Tak sobie patrzę

Rozmowa z Jerzym Stuhrem

Pisano, że nawet kiedy gra komedie, jego aktorstwo jest podszyte ciemną nutą strachu. Kiedy Jerzy Stuhr zachorował, miał odwagę o tym opowiedzieć, dając siłę innym. Krzysztof Varga napisał, ze jego książka z czasu choroby to walka o godność kultury. wrócił do życia i do zawodu. Dla publiczności jest dzisiaj kimś więcej niż aktorem.

"Ta choroba ukazała mi piękno życia, mojego życia. Dała mi siłę, aby tego nie stracić" - napisał pan w swojej książce "Tak sobie myślę...". Czy jest coś, co dała pana aktorstwu?

- Żadna zmiana nie dokonuje się natychmiast, więc trudno to uchwycić. Ale jest coś, co zauważam. To radość z energii. Cieszę się, że mój organizm dysponuje dużą energią. Moje spektakle są dość ciężkie psychofizycznie. W "Kontrabasiście" mam takie punkty, w których wiem, że zbliżam się do bardzo wyczerpującego momentu. Zawsze jest obawa, czy dam radę. Teraz pokonuję te najtrudniejsze momenty z większą łatwością. To ciekawe, bo gram "Kontrabasistę" od 28 lat. Kiedy zaczynałem go grać, miałem 37 lat, czyli tyle, ile bohater sztuki. W pytaniach, które sobie zadaje Kontrabasista, był bunt: Dlaczego traktują mnie jak ostatnie popychadło, przecież chciałem być artystą! Dlaczego ona, ta śpiewaczka, nie może się we mnie zakochać? Dzisiaj to już bardziej wspomnienie. Jest taki fragment: "Co tam, jutro daję wypowiedzenie i jestem wolny. Z prawnego punktu widzenia nic mi nie mogą zrobić. Wolny jestem!". Kiedyś ludzie się śmiali. Dzisiaj jest przerażająca cisza na widowni. Wolni - ja i on? Ludzie boją się stracić pracę. Na początku myślą o tym facecie: "Taki trochę głupszy ode mnie". A potem: "To ja jestem". Ludzie mi wierzą, kiedy mówię w spektaklu: "Nie dajcie się nigdy wciągnąć w żadną orkiestrę". Myślą: "Więc jesteśmy w orkiestrze, o Boże, czy czegoś nie przegapiliśmy w życiu?". Potem już mogę mówić: "Czasem jestem bardzo samotny. To, co robię, nie sprawia mi satysfakcji". I czuję, że 90 procent ludzi na widowni robi coś, co im nie sprawia satysfakcji.

Co jest w tym facecie, Kontrabasiście, bliskiego panu?

- Miłość i nienawiść do instrumentu. Do sceny. To nie tylko mnie dotyczy. W garderobie w Starym Teatrze takie opowieści snuło dziewięciu kolegów. Moja żona jest muzykiem. Czasem słuchałem, jak muzycy gadają między sobą: "Perkusista - co to za muzyk?! Ale solówki na bęben są. A na kontrabas?". To jest o nich. Kontrabasista ma wściekłość do czterech ścian. Ile razy mówię: "nie chcę". Dlaczego inni mogą iść sobie do kawiarni, na wino, a ja siedzę w hotelu i czekam na spektakl? Ileż było takich awantur robionych samemu sobie. W Starym Teatrze myśmy nienawidzili grać. Ale tak chyba mają wszyscy. Słyszałem, jak Krysia Janda krzyczała do garderobianej: "Czy widziałaś kiedyś, żeby mnie się chciało grać?!". A potem wychodzi i żyje z tymi ludźmi. Jeszcze tydzień temu miała zapalenie płuc, a grała.

Kilka dni temu na "Kontrabasiście" energia widowni była niezwykła. Ledwo pan skończył, a już była owacja na stojąco.

- Tak jest po każdym spektaklu. Widzowie chcą mi podziękować. Czuję, że teraz publiczność inaczej na mnie patrzy. Cieszy się, że chodzę, że krzyczę, po prostu, że żyję. Jestem dla nich przykładem, że można wygrać.

Widzowie pytają pana, jak żyć?

- Jeśli mają odwagę. W Rosji takie pytania padają często. "Gaspadin, skażytie, kak żyt'?". Przecież nie jestem psychologiem. Publiczność widzi, jak żyję. Widzi, jak sobie daję radę. Częściej pyta, czy miałem chwile zwątpienia.

A miał pan?

- Nie. Może to była moja siła? Zadawałem tylko pytanie: "Ile to potrwa?". Chciałem wiedzieć, czy już mogę z Włochami podpisywać umowę na film. Mówiłem do lekarzy: "Powiedzcie mi". Odpowiadali: "Nigdy nie powiemy, ile to potrwa".

Myślenie o pracy było dla pana ważne w procesie leczenia?

- Raczej układanie planów. Chciałem jak najszybciej wrócić do teatru, ale też wiedziałem, ile mnie kosztuje spektakl "32 omdlenia" grany w teatrze Polonia. Sprawdzałem, czy organizm już daje radę. Pani Krystyna Janda powiedziała, że będzie na mnie czekać. W maju w zeszłym roku powiedziałem: "Krysiu, za miesiąc. Muszę jeszcze na korty pochodzić, popływać dużo. Z kijkami pochodzić do lasu". Pracuję fizycznie. Kontrabasista mówi: "To jest sprawa kondycji. Z muzyką to nie ma zbyt wiele wspólnego". Tak samo jest z aktorstwem.

Jak pan testował organizm?

- Czy przepłynę 500 metrów, czy wytrzymam godzinę z trenerem na korcie? Czy gadam godzinę wystarczająco głośno?

Był lęk przed powrotem?

- O, tak. Ale chyba większy był, kiedy chorowałem na serce. Grałem wtedy "Zbrodnię i karę". Jakie to było ciężkie przedstawienie! Trwało trzy godziny, było kompletnie wyczerpujące. Do tego pojechaliśmy na tournee po Ameryce Południowej, pamiętam spektakle w Meksyku. Dwa i pół tysiąca metrów nad poziomem morza. Nie wiedziałem, czy to wytrzymam. Teraz nie bałem się, że mnie łupnie i zemdleję na scenie. Pamiętam, po sercowej chorobie bardzo długo wychodziłem z lęku. Trzeba ćwiczyć.

Po chorobie natychmiast zaczął pan podróżować. Już nie mówię o pracy we włoskim filmie. Ale choćby o podróży do Australii. Inaczej pan dzisiaj ogląda świat?

- W Australii w końcu miałem więcej czasu. Zobaczyłem Gold Coast i Góry Błękitne. Bardzo lubię Sydney jako miasto dla starszych ludzi. W tym tygodniu lecę na Kubę. Świat mnie o wiele bardziej cieszy. Jeszcze nie przeżywałem tak intensywnie jak teraz. Każdy dzień sprawia mi ogromną satysfakcję. Pamiętam, że dawniej te dni, kiedy grałem w teatrze, były smutne. Cały dzień starałem się odpoczywać, siedzieć sam, pić herbatkę lipową. Klasztor, jak mówi Kontrabasista. Tylko po to, żeby wieczorem to z siebie wyrzucić. Teraz jest inaczej. Nawet chcę już wieczorem wyjść przed ludzi.

A po spektaklu?

- Muszę być sam. Czekam, aż wszyscy wyjdą. Ale wczoraj widzowie jeszcze godzinę po spektaklu na mnie czekali, byłem w garderobie, próbowałem się wyciszyć. Zawsze muszę zrobić bilans, co mi nie wyszło. Po wczorajszym spektaklu jeszcze dzisiaj słabo mówię. Mój starszy kolega, pan Ruszkowski, mówił: "To nie jest zawód dla starszych kulturalnych panów".

Jaki był ten pierwszy spektakl po chorobie? Jakie były emocje, kiedy stał pan w kulisie?

- Była ogromna trema. Ale w ogóle mam straszną tremę. Muszę ją zawsze w coś przekuć. Kiedy trema trzepie mnie za kulisami, mówię do siebie: "Przecież czekałeś na ten moment. Zobacz, jaki jest radosny. Żyjesz. Wychodź do ludzi. Daj im coś dzisiaj!". I wtedy już bardziej chcę, niż się boję. Trema mija, kiedy wchodzę na scenę. Robię rozeznanie, jaka jest publiczność. Czy będzie chciała ryczeć ze śmiechu, czy potrzebuje refleksji. Jeżeli od początku czeka na śmiech, to chcę ją wyciszyć. A jeżeli nie ma energii, to muszę jej tę energię dać. To trwa około pięciu minut. I wtedy ponownie dopada trema. Trzeba uważać. Lubię zacząć wolniutko, spokojnie, chociaż w środku wszystko buzuje. Lubię być w teatrze dużo wcześniej, zrobić próbę. Ze mną jest jak ze sportowcem. Na treningu cztery osiemdziesiąt, na zawodach czterech nie może przejść. Na próbie jestem genialny, Laurence 0livier. Tylko powtórz to przy ludziach...

Wątpił pan kiedykolwiek w zawód?

- Nie. Ale bywają chwile, kiedy jestem zmęczony. Z drugiej strony - współżycie z publicznością jest jak narkotyk. Teraz, już po latach w tym zawodzie, po różnych doświadczeniach, mógłbym się obejść.

Bez teatru?

- Tak. Teraz tak mówię. Właśnie mi reżyser zaproponował rolę. Zabrać się do tego? Nie mam już takiego entuzjazmu, jaki ma mój syn. Też taki byłem. Choroba zmienia pogląd na świat.

Gdyby nie było teatru, byłoby pisanie?

- O, to jest moja miłość! Znowu zaświtała nadzieja, że będę robił film. Godzinami siedzę nad scenariuszem, bo wiem, że to jest czas, kiedy jeszcze jestem Bogiem, bo jestem sam z moimi postaciami. A przyjdzie moment, kiedy moja ekipa wyrwie mi film z ręki, podzieli go na sceny, obsadę, obiekty, dni zdjęciowe i stanę się wykonawcą.

Na planie nie będzie pan Bogiem?

- Nie, kapralem, który musi odpowiedzieć na każde pytanie, nawet jak "nie wi". A tu jestem jeszcze Bogiem poetą. Piszę, pamiętając, co mówił Kieślowski: "Jeżeli ci nie uwierzą przez pierwsze 20 minut, to koniec, to już nie uwierzą przez cały film". "Wodzirej" szalał w kinach w Polsce, ponad milion widzów. Wszyscy dzwonili: "Panie Jerzy, niech pan przyjedzie do nas zabawę prowadzić". I nagle dostaję od Kieślowskiego propozycję zagrania w "Amatorze". Mam grać Filipa Mosza, zaopatrzeniowca z miejscowości Ciechanów. Krzysiek mówi: "Czekaj, napiszę ci ten początek tak, żeby wszyscy uwierzyli w Filipa Mosza". Po pierwsze, rodzi mu się dziecko. Mosz chodzi pod szpitalem, woła: "Irenka!". Już go lubią trochę. Potem się upija. Śpiewa: "Wichry niespokojne". Już go lubią. Potem siedzi pijany, patrzy w telewizor. Gra Zimmermann. Mówi do kolegi: "Wiciu, pięknie gra". Oj, lubią go. Coraz bardziej. Potem bierze kamerkę i mówi: "Córeczkę przyszedłem zobaczyć". Oj, jak go lubią! Już są moi. Napisał też scenę erotyczną z redaktorką, a była bardzo odważna jak na tamte czasy, golas pełny, z Ewą Pokas, piękną kobietą. Jednak tę scenę wyciął. Powiedział: "Nie, nie powinien zdradzać żony. Mniej go polubią". Mówię: "Krzysiek, taka scena, tyle się urobiliśmy, na golasa pół dnia, a ty to wycinasz?". Dzisiaj wiem, że miał rację.

Na czym polegała siła "Amatora"?

- Jestem w Sao Paulo. Na śniadaniu w hotelu leci do mnie wielki facet, ściska mnie, robi misia. Krzyczy: "Pan Stuhr!". Myślę, pewnie oglądał "Historie miłosne". Nie, oglądał "Amatora" i mówi: "Pan mi życie zmienił. Poszedłem do szkoły filmowej". To był Wolfgang Becker, reżyser "Good Bye, Lenin!". "Amator" to film o tym, jak się rodzi artysta. Do dzisiaj to młodych ujmuje. Podobnie jak temat kosztów, jakie się płaci za taki zawód. Czyli samotność. Życie rodzinne.

Jakie koszty pan zapłacił?

- Czasem mówiłem: "Nienawidzę tego zawodu". Pozbawił mnie szczęśliwego życia rodzinnego. Umknęło mi dzieciństwo moich dzieci. Teraz patrzę na wnuczkę. Nie umiem się z nią bawić. Widzę dokładnie, co przegapiłem. Audiobooka jej puszczę z bajkami Andersena. Córka pyta: "Dlaczego sam jej nie opowiesz?". "Bo na audiobooku lepiej jest" - odpowiadam.

Dzieci miały do pana żal?

- Nie. Rekompensowałem, jak mogłem. Zabierałem syna do teatru. Siedział godzinami na "Rewizorze" albo siedział w garderobie i słuchał, jak z Jurkiem Trelą i Jankiem Nowickim narzekamy. Patrzę na wnuczkę i uświadamiam sobie, jaką trzeba mieć cierpliwość, by wychować dzieci, być z nimi, znajdować w tym radość. Nie nauczyłem się tego dobrze. A mnie matka obdarzyła ogromnym ciepłem i wiarą we mnie. Ojciec mniej. Swoją siłę zawdzięczam mamie. Była surowa, ale wiedziałem, że stoi za mną murem. Martwiła się o mnie, młodo umarła na serce.

Wśród swoich mistrzów filmowych wymienia pan Andrzeja Munka.

- Do Munka się dorasta. To się zaczęło od filmów z Bogumiłem Kobiela. Jako kilkunastoletni chłopak byłem nim zafascynowany. Mam taki temperament, że historia, rzeczywistość, choćby była najbardziej okrutna wobec mojego losu, zawsze mnie najpierw rozśmieszy, a dopiero potem zdenerwuje. Więc w jakimś sensie widzę rzeczywistość przewrotnie, tak jak Munk. Przecież takie są jego filmy "Eroica" czy "Zezowate szczęście".

Sięgnąłby pan po taki jego temat, jaki niosła "Pasażerka"?

- Nie mam takich przeżyć. Obóz znam z opowiadań dziadka, który w nim był, ale nie chciał o tym mówić.

Ale o obozie napisał.

- Byłem mały gówniarz, więc nie czytałem. Babcia przepisywała teksty dziadka na maszynie i mówiła: "E, wypociny". Dziadek to słał do wydawnictw, odrzucali, tłumacząc, że przegadane. Szczerze mówiąc, sam zajrzałem do jego pamiętnika, kiedy pisałem książkę "Stuhrowie. Historie rodzinne". Leżał w szufladzie. Wstrząsające. Podziwiam dziadka za odwagę. Zginąłby, gdyby te teksty zostały znalezione. Nie wolno było mieć ani ołówka, ani papieru, więc pisał na bibułkach. Jaką musiał mieć pamięć, jeśli potrafił wymienić, kto z nim siedział na bloku! Opisał 40 współwięźniów.

Jak pan traktuje swoje pisanie?

- Mówię w Wydawnictwie Literackim: "To w tym roku mieliście dwoje literatów - Danutę Wałęsę i mnie. Gratuluję!". Pisząc książkę "Tak sobie myślę...", nie chciałem powodować w czytelniku przygnębienia. Chciałem napisać, że wnuczka mi się rodzi i jak się te różne historie splatają.

W ogóle nie pisze pan o cierpieniu, chociaż pisał pan tę książkę w czasie choroby.

- Świadomie. Tylko raz pada słowo "rak". W liście chłopczyka, który pisze: "Panie Stuhr, życzę panu, żeby pan z tego raka wyszedł". Dlatego lekarze polecają tę książkę pacjentom jako terapeutyczną. Kiedy pacjenci nie mają woli życia, nie chcą nawet wziąć gazety do ręki, lekarze dają tę książkę, mówiąc: "Ten pan był gorzej chory od pana, a obejrzał film, czytał książkę, coś go denerwuje, coś go drażni".

Naprawdę nie miał pan potrzeby, żeby pisać o cierpieniu?

- O, nie! Mam austriacką naturę. Mój ojciec mówił: "Kamizelka musi być zapięta". Nie będziemy się zdradzać ze słabościami publicznie. Raz tylko napisałem w tej książce, że dzisiaj nic nie napiszę, bo chemia dała mi po głowie.

Łatwo jest nakładać tę kamizelkę?

- Jest duma. Nie poddałem się, proszę bardzo.

Co to jest ten austriacki gorset?

- No, Austriacy mają ogródki i wszystko takie czyściusieńkie. Ale pod spodem coś się dzieje, w filmie pokazał to na przykład pan Haneke. I Bernhard w literaturze. I inni.

Ta literatura jest panu bliska?

- Jestem pewny, że jestem z Europy Środkowej, czyli Mitteleuropejczyk, mniej Polak, mniej Niemiec. Jestem rozpięty pomiędzy eschatologicznym strachem Kafki a kretyństwem Szwejka. Czyli jest strach urzędu, egzystencji, który nie przeszkadza, jeśli można głupa rżnąć i piwskiem się opić. No, Europa Środkowa. Włosi pytają: "Szwejk pana śmieszy?".

Mówił pan, że teraz odczuwa intensywniej. Ma pan głód przeżywania?

- Głód to za duże słowo. Mam radość, satysfakcję. Zaczynam odczuwać przyjemność w obserwacji. Z boku sobie obserwuję świat, rozumiem po swojemu, nie muszę zabierać głosu.
Teraz patrzę. I myślę sobie. Stąd tytuł mojej ostatniej książki.

W jakim momencie przestał pan mieć ochotę uczestniczyć?

- Niedawno. Parę lat temu. Nic się nie działo od razu. Lata 2005-2010 już mało rozumiałem. To znaczy rozumiałem po swojemu. Kiedy wyszła książka pisana w trakcie choroby, bardzo mnie wszyscy, również syn, namawiali na pisanie bloga. A przecież to, co chciałem napisać, już napisałem. Dlaczego mam codziennie pisać o sobie? Nie mam takiej ochoty. Miałem ją w tym konkretnym momencie, i już, dziękuję. Myślę: "O, to ja już ich nie rozumiem".

Czuje się pan spełniony?

- W moim poczuciu spełnienia. Tak. Ale bardzo chcę się jeszcze wypowiedzieć. Niewiele mi już osobistych tematów zostało. Może będzie to mój ostatni film? A potem już nic nie muszę.

Co panu dało ostatnio radość?

- Moja wnuczka. Proszę zobaczyć [zdjęcie w telefonie]. Trzy dni temu stanęła na nogach. Jeszcze w święta nie stała. Mogę to zobaczyć, dożyłem, a miałem nie żyć od paru miesięcy. Jaki to jest sukces! 

Jerzy Stuhr - aktor, reżyser, pedagog. Przez wiele lat związany ze Starym Teatrem w Krakowie i scenami teatrów włoskich. Wykładowca krakowskiej PWST i rektor tej uczelni. Laureat wielu prestiżowych nagród, członek Europejskiej Akademii Filmowej. Autor książek: "Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce", "Stuhrowie. Historie rodzinne", "Tak sobie myślę...".

Remigiusz Grzela
Zwierciadło
2 kwietnia 2013
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia