Te dzisiejsze koty

„Kochanie, zabiłam nasze koty" - reż. Rafał Dziwisz - AST w Krakowie

Kochanie, zabiłam nasze koty czyli dwugodzinny utwór muzyczny rozgrywany na deskach krakowskiej AST w reżyserii Rafała Dziwisza, rozpisany na Masłowską, sześciu uzdolnionych studentów wydziału wokalno-aktorskiego i para-jazzową aranżację na żywo, będący „odyseją" przez wyalienowane, anonimowe, amerykańskie miasto w poszukiwaniu prawdziwego kontaktu, w czasach gdy Przyjaźń przez Facebooka Rozwód przez Skype'a. Czyli musical, dzięki któremu Dorota Masłowska polubiła własną powieść.

Aktorzy snują się, pląsają i tańczą po prostej, wielofunkcyjnej scenografii, manipulując szerokim wachlarzem postaci, w celu pokazania historii małej, zakompleksionej, samotnej Farah – zatrzymanej w wiecznym poszukiwaniu, krążeniu przez miasto, by znaleźć w końcu Człowieka, w tłumie kliszowych postaci. Więc Farah sobie szuka, inne postaci odkrywają/odgrywają własne skrawki tego molochu, a publiczność pogrążona jest w upartym śledzeniu i łączeniu wątków, wsłuchiwaniu w doskonałą muzykę, wzruszaniu się, śmiechu i po prostu w dobrej zabawie.

Otwieram worek rozrywany przez komplementy i okazuje się, że klasyczna formuła musicalu doskonale zgrała się z nie-klasycznym językiem Masłowskiej. Do tego idealnie wkomponowuje się muzyka specjalnie na tę okazję napisana przez Dawida Suleja Rudnickiego i na żywo towarzysząca. Zadziwiają też aktorzy, ich śpiew, ruch, gra aktorska i przede wszystkim niezwykle precyzyjne trzymanie się i podbijanie rytmu. I jeszcze prosta scenografia, światła oraz wszelkie efekty towarzyszące, które dopieszczają tworzony na oczach widza obrazek. Wszystko wymienione idealnie ze sobą współgra i nie ma słabych stron. Coraz to nowe zagrywki sceniczne i zmiany klimatu utrzymują widza w ciągłej natężonej obserwacji spod znaku „czekam na jeszcze". Podsumowując ten akapit zachwytu, Kochanie, zabiłam nasze koty to niezwykle dobrze wykonany spektakl. Zamykam worek.

Jednak nie jestem pewien, czy niezwykle dobrze wykonany spektakl jest tożsamy z dobrym spektaklem. Co jest powodem tej wątpliwości? Otóż, w pewnym momencie ta szalona żonglerka formą i wszelkiego rodzaju trikami przestaje mi wystarczać, wręcz zaczyna męczyć. Widząc przedstawienie drugi raz – to przedstawienie które bazuje na zaskakiwaniu – już nic nie było mnie w stanie zaskoczyć, wszystko znałem i swoją uwagę rozpaczliwie opierałem na szukaniu czegoś, co byłoby mnie w stanie zainteresować – czegoś, czego jednak jeszcze nie znałem. Brakuje tematu – tzw. drugiego dna, które sprawia, że oglądanie spektaklu przestaje być tylko oglądaniem spektaklu. Koty... zatrzymują się na szeroko już omówionej, rozpisanej tęsknocie do „prawdziwego" świata; zatrzymują się na tekście z reklamującej ich ulotki Przyjaźń przez Facebook. I nie wynosi się z nich nic więcej poza tym, co się już wniosło; ewentualnie dobrą zabawę.

Kochanie, zabiłam nasze koty to niezwykle precyzyjnie wykonany spektakl. Spektakl przeznaczony raczej do zabawy niż do głębokiej kontemplacji. Jednym się podoba, a innym nie wystarcza. Jak zdradzają twórcy – Masłowskiej tak. Jak zdradzam ja – mnie już nie do końca.

Miłosz Mieszkalski
Dziennik Teatralny Kraków
21 maja 2018
Portrety
Rafał Dziwisz

Książka tygodnia

ADAPTACJA. Skrzynka z narzędziami
Akademia Teatralna im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Marta Miłoszewska

Trailer tygodnia