Teatr absurdu i nowoczesna miłość

rozmowa z Agatą Dudą-Gracz

Teatr absurdu i nowoczesna miłość według Agaty Dudy-Gracz

Teatr absurdu i nowoczesna miłość według Agaty Dudy-Gracz

Agata Duda-Gracz to indywidualistka, która swoją pracą i talentem oddala od siebie pytania o bycie córką sławnego malarza. Jej ostatnia sztuka „Otello. Wariacje na temat” otrzymała wczoraj pierwszą nagrodę w Konkursie na Najlepszą Inscenizację Dzieł Williama Szekspira oraz gorące owacje od widowni gdańskiego Teatru Wybrzeże. W rozmowie po spektaklu dzieli się swoimi przemyśleniami związanymi z miłością, prawdą oraz pułapkami współczesnego świata.

Ada Kozłowska: Otarła się pani już wcześniej o teatr absurdu wystawiając sztuki „Balkon” oraz „Wybrani” na podstawie „Parawanów” francuskiego pisarza Jeana Geneta. Czy jest to nurt, który szczególnie panią interesuje i czy „Otello” się do tej konwencji odnosi?

A.D-G.: Oczywiście. To jest kwestia konwencji sceny. Staramy się przekonać widza, że to co się teraz zdarza dzieje się naprawdę, aby potem powiedzieć: nie, to nie jest naprawdę. Tu przyświecało mi to, co przy każdej realizacji Geneta, czyli fakt, że nie istnieje coś takiego jak prawda. Nie ma prawdy  wiecznej, jest tylko prawda w danym momencie. Kochamy w danym momencie, ale za piętnaście minut może się okazać, że już nie. Prawda obowiązuje nas na przestrzeni jakiegoś określonego czasu, na ogół bardzo krótkiego. „Otello. Wariacje na temat” jest m. in. o tym i o naszej nieumiejętności poradzenia sobie z tym. Często mówimy: bo ja cię będę zawsze, bo ja nie będę nigdy, bo ja już taki jestem, a ona jest taka. Okazuje się, że takie obietnice są nic nie warte w momencie, kiedy znajdujemy się w sytuacji ekstremalnej.

A.K.: Kobiety w pani sztuce są bardzo oddane swoim wybrankom. Dopieszczają swoich mężczyzn i przemilczają, niejako nie zauważają tego, że zostają spychane do ról służących, czy nawet dziwek. Czy kobiety w pani sztuce są podporządkowane mężczyznom?

A. D-G.: Nie ukrywam, że jestem zaskoczona, że tak to pani odebrała. Każda z tych kobiet była kompletnie inna. Ja nie odbieram tego jako podporządkowywanie się. To są kompletnie różne trzy kobiety, które łączy jedna cecha. Każda kocha swojego mężczyznę w danym momencie, być może na chwilę, ale naprawdę. Ponadto, każda z tych miłości jest inna. Pierwsza, miłość Bianki do Cassia, jest erotyczna, pełna pasji, pożądania. Być może trafne jest tu stwierdzenie Jago, że miłość to tylko wybryk pożądliwej krwi. Następna kobieta to Emilia, która swoją miłość przegrała, jej miłość jest tylko bólem. Mimo to, ona nie potrafi bez tego człowieka żyć. Desdemona kocha też miłością pierwszą, ale jest jak dziewczynka, która najbardziej kocha swojego tatusia. Nie ma większego problemu niż pomylić męża z tatusiem. Ona szukała m.in. ojca, przeszła spod jednych skrzydeł pod drugie. Okazało się jednak, że jest to niemożliwe. Każdy z nas nosi w sobie pewne archetypy, bóle, pewne rzeczy z góry skazuje na niepowodzenie. Otello na samym początku skazał na niepowodzenie swoją miłość do Desdemony. Jedyna miłość, która miała szansę być tą miłością do samej śmierci, to miłość Emilii do Jagona i Jagona do Emilii. Ona jednak kończy się zanim się jeszcze zaczęła. Być może kiedy tak bardzo kochamy, nie potrafimy jednej najtrudniejszej, a z drugiej strony bardzo prostej rzeczy; nie potrafimy wybaczać. Największym grzechem popełnianym w tym spektaklu jest nieumiejętność wybaczenia. To jest tragedia Jagona. Ja się nie pogodziłam z tym, że on jest zły. Nie ma ludzi złych lub dobrych. Każdy popełnia pewne rzeczy z jakiegoś powodu, a nie dlatego, że taki jest. Różne rzeczy się zdarzają. Często nie radzimy sobie, tak jakbyśmy nie byli przygotowani na to co nas spotyka. Te kobiety nie są podporządkowane, one kochają. Nie uważam jednak, żeby ich mężczyźni kochali mniej. Oni inaczej sobie z tym radzą.

A.K.: Początek XVII wieku to jednak inne czasy i inne zachowania są wymagane od mężczyzny.

A.D-G.: W tej sztuce chodzi też o umieranie miłości, o to co z nią robimy, jak dalece sobie nie potrafimy z nią poradzić oraz jak fatalnie ją traktujemy. Traktujemy ją tak źle jak człowieka, z którym żyjemy.

A.K.: Co zauważyłam i co mnie urzekło to to, że widz był dopieszczony od początku do końca. Bogata scenografia, rozbudowane role, lekkość aktorów... Czy zawsze tak pani dba o szczegóły, czy gdzieś samo to przychodzi i łączy się w całość?

A.D-G.: Nie nazwałabym się perfekcjonistką. Nie jestem nawet pewna co to znaczy. Dążę do połączenia słowa, człowieka, plastyki, muzyki, zapachu, przestrzeni, a co najfantastyczniejsze – spotkania dwójki ludzi. Nie można powiedzieć, że światło lub scena nie jest ważne. Teatr powinien być taki jak kościół jest albo może jaki być powinien. Może być naiwny, źle zinterpretowany, nieudolny, ale nie może być pozbawiony wiary i żarliwości. Jeżeli posiada te dwie ostatnie cechy to może być naiwny. Możliwe, że powinęła nam się noga, coś poszło nie tak, że ja parę razy się pomyliłam w prowadzeniu, ale tak mocno chcieliśmy i tak bardzo się staraliśmy i w to wierzyliśmy, że to ma dla nas ogromny sens.

A.K.: Wątki komiczne w pani sztuce stanowią niewielki, aczkolwiek bardzo odznaczający się element. Jaką wagę przykłada pani do tych elementów? Czy dużo nad nimi pracowaliście, aby ta sztuka była bardziej komiczna niż tragiczna?

A.D-G.: Myślę, że nie ma tragedii bez śmiechu. Nie ma nic gorszego niż zadęcie i bycie ciągle poważnym. Człowiek w najbardziej tragicznych momentach potrafi być naprawdę śmieszny. Szekspir to genialnie napisał, że w najbardziej wzniosłych chwilach wpisywał komizm, który zbliża widza do aktora. To nie jest heros, tylko człowiek. Czasami jest słaby i ma nieświeży oddech, ale mimo to potrafi pięknie kochać, być cudowny. Potem potknie się jeszcze raz i kolejny... samo życie. Dlatego nie wyobrażam sobie opowiedzenia tragicznej historii, mimo, że ona jest dosyć katastrofalna, bez śmiechu.

A.K.: Jak mamy rozumieć tragizm heroicznej szekspirowskiej Desdemony, która w wykonaniu Justyny Wasilewskiej jest infantylna, naiwna, nosi ledwo zakrywającą pośladki sukienkę i szpilki?
 
A.D-G.: Chciałam tu pokazać jak bardzo oceniamy innych po pozorach. To, że ona jest błyszcząca, infantylna nie znaczy, że nie jest wierna. Ona jest produktem swoich czasów. Potrafi kochać jak heroina, jak szekspirowska Desdemona w długiej sukni, o niskim głosie, lecz wygląda jak Paris Hilton. On ją kocha taką jaka jest, a ona jego z jego starością, wiedzą, doświadczeniem. Genialnie się dopełniają, a potem naiwna dziewczyna musi dojrzeć w trybie przyspieszonym. Dlatego myślę, że ludzie nie dojrzewają w szczęściu, tylko w nieszczęściu. Musi nam się wiele stać, musimy mocno dostać od życia, żeby zacząć dojrzewać. Moment końca dzieciństwa u każdego z nas jest inny. Czasami jest to śmierć kogoś bliskiego, czasami pierwsze upokorzenie i potem posuwa się to dalej. To jest tak jak wtedy, kiedy dowiadujemy się po raz pierwszy, że nie ma Świętego Mikołaja i coś się nagle zmienia. Poza tym zachwycają mnie osoby, o których można powiedzieć, że są naiwne, bo one się jeszcze ciągle potrafią dziwić. To są dzieci w ciałach dorosłych. Takie osoby trzeba dopieszczać i robić wszystko, żeby jak najdłużej to zachowały. Tak jak trzeba zrobić wszystko, żeby dzieci jak najpóźniej dowiedziały się, że Święty Mikołaj to ściema.

A.K.: I nie dopuścić, żeby jakiś Jagon, przez swoje osobiste frustracje zniszczył taką infantylność, prawda?

A.D-G.: Najgorsze, że to nie Jagon zniszczył Desdemonę, tylko człowiek, którego kochała. On poddał ją w wątpliwość. Nazwał ją dziwką, a ona kochała go tak bardzo, że przyjęła to za pewnik. Jeżeli ty mnie taką nazywasz, to ja się taką staję. Podobnie jak u Gombrowicza słowo stwarza. Palec, którym ja ciebie tknę zmieni cię na zawsze. Nagle każdy może ją tknąć, pomacać, ponieważ ukochany człowiek powiedział jej – taka jesteś.

A.K.: Jednak kole nas dopiero, gdy w prostytutkę przeistacza się Desdemona, dotychczas żona dowódcy. U Bianki aż tak nas to nie razi, a jednak obie kobiety się nagle zrównują.

A.D-G.: Tak, ponieważ ona taka jest, ale Bianka nie jest dziwką, ona jest tak nazywana. Ona sięga po miłość jak tzw. nowoczesna kobieta, wskazuje palcem i nie czeka aż zostanie wybrana, a potem za to płaci jak heroina, jak Medea. Wszystko dlatego, że w całej swej nowoczesności, po prostu, starodawnie, niemodnie się zakochała.

A.K.: Czy zamierzacie dalej razem współpracować z tym składem aktorów?

A.D-G.: Tak, od 15 września zaczynamy próby do „Ożenku” Mikołaja Gogola.

Agata Duda-Gracz – reżyserka teatralna, scenograf. W 2003 roku ukończyła Wydział Reżyserii PWST w Krakowie. Pierwsze kroki stawiała w awangardowym Teatrze Witkacego w Zakopanem.

Ada Kozłowska
Gazeta Festiwalowa 10/09
11 sierpnia 2009
Portrety
Agata Duda-Gracz

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Ofiara
Adam Sajnuk