Tam, gdzie wycinają modrzewie

"Marzec '68. Dobrze żyjcie - to najlepsza zemsta" - reż. Monika Strzępka - Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich w Warszawie

Żydowski próbuje z rozpędu wskoczyć do głównego nurtu. Za dyrekcji Gołdy Tencer placówka dąży do pozbycia się narosłej przez lata negatywnej opinii jako o scenie produkującej ramoty i uładzone folklorystyczne przedstawienia. Pewien powiew świeżości wniosła Maja Kleczewska ze swoim "Dybukiem". Następny był Michał Buszewicz i Anna Smolar, którzy w "Aktorach żydowskich" próbowali przyjrzeć się indywidualnym historiom członków zespołu. "Dobrze żyjcie..." wpisuje się w tę próbę zmiany wizerunku sceny przy placu Grzybowskim. Do osiągnięcia pełnego sukcesu trzeba by jednak jeszcze paru sezonów i dokładnego przemyślenia przyjętej linii programowej.

Strzępka i Demirski próbują przyjrzeć się nie tyle samym wydarzeniom marcowym, ile temu jak one są interpretowane. Osadzają swój spektakl w nieco mrocznej przestrzeni zaprojektowanej przez Martynę Solecką - w ciemnym wąwozie otoczonym skałami, nad którym zwisa potężna gałąź. Znajdują się w nim stół, krzesła, przewrócony tapczan. Ta nieco oniryczna przestrzeń nadaje kierunek widowisku, prowadząc je w stronę czegoś w rodzaju "marcowej fantasmagorii".

Uwaga widza skupia się na postaci Ojca (Henryk Rajfer) - żydowskiego emigranta z pamiętnego sześćdziesiątego ósmego. Protagonista jest dręczony problemami wieku średniego (wszyscy mówią do niego: "powinieneś być mądrzejszy"), ciąży mu poza tym marcowe doświadczenie. Postanawia zabrać swoje dwie córki i wrócić do Polski - szybko jednak okazuje się, że czas i miejsce są pojęciami względnymi. Pamięć powraca jako (sic!) strzępki, które stają się obiektem analizy tandemu S&D.

W historycznym uniwersum jest miejsce zarówno dla anonimowego Ojca, jak i dla znanych postaci. Gomułka (Ryszard Kluge) jest zgarbionym siwym mężczyzną, jakby zrośniętym z amboną, z której przemawia. Jego żona podburza go do nakręcania nagonki, w końcu "politykę robi się tylko dla siebie". Generał Mankiewicz (Grzegorz Kulikowski), oficer wyrzucony z LWP w ramach antysemickich czystek, powraca jako przegrany starzec poruszający się o kulach. Moczar (Piotr Sierecki) poucza swoich Śledczych, w jaki sposób mają dokonać prowokacji w Teatrze Narodowym - gustuje w kubańskich cygarach, ale spod maski elegancika przebija prymitywizm. Twórcy pokazują incydent dotyczący "libacji" w redakcji "Przyjaciółki", wybuch sprowokowanych protestów w czasie pokazu "Dziadów". Wszystkie te odniesienia są jednak zaledwie znakami scenicznymi - twórcy nie wnikają głębiej w przyczyny mechanizmów tworzących wydarzenia marcowe.

Postać Ojca i pamięć o nim powraca z kolei jako przykład manipulowania indywidualną prawdą o człowieku. Rajfer staje przed widownią i wypowiada monolog, w którym skarży się, że "wszyscy wiedzą lepiej ode mnie na mój temat. I sobie teraz będą skakać po mojej historii". Z lekceważeniem do Ojca odnosi się pracownica ambasady. Jedna z córek wypomina rodzicielowi, jakoby był komunistą. W Tel-Awiwie umundurowana Celniczka (Izabella Rzeszowska) psioczy na polskich Żydów. W dodatku każdy wyczytuje ze wspomnień Ojca co mu się żywnie podoba, interpretując fakty na swój sposób. Kilku Śledczych próbuje wyemigrować z Polski podając się za Żydów, co to tylko "zmienili nazwisko" - w tym miejscu Strzępka z Demirskim wyraźnie kpią z teorii, że "emigracja była dobrodziejstwem".

Przez spektakl przewija się metafora natury uosabianej w modrzewiu. To pod korzeniami tego drzewa spoczęły prochy Ojca (nieprzypadkowo Rajfer niemal cały czas trzyma w dłoni doniczkę). Część postaci wywija piłami motorowymi, którymi stopniowo "wycina" kawałki pamięci o protagoniście. "Po śmierci jest tylko las" - mówi jedna z kobiet, "o ile ktoś ci go nie urżnie". W tym kontekście zrozumiałe jest wprowadzenie postaci Guślarza, jako z jednej strony odniesienia do Dejmkowskiego przedstawienia, z drugiej do przywoływania duchów przeszłości.

W sprawnie skonstruowanym spektaklu pojawiają się jednak niedociągnięcia. Jednym z nich są niektóre zabiegi dramaturgiczne Demirskiego - bezpośrednie zwroty do publiczności w stylu "a teraz proszę o śmiech", "nie macie na to żadnego wpływu" zalatują tanią prowokacją. Wyraźnie też widać, że poza paroma aktorskimi lokomotywami (Rajferem, Rzeszowską, Jerzym Walczakiem) zespół Żydowskiego nie do końca umie wpasować się w poetykę tandemu. Siada tym samym tempo przedstawienia. "Dobrze żyjcie" jest spektaklem nierównym także pod innym względem.

Dramaturgiczno-reżyserski duet niby pokazuje ogólne uwikłanie jednostki w narracje, ale jednocześnie sam (jak to było w zapowiedziach) "podporządkowuje sobie wydarzenia" i utwierdza chociażby stereotypy o powszechnym antysemityzmie Polaków. Jeśli Strzępka i Demirski chcieli stworzyć taki rodzaj zdystansowanej opowieści, powinna mieć ona znacznie więcej poziomów. A że jednostkowe historie używane są w wojnach ideologicznych? Że uczestnicy debat upraszczają rzeczywistość? To już wiemy, jest to prawda wręcz banalna. Tyle że tragedii tysięcy Ojców zmuszonych do emigracji były winne nie jakieś tam "narracje", ale całkiem konkretni ludzie. W "Dobrze żyjcie..." nie ma kontekstu walk frakcyjnych wewnątrz PZPR-u będących główną przyczyną zainicjowania nagonki, wpływu praskiej wiosny, bliższego przyjrzenia się protestom studenckim. Twórcy próbują wyśmiać rozmaite retoryki (głównie te prawicowe), ale kpią z nich bez odwołania się do twardych faktów.

Problem tego przedstawienia tkwi w samym jego założeniu. Prowadzenie opowieści pod tytułem "no w sumie to nie wiadomo, co tam się stało dokładnie", przy jednoczesnym zarzucaniu innym manipulowania historią, jest po prostu niepoważne. W dodatku jest to tworzenie "narracji" błędnego koła, która staje się kolejnym młotkiem do bicia. I dlatego niewiele wynika z tej krytyki wprowadzania siebie w dobry nastrój przez duet, który - nomen omen - utwierdza się w dobrym samopoczuciu, że robi jeszcze teatr zaangażowany. A cały pozór obiektywizmu jest ledwie listkiem figowym. Przez scenę przewijają się kolejne zastępy polskich antysemitów, ale kulminacją są słowa łódzkiej szwaczki: "nie odpowiadaj pytaniem na pytanie, nie jesteś w jesziwie!". Strzępka z Demirskim przypominają Ryszarda Ochódzkiego, mówiąc do widza: "no to już z samych filmów wiesz jak było było ciężko!" i poklepując go sugestywnie po ramieniu.

Szymon Spichalski
Teatr dla Was
20 maja 2016

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...