Teatr, którego nie było, czyli rozterki dyrektorskie wciąż są takie same

"Teatr, którego nie było" - reż. Piotr Tomaszuk - Teatr Wierszalin w Supraślu

Najpierw kameralny "koncert na cztery ręce", a potem karuzela postaci kreowanych przez Rafała Gąsowskiego składają się na tragikomiczną interpretację "Sędziów" Stanisława Wyspiańskiego jaką w Teatrze Wierszalin wykreował Piotr Tomaszuk.

Bo kto chciałby li tylko spotkać się oko w oko z twórczością czwartego wieszcza, ten się nieco zdziwi, a jeśli treści jedynej tragedii, która wyszła spod pióra Wyspiańskiego nie zna, to i może nieco zagubić w gąszczu postaci. Ale czyż nie od tego mamy teatr, by zmuszał do myślenia, nie tylko wywoływał rechot?

Część pierwsza, paradoksalnie odwołująca się w pomyśle dramaturgicznym do rozmowy, jaka miała miejsce na trzy miesiące przed śmiercią Wyspiańskiego, brzmi tak aktualnie, że co i rusz trudno się nie uśmiechnąć. Wszystko to za sprawą znakomitego operowania słowem przez twórcę Wierszalina, Piotra Tomaszuka, który ów dialog, przypominający najwybitniejsze tego typu utwory dramatyczne, umyślił i przeniósł na scenę. I to dosłownie, bo sam wciela się w rolę - zgadliście szanowni Czytelnicy - dyrektora Teatru Miejskiego w Krakowie, wielkiego aktora Ludwika Solskiego. I to jak! W pierwszej części nowego spektaklu Wierszalina podglądamy negocjacje Wyspiańskiego (w tej roli Rafał Gasowski na wózku inwalidzkim, zmieniony ni e do poznania, niszczony przez syfilis) z szykującym się do wejścia na scenę dyrektorem.

W makijażu komedianta Solski-Tomaszuk wybornie dworuje sobie z dramaturga. Wie, że ma władzę, i choć wyznaje miłość do tekstów twórcy, szczególnie swojej roli w "Warszawiance", teraz ma szansę odgryźć się za wszystkie czasy. Przecież to Wyspiański zakazał mu wystawiania "Wesela" - sztuki do dziś uważanej za najważniejszą w historii polskiego teatru. Dworując sobie z umierającego poety, bo takim go widzi wykreowany przez Tomaszuka Solski, jednocześnie błyskawicznie analizuje tekst. I widzi, że nie ma dla niego roli. Chciałby przecież błyszczeć, mówić monologi, udaje nawet Żydówkę Fejgę, jedną z epizodycznych postaci tragedii Wyspiańskiego. I nie

bez przyczyny. Tomaszuk będzie Fejgą w drugiej części przedstawienia. Ale na razie, jako roztropny dyrektor, zwraca uwagę, że w tekście jest za dużo Żydów. A to niepolityczne... Czyż nie brzmi znajomo? I jako aktor fantastycznie odgrywa scenę, w której kreując Żyda, spotkał się zarzutami tej społeczności, iż niewłaściwie składał palce, mimo że była to kreacja aktorska. I tak z błahego powodu, wybitny aktor zostaje osmarczony. Co to znaczy? Odpowiedź w Wierszalinie. Trudno się nie uśmiechnąć, kiedy sprzeciwiając się Wyspiańskiemu, wypomina protesty przeciwko "Klątwie". Nie przekona go nawet poruszany w tragedii problem handlu żywym towarem. "Kto ma o kurestwie mówić? Wyspiański" droczy się Tomaszuk. Ale wystarczy, że dramaturg, ale też i świetny malarz zaproponuje mu portret, by zapomniał o wejściu na scenę i zaczął mu pozować.

Wyborne sceny, świetna zabawa z mnóstwem kontrastów. Ot choćby sławne słowa "teatr mój widzę ogromny" zestawione z maleńką makietą scenografii "Sędziów". I skoro panowie nie dochodzą do konsensusu, Wyspiański ostatkiem sił sam ożywia postaci. A przy tym wie, że sztuka aktorska, najwybitniejsza nawet kreacja sceniczna, jest równie krótka, jak życie motyla. I z brawurowego dialogu przenosi widzów do karczmy, gdzie rozegra się inspirowana faktami tragedia. Dyrektor znika, bo może nie chce ryzykować, bo boi się klapy? "A niech Bóg się rodzi, niech moc truchleje, ale to nie jest powód, żeby mi rozwalać repertuar" - mówi Solski-Tomaszuk. Jakież to współczesne!

Tymczasem scenograf Mateusz Kasprzak wyczarowuje w tej samej przestrzeni wieloplanową karczmę. Gdzieś w tle Jewdocha, dziewczyna, która uległą młodemu Żydowi i zabiła ich wspólne, acz nieślubne dziecko, rozwiesza pranie, młodszy brat gra na skrzypcach, starszy czyta miejskie gazety. I nagle Wyspiański-Gąsowski zmienia się w Dziada, zakłada koronę na wzór Statuy Wolności, po czym metamorfozy będą następowały coraz prędzej. Z dramaturga, który a to biczykiem, a to dźwiękiem kastanietów, ożywiał i wprowadzał na scenę kolejne postaci czy rekwizyty, zmieniać się będzie w Urlop-nika, Żandarma, Nauczyciela, czy wreszcie postać najbardziej nam współczesną - Sędziego.

Tu adaptacja dramatu, kiedy Gąsowski, zdaje się, łączy kwestie sędziego śledczego z charakterystycznym powiedzonkiem "niby tego" w oryginale przypisanym spisującemu zeznania Nauczycielowi, staje się bardziej swobodna, podporządkowana plastyczności scen i pewnej wizyjności, jaka od zawsze charakteryzuje język Teatru Wierszalin.

Fantastycznie wykorzystana przestrzeń, malarskie kadry, gdzie będącą jedynie tłem rozterek karczmarza Samuela i syna, planujących zabójstwo służki, owa Jewdocha rozwiesza pranie, obłąkany taniec, niczym walka kogutów Dziada z Samuelem zapadają w pamięć. Są też inscenizacyjne smaczki, jak choćby przesłuchanie dwóch Dziewczyn, zagrane artefaktami z jakiegoś domku dla lalek, czy znakomita scena uwodzenia Urlopnika (oczywiście Gasowskiego) przez grającą Jewdochę Monikę Kwiatkowską. A dramatyczna scena śmierci Joasa, delikatnego muzyka, który umiera, skoro nikt nie chce wysłuchać jego głosu prawdy, to znaczący epizod idealnej w tej roli Katarzyny Wolak. Dariusz Matys, ojciec, który chce uchronić syna przed odpowiedzialnością, cierpi, ale nie pozostaje bierny. Piotr Tomaszuk wraz z Rafałem Gąsowskim, także współreżyserem, wprowadzają powtarzającą się scenę wpłaty kaucji. I jak tu ów biedny Sędzia ma znaleźć odpowiedź na pytanie "Kto winien"? Postrzelona Jewdocha skona w milczeniu, jedyny sprawiedliwy umiera, czy w tej karczmie umiera też sprawiedliwość? Czy w świecie Sędziego i karczmarza liczą się tylko pieniądze? Czy zwiastujący zemstę Dziad, przyjmujący sylwetkę Statuy Wolności po prostu kpi z demokracji? Z niezawisłości sędziów? Kiedy wszyscy ruszają w upiornym obłąkańczym tańcu, z nicości pojawia się Fejga z... krucyfiksem na piersi. Czyż przypadkiem nie wywozi na taczce portretu Jaśnie Wielmożnego Cesarza, symbolu państwowej sprawiedliwości? Nic dziwnego, że widzom dech zamiera w piersiach, kiedy Sędzia markuje chęć spalenia karczmy. No bo przecież chyba nie Wyspiański?

Korowód postaci wiersza-lińskiego misterium znika, podobnie jak sprawiedliwość. Czy to o tym chciał opowiadać Wyspiański tuż przed śmiercią?

Polecam łącznie z lekturą "Sędziów".

Jerzy Doroszkiewicz
Kurier Poranny
2 lipca 2019
Portrety
Piotr Tomaszuk

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski