Tango ludzkie do bólu

"Tango" - reż: Jerzy Jarocki - Teatr Narodowy w Warszawie

Jerzy Jarocki, teatralny mistrz precyzji, logiki i zimnej kalkulacji, w inscenizacji "Tanga" wg Mrożka opowiada się po stronie emocji. Pokazuje, jak fanatyczny racjonalizm niszczy ludzkie relacje i oddaje głos pokoleniu zagubionych dwudziestolatków

Trailery filmów nie rozpoczynają się ostatnio inaczej niż „Kobieca odpowiedź na...”, „Hollywood odpowiada...”, „Odpowiedź prawdziwych facetów...”. Gdyby nagranie „Tanga” w reżyserii Jerzego Jarockiego trafiło kiedykolwiek do kinowych multipleksów, geniusze od promocji mogliby je reklamować hasłem „Odpowiedź Mrożka na »Lejdis « Koneckiego i Saramonowicza, »Cząstki elementarne « Michela Houellebecqa, »Baader-Meinhof « Ulego Edela, »Together « Lukasa Moodyssona”. Nieważne, że nieliczni zorientują się, że coś tu się nie do końca zgadza z chronologią. 

Zbudowany na schemacie "Hamleta" ("świat wyszedł z formy" i syn próbuje "wracać go do normy") dramat pozostaje podobnie jak "Hamlet" uniwersalny. W każdej epoce odbija to, co najbardziej aktualne, dyskutowane, problematyczne, medialne. 

Ponad 40 lat po tym, jak Jerzy Jarocki sięgał po "Tango" po raz pierwszy (1965, Stary Teatr w Krakowie), tekst Mrożka brzmi jak lament egzystencjalny "Generacji X". Jak manifest w obronie miłości, która nie jest tylko "taką opcją". Jak satyra na kryzys męskości i płynną ponowoczesność. Dla reżysera "Tango" jest także w dużym stopniu rozliczeniem z jego legendarnymi inscenizacjami Gombrowicza i Witkacego. Zbiegają się tu wątki oficjalnego małżeństwa, które ma odbudować porządek świata ("Ślub", z którym Jarocki mierzył się sześciokrotnie), oraz ostatecznego triumfu brutalnego prymitywa nad rozdyskutowanymi idealistami, którzy próbują "wytrzymać istnienie bez obłędu" ("Szewcy"). 

Tragizm najnowszej wersji "Tanga" polega na jego prostocie, obyczajowości i rodzajowości. Rodzina buntowniczego Artura (Marcin Hycnar) to nie marionetki historii, nie persony, karykatury czy symbole, lecz osoby pełne uroku i ciepła. Rozhuśtana jakimś wewnętrznym rytmem matka Eleonora (Grażyna Szapołowska) w poszarpanych dżinsach, ze wzburzonym włosem i krwistoczerwonymi paznokciami snuje się salonie gotowa przyjąć każdą pozycję jogi, podchwycić nutę każdego tańca. Nie jest wprawdzie nobliwą matroną czy Matką Polką, ale trudno wziąć ją za posthippisowską wariatkę. 

Teatralne eksperymenty ojca Stomila (Jan Frycz) odgrywane przed rodziną zwykle przedstawiane bywają przez inscenizatorów jako pretensjonalna szmira z ambicjami. W spektaklu Teatru Narodowego nie są to może pomysły pierwszej świeżości, ale nie brak w nich autentycznego zaangażowania, elegancji, szlachetności. Wycinane przez niego tekturowe formy mogłyby stanąć w galeriach sztuki współczesnej obok prac Michała Budnego. Melonik, laska i konwencja rytuału zbliżają go do nadal działających grup typu Cinema Teatr czy teatru źródeł, użycie tekstu "Raju utraconego" Miltona lokuje go wśród odklejonych trochę od rzeczywistości inteligentów - wiecznych kontestatorów. 

Jak tu buntować się przeciwko figurom tak sympatycznym, niegroźnym, pełnym dobrych intencji? Wszystko z pozoru jest miłe, bezpieczne, fajne. A jednak dla ulizanego Artura w garniturze, urzędnika czy studenta prestiżowej uczelni, życie w takiej rodzinie to dramat. Chce formy, zasad, tradycji. Z wyeksponowanego monologu, jaki wygłasza, siedząc w staromodnym fotelu przy wyciemnionych światłach, wynika jednak, że nie chodzi mu tylko o porządek dla porządku. Artur czuje się zagrożony w swojej męskości. W świecie, gdzie wszyscy żyją jak artyści, gdzie stabilna praca nie jest sexy, a kobiety wolą "miękkich freaków", przeciętny sztywniak bez polotu może po prostu nie zostać wybrany. Strach przed odrzuceniem prowadzi go do radykalizacji, przemocy, szaleństwa. Przegapia fakt, że Ala (Kamila Baar), którą próbuje przymusić do ślubu, autentycznie go kocha. Droczy się z nim i prowokuje, bo na puste gadanie fanatyka nie ma dobrej odpowiedzi. Bo przez śmiech i ironię próbuje wzbudzić w nim ludzkie odruchy. 

Gdy goniący za ideą Artur porzuca w końcu także pomysł ślubu, reanimacji tradycji, przebrania rodziny w zakurzone łachy z fotografii ludzkie pytanie Ali "A co ze mną?" brzmi mocniej niż kiedykolwiek dotąd. Jerzy Jarocki uważany był przez lata za reżysera zimnego, intelektualnego, skrajnie przywiązanego do precyzji i logiki. Nawet jego ostatnią inscenizację Mrożka "Miłość na Krymie" opisywano jako ostrą krytykę irracjonalizmów w stylu New Age. 

Tymczasem w "Tangu" ostrze jego krytyki zwraca się raczej w stronę czystego rozumu, który zapomina o ciele, uczuciach, nastrojach czy zwykłych ludzkich słabościach. Reżyser staje w obronie emocji i pokazuje, że na tym poziomie wszyscy jesteśmy sentymentalnymi konserwatystami. Boli nas, gdy doświadczamy zdrady. Gdy umieramy, pragniemy bliskości. Do bycia nieczułym na rozczarowania i lekceważenie ze strony ukochanych nie przekona nas najlepiej uzasadniona teoria. 

Dla wyzwolonej na pozór Ali sensem życia będzie pamięć, że "on mnie kochał", traktował poważnie. 

"Tango" Jarockiego to także komentarz na temat współczesnego teatru. Spektakl Stomila aktorzy oglądają wspólnie z usadzoną na scenie publicznością. Gdy Artur zarządza w domu przewrót i kontrreformację, pierwszym jego gestem jest przegonienie widzów ze sceny do równo, tradycyjnie ustawionych rzędów. Jarocki pokazuje, że teatr nie staje się lepszy i mądrzejszy, gdy na złość młodym wraca się do jakichś starych form. Nie bez znaczenia okazuje się też udział w spektaklu Jana Englerta, który rolę wujcia Eugeniusza przyjął w ostatniej chwili (po Zbigniewie Zapasiewiczu i Andrzeju Łapickim). 

Dyrektor Teatru Narodowego (z powodzeniem występujący ostatnio w TR Warszawa) jako sojusznik neotradycjonalisty Arturka powtarzający z dumą "taki jestem niedzisiejszy" świetnie wykorzystuje okazję, by trochę poironizować na swój temat. Jego tango z Edkiem (Grzegorz Małecki), który w finale przejmuje rządy w domu, wypada sztywno. Czuć, że jest w nim szansa na opór wobec głupoty i siły. 

"Tango" Sławomir Mrożek, reż. Jerzy Jarocki, scen. Jerzy Juk-Kowarski, ruch Leszek Bzdyl, muz. Stanisław Radwan, występują: Ewa Wiśniewska, Grażyna Szapołowska, Kamila Baar, Jan Englert, Jan Frycz, Marcin Hycnar, Grzegorz Małecki; Teatr Narodowy, Warszawa. Premiera 29 października

Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza
2 listopada 2009

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia