Teatr czasu zarazy - Wieczór kuglarzy

"Jakobi i Leidental" - reż. Joanna Zdrada - pokaz online 25.04.2020

Gdy po wielu latach w tak trudnych okolicznościach, przyszło nam znowu zajrzeć do mrocznego świata Hanocha Levina, okazało się, że splątane losy jego bohaterów, troski brzmią aktualnie, odsłaniają wciąż to samo dno rozpaczy. Bo cóż tak naprawdę pokazała nam Joanna Zdrada, w znakomitym spektaklu, wystawionym w 2011 roku na Scenie Kameralnej Teatru Śląskiego, który ujrzeliśmy po latach w zapisie telewizyjnym?

Przede wszystkim autorską wizję kondycji człowieka skazanego na życie w cieniu dojmującej pustki. Opowieść o dwójce przyjaciół, którzy przy partyjce domina próbują przemeblować własny świat, by w końcu po kilku chwilach żałosnych uniesień wobec jedynej zapoznanej kobiety, powrócić do jałowej egzystencji. Tyle? Tak, ale nie o intrygę tu chodzi, lecz pojemne w znaczenia relacje między ludźmi, którzy zanużeni w iluzji próbują odnaleźć spokojną przystań w złudnej nadziei na lepsze życie, ryzykując próżnością i śmiesznością.

Teatr kameralny i wyciszony do bólu, a w nim spotkanie trzech obsesji, zespolone i pulsujące własnym, nerwowym rytmem. Upokorzenie i destrukcyjna zazdrość mająca swe źródło w traumach przeszłości, to obraz rzeczywistości w sztuce "Jakobi i Leidental", którą Levin zadebiutował jako reżyser w 1972 roku, w mieszczącym się w Tel Awiwie Teatrze Cameri, najważniejszej ze scen Izraela.

Hanoch Levin (1943-1999) jest uznawany za jednego z najwybitniejszych dramaturgów izraelskich. Pozostawił po sobie 56 dramatów, dwa tomy prozy, ale też utwory satyryczne i poezje. Niewiele mówił o sobie, rzadko udzielał wywiadów, wiemy o nim tyle, ile wypowiedział w swojej twórczości. Wychowywał się w żydowskiej rodzinie ortodoksyjnej, mieszkając w biednej dzielnicy Tel Awiwu, ale porzucił ortodoksyjny tryb życia. Studiował filozofię i literaturę hebrajską. Co znamienne, wielu bohaterom nadawał imiona w języku jidisz, które miały swoje znaczenie i charakteryzowały daną postać. Większość dramatów została zrealizowana na scenach Izraela i poza nim, otrzymując wiele ważnych nagród. Wśród sztuk Levina znajdziemy teksty polityczne, biblijne, komedie. Jego najbardziej znane dramaty to słynny Krum (1975), Męki Hioba (1981), Trud życia (1989), Dziwka z Ohio (1997), czy Morderstwo (1997). Levin uważany był za teatralnego buntownika, eksperymentatora, który żongluje stylami i konwencjami teatralnymi, wielokrotnie jego utwory wywoływały sprzeciw odbiorców ze względu na ekscentryczne czy obrazoburcze treści. Dzisiaj jego dramaty obecne są w teatrach na całym świecie. Niektóre z nich zdobyły również dużą popularność w naszym kraju. Tak jest w przypadku sztuki "Jakobi i Leidental" w przekładzie Michała Sobelmana.

W tym kabarecie osobliwości, jarmarczno-cyrkowej estetyce gestu i scenografii, gdzie postaci ukazują nam twarze-maski z policzkami, na których płoną sztuczne rumieńce, by ukryć prawdziwe oblicza; odbywa się fascynujący korowód, wielki kamuflaż. Ta posępna opowieść dotyczy ludzi w nieustannej drodze, aktorów upokorzonych przez życie, dwuznacznych komediantów, którzy bawią nas za cenę własnego nieszczęścia, poniżenia i samotności.

Itamar Jakobi (Artur Święs), Dawid Leidental (Andrzej Warcaba), Rut Szachasz (Grażyna Bułka) tworzą komiczny i jednocześnie przerażający tercet. Od pierwszej sceny wpadają w obłęd zazdrości, wzajemnych pretensji, poniżeń i nieustannej śmieszności. Wszystko odbywa się niczym w surrealistycznej paradzie, przerywanej od czasu do czasu piosenkami, gagami wykonywanymi pod publikę, czy przerysowaną, błazeńską gestykulacją. Artyści ubrani w kostiumy jakby przed chwilą wypożyczone z cyrkowej garderoby, to osobne historie, osobne drogi zmierzające jednak w tym samym kierunku. Wszyscy chcą otrzymać coś od ślepego losu, zatem rozpoczynają handel wymienny, aby doprowadzić do spełnienia swych niewygórowanych pragnień.

Zyskiem Jakobiego, granego w tym spektaklu znakomicie z mistrzowskim wyczuciem dramaturgicznej partytury przez Artura Święsa, stanie się dość przypadkowe małżeństwo z Rut w wykonaniu Grażyny Bułki. Telewizyjna wersja spektaklu podkreśliła ogromne możliwości
artystycznego wyrazu, jakie tkwią w tej świetnej aktorce, jej postać to spektrum nastrojów pomieszczonych w bardzo kameralnej i statycznej postaci. Ona zyskuje podwójnie: werbując męża oraz niejako w rezerwie kochanka. Tenże, tutaj kolejny aktorski popis w wykonaniu Andrzeja Warcaby, który najpełniej z całej trójki pokazał cienką linię narysowaną przez Levina pomiędzy tragizmem a komizmem; sam w akcie rozpaczy przewiąże się sznurkiem i ofiaruje młodej parze w charakterze ślubnego prezentu.

Te trzy odcienie ludzkiej samotności dążą do jeszcze jednego pragnienia: chcą wreszcie coś zmienić, uporządkować urządzić, ustabilizować w swoim życiu. Stać się po prostu kimś. "I tak mija czas, a ty nie robisz nic", powie w końcu jeden z przyjaciół. Niestety, każdy zabiera się do tego nieporadnie z góry skazując na porażkę. Dobiegający czterdziestki Jakobi zaczyna od zerwania z przyjacielem Leidentalem. Rani go, upokarza, odtrąca, a w końcu, gdy marzenia nie spełniają się ostatecznie, siada z nim do kolejnej partii domina. Artur Święs interpretując tę postać pokazał prawdziwy kunszt, oddając wyraziście narastający bunt, w końcu rezygnację i stagnację
faceta zaplątanego w życie. Z kolei tragikomiczny Leidental Andrzeja Warcaby w przesuwających się szybko obrazach to człowiek zrezygnowany, ofiara na własne życzenie, byt upokorzony, dla którego obserwacja cudzej egzystencji staje się sensem i obsesją życiową.

Wspólne dla obu jest za to dążenie do intymnego, duchowego i cielesnego kontaktu z kobietą. Nie bardzo wiedzą jak miałaby wyglądać taka żywa wymiana pomysłów i olśnień, ale każdy stworzy osobną wersję tego pragnienia. I tu powracamy do fenomenu Grażyny Bułki, która w
postaci Rut namalowała portret kobiety pełnej sprzeczności, paradoksów i wykluczeń. A może po prostu była taka jaką chcieli widzieć adoratorzy oraz ich rozbiegane myśli? Ponętna, pożądliwa, słodka z jednej strony, bezczelna, prostacka z drugiej, wykorzystująca mechanizmy dominacji, by osiągnąć swój cel, przełamać utopioną w farsie i przerysowanych grymasach twarzy, swą dojmującą samotność. I do końca pozostanie takim, by użyć słów Hanocha Levina, instrumentem dla szczęścia. Tylko czyjego? Upokorzonych kochanków?

Telewizyjna adaptacja spektaklu, za sprawą sprawnego i płynnego montażu scen, pozwoliła ukazać w zbliżeniu przesłonięte charakteryzacją twarze aktorów. Tak blisko nie widzimy ich nigdy siedząc na widowni. Te zbliżenia, gdy trudno ukryć cokolwiek przed obiektywem kamery, pokazują jeszcze jedną niewątpliwą wartość artystyczną spektaklu Joanny Zdrady: nieprawdopodobnie wysoką temperaturę wyrażonych emocji, uczuć w różnych zestawieniach i wariacjach. Z daleka obserwujemy przemyślaną, zamkniętą formę dramaturgiczną, scenę zanużoną w półmroku, obrysowaną światłem, z bliska niezliczone kombinacje mimiczne, pełne psychologicznego potencjału, ukrytych znaków. Szybka zmiana planów przynosi w tym wypadku nieoczekiwany efekt: wzmaga naszą aktywność poznawczą, zmusza do koncentracji uwagi, nie pozwala na bierność, oczyszcza.

Znakomitym pomysłem reżyserki było umieszczenie w tym spektaklu postaci kataryniarza (w tej roli Łukasz Guzy). Wykorzystanie przetworzonych dźwięków katarynki, która nie tylko udanie łączy poszczególne epizody, lecz buduje emocjonalną tonację scen, ilustrując tragiczne, innym razem burleskowe obrazy; buduje jednolite tempo narracji teatru wmontowanego w przekaz wizualny. Poza tym jej niepokojący dźwięk, stanowi lejtmotyw, towarzyszący niczym ponury akompaniament zmiennym nastrojom trójki bohaterów, a wszystko wygrane na pograniczu oszustwa, złudy, udawania, mizdrzenia się, sugestii, bo w sztuce zawsze jedno ukazujemy przez coś innego.

Można odnieść wrażenie, że telewizyjna wersja spektaklu Joanny Zdrady, zrealizowana w 2013 roku przez Leszka Ptaszyńskiego, w niektórych fragmentach, podskórnych inspiracjach, nawiązuje do dzieł filmowych Ingmara Bergmana. I nie chodzi tu o zapożyczenia formalne, czy motyw komediantów, ludzi wędrujących przez pełne przeciwności, pokręcone ścieżki życia, których dusze przypominają stłuczone zwierciadła, odbijające niespokojny świat. Chodzi raczej o wytrwałe dążenie w kierunku poznania, zrozumienia zakrytego przed człowiekiem mechanizmu egzystencji. Taką drogę przemierzają nieustannie bohaterowie utworów Hanocha Levina. Bergman w swych Obrazach napisał: "Istnieją ruchliwe obrazy z dźwiękiem i światłem, które nigdy nie opuszczają projektora duszy, lecz wiją się pętlą przez całe życie z niezmienioną ostrością, niezmienioną jasnością.

To tylko świadomość, która ustawicznie i bezlitośnie zmierza ku prawdzie.

Wojciech Lipowski
Śląsk
5 czerwca 2020
Portrety
Joanna Zdrada

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...