studium o Hamlecie" nie da się już opowiedzieć przez Kraków. To nie jest centrum świata, zresztą za czasów Wyspiańskiego też nim nie był.
Myśląc o scenografii, myślę przede wszystkim o miejscu, w którym rozgrywa się dramat. Mówiąc „miejsce", mam na myśli nie tylko aspekt zewnętrzny, wizualny, ale to, co powołuje rzeczywistość, w której dramat się rozgrywa. Wyspiański pisze o tym, co widz zobaczy, a ja myślę o tym, co widz poczuje i co się przed nim pod wpływem tej emocji otworzy.
Przenosimy Szekspira do świata współczesnego, który jest mocno rozwibrowany i niepewny, i pokazujemy go z bardzo różnych perspektyw. Tworząc projekt scenografii, szukałam czegoś, co będzie czytelne pod każdą szerokością geograficzną i jedocześnie stanie się pewnego rodzaju komentarzem do naszej rzeczywistości. Dlatego na scenie pojawią się m.in. gigantyczne kontenery, które są bardzo wyraźne w swoim przekazie.

Proszę powiedzieć coś więcej.

- Myślę, że za jakiś czas nasza egzystencja stanie się tak mało istotna, że można ją będzie zminimalizować do jednego kontenera, magazynu albo paczki.
Materia przestaje już mieć jakąkolwiek wartość. Jest estetyzowana albo porzucana. Coraz więcej jest bylejakości, powtarzalności i schematów, które bezmyślnie powielamy. Pijemy napoje przez miliony słomek, nie zastanawiając się nad tym, że za chwilę każda z nich może wylądować w żołądku wieloryba. W nieograniczony sposób pakujemy wszystko do foliowych worków, bo przecież „wszyscy to robią". Pudełkujemy świat i poszczególne elementy tego świata. Wydaje nam się, że nadal nad tymi „pudełkami" panujemy. W rzeczywistości już dawno straciliśmy nad nimi kontrolę.
Ale wrócę do kontenerów, które pojawią się w „Hamlecie". W sensie metaforycznym można powiedzieć, że spakowaliśmy do nich cały świat i odsłonimy przed widzami tylko tę część, w której jeszcze żyją ostatni uczestnicy tej historii.

To dość apokaliptyczna wizja.

- Od początku bardzo mi zależało na tym, żeby przestrzeń w „Hamlecie" miała wartość apokaliptyczną, żeby nie dawała poczucia, że jesteśmy tylko „tu i teraz", tylko stała się odniesieniem do czegoś, co z jednej strony już było i dobrze to znamy, a z drugiej, jest poza czasem i może się znajdować w dowolnym miejscu na ziemi.
Ten bezczas jest bliski zarówno Szekspirowi, jak i Wyspiańskiemu. Obaj wyprzedzili swoje czasy. Wyspiański z Jackiem Malczewskim często bawili się w grę w spostrzegawczość, która polegała na tym, że chodzili po Plantach, wybierali niewielki kadr, przez który uważnie patrzyli. Potem zamykali oczy i mówili, co widzieli. Ten, który zobaczył i zapamiętał więcej szczegółów, wygrywał. Podobno zawsze wygrywał Wyspiański.

Powiedzmy jeszcze o „rękach", których nie będzie można zobaczyć na scenie, a które zmaterializowały projekt scenografii i kostiumów.

- Za scenografią kryją się m.in. wspaniała ekipa ślusarzy, którzy wykonali dwunastometrowe ściany i zrobili to niezwykle szybko i precyzyjnie. A konkretnie pan Wiesław Paszkot i Wiesław Stopa.
Powierzchnie malarskie, które mają około kilometra kwadratowego, malowała jedna drobna dziewczyna – Ewa Pieronkiewicz i zrobiła to doskonale!
Łukasz Pipczyński, który jest rzeźbiarzem i modelatorem, z niezwykłą precyzją wyrzeźbił tę olbrzymią siedmiometrową rękę. Nad realizacją całości czuwał Łukasz Bułas, który jest kierownikiem pracowni scenotechnicznej.
Kostiumy wykroiły i uszyły panie z pracowni krawieckiej, pod kierownictwem pani Grażyny Cichy i Krystyny Szczepan.
Trzeba też wspomnieć o Marcinie Chlandzie, który zajął się reżyserią światła. Zwykle robię to sama w spektaklach, do których projektuję scenografię, ale tym razem chciałam, żeby ktoś spojrzał na wykreowany przeze mnie świat własnym okiem. Marcin ożywił tę przestrzeń zupełnie inaczej niż o niej myślałam, co jest ogromną wartością, zarówno dla mnie, jak i samego spektaklu.

Naprawdę warto to wszystko zobaczyć. Zapraszam serdecznie do teatru! Premiera spektaklu odbędzie się 9 listopada w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie.

___

Małgorzata Szydłowska - absolwentka scenografii Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Scenografka, zastępca dyrektora teatru Łaźnia Nowa ds. produkcji teatralnych. Kuratorka i autorka koncepcji cyklu edukacyjnego „Myśląca ręka". Autorka wystawy „Myśląca ręka" w Domu Rzemiosł Teatralnych. Opracowała nowatorską koncepcję przebudowy i adaptacji postindustrialnej przestrzeni hal warsztatów szkolnych na potrzeby Teatru Łaźnia Nowa oraz aranżacji jego wnętrz i scen. Od lat 90. projektuje scenografie i kostiumy dla teatrów dramatycznych, operowych i muzycznych.

(-)
Materiał Teatru Słowackiego
9 listopada 2019

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia

Roxana Songs
Krystian Lada
Lada wybrał na miejsce nagrania „Roxa...