Teatr, który się nie wtrąca

Baba-Dziwo, aut. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, reż. Ewa Domańska, Teatr Polski w Warszawie.

Po „Babę-Dziwo" sięga się rzadko, a wielka to szkoda, bo uniwersalizm tej groteskowej dystopii jest poza dyskusją.

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska napisała tę sztukę tuż przed wojną (prapremiera miała miejsce w Teatrze Słowackiego w Krakowie, w roku 1938, a premiera warszawska odbyła się we wrześniu 1939, gdy na stolicę spadały już niemieckie bomby). Większość Europy pogrążała się w autorytaryzmie, szybko, i w wielu przypadkach nader skutecznie, ewoluującym w totalitaryzm. Siłę argumentu zastępował niebłaganie argument siły, ku uciesze wzmożonych nacjonalistycznie mas.

Demokracja – ustrój niełatwy, wymagający cierpliwości, wiedzy, pokory i woli kompromisu, ustępowała pod naporem populistycznej ofensywy, dającej tyleż łatwe co zwodniczo fałszywe odpowiedzi na trudne pytania. To działa prawie zawsze, bo ludzie w przytłaczającej większości są, jak to ostatnio przenikliwie konkludował Stasiuk, ludzcy, iluzję poczytując, z wielkim zresztą entuzjazmem, za rzeczywistość, a obietnicę utożsamiając ze spełnieniem. Ojczyzna poetki nie była od tego zagrożenia wolna. Nad Wisłą, choć nie tylko tam, na ten niepokój wynikający z patalogizującej się geopolityki, nakładał się lęk świadomych swoich praw kobiet przed uprzedmiotowieniem, przed pozbawieniem ich prawa do decydowania o własnej przyszłości, przed zredukowaniem do roli reproduktorek, drugorzędnych postaci w świecie zdominowanym przez mężczyzn. Nierówną walkę w ich sprawie prowadzili w płomiennej publicystyce Tadeusz Boy-Żeleński, Irena Krzywicka i inni. Na takim społeczno-politycznym podłożu wyrosła „Baba-Dziwo".

Państwem opisanym w dramacie rządzi Valida Vrana, złowroga w swojej fizyczności i psychice postać, która „poświęciła się dla kraju", pozostając w stanie bezżennym i bezdzietnym, a wszystkie swoje myśli i, niestety, czyny oddała na służbę totalizującej się rzeczywistości, na miarę marzeń o omnipaństwie, gdzie jednostka jest całkowicie podporządkowana wodzowskiej wizji, a jedyną alternatywną jest społeczna anihilacja we wszystkich kontekstach. Ta odpychająca persona (spróbujmy to w feminatywie określić, może „wodzyni"?) jest otoczona przez chmarę karierowiczów (ek), konformistów (ek), kabotynów (ek), zaciekle walczących o dostęp do dyktatorskiego ucha i apanaży, no bo przecież jeśli się idzie do polityki, to po coś się idzie. Ów bezwzględnie depczący sobie po rękach na drabinie awansu dwór cieszy oko władczyni, zawsze dzielącej i rządzącej, ale nigdy nie wybaczającej. Miód na strudzone w walce o lepszą (???) przyszłość serce Matki, Która Wie Najlepiej - Aktywnej Zbawczyni Narodu. Reszta populacji tej upodlonej krainy to bezkres jednostek pogrążonych w letargu, wyrywających sobie strzępy coraz bardziej iluzorycznych beneficjów, żyjących z dnia na dzień bez nadziei, a co gorsza pozbawionych także potrzeby nadziei oraz garstka buntowników in spe. Zawsze gdzieś na świecie to przerabiano, przerabia się i będzie przerabiać. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w brutalnym klinczu dialektyki.

Teatr na Karasia sięga po tekst Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej tu i teraz, gdzie nie sposób uciec od oczywistych konotacji, interpretacji i znaczeń, gdzie aż się prosi, aby intrygę umocować we współczesnym kontekście, dopisującym ostatnio doń jakże czytelną glosę. Przyznam, że szedłem na to przedstawienie z nadzieją na uczestnictwo w teatrze zaangażowanym, bo choć świat się przecież znacząco od lat 30. zmienił, nie ustaje jednak w retroaktywnych i restauracyjnych pokusach. Ciągle ktoś chce czegoś zakazywać, coś nakazywać, ciągle ktoś wie lepiej od innych, co dla nich jest złe, a co dobre, ciągle ktoś się zgłasza, aby mniej bądź bardziej świadomie cytować Majakowskiego: „Jednostka - zerem, jednostka – bzdurą...". Ciągle nie brakuje chętnych w castingu na satrapę wszechczasów, gotowych gorliwie zniewalać umysły i zawłaszczać macice. Ta sztuka wręcz krzyczy o na wskroś współczesną adaptację, włożenie świetnego tekstu w aktualne ramy poprzez dramaturgię, scenografię, kostiumy, inscenizację. Tymczasem Teatr Polski funduje nam podróż w czasie do źródeł, bo nie sposób nie ulec wrażeniu, że oglądamy ten dramat niczym mocno przykurzony artefakt w zapominanym muzeum, tak jakby rzeczywistość, która zainspirowała autorkę, należała tylko do historii. A tak dobrze, niestety, nie jest. Zresztą prawie wszystko jest tu szyte ściegiem z końca lat trzydziestych, jakby twórcy obawiali się jakichkolwiek dzisiejszych odniesień. Nawet symbol tej opresyjnej państwowości jest twardo inspirowany chaplinowskim „Dyktatorem", tak jakbyśmy mieli do czynienia z nieszkodliwą ramotką z czasów dawno i słusznie minionych, a postać, która zainspirowała autorkę, była ostatnią w szeregu tyranów.

Spektakl jest w przeważającej części pozbawiony dynamiki, reżyserka wyprowadza dramatis personae do kwestii na scenę z rzędów krzeseł w głębi kieszeni scenicznej, co przywodzi na myśl jakąś akademię ku czci, bądź dostojne wyjście solistów przez orkiestrę i chór w oratorium. Nawet przy założeniu, że zamysłem było ukazanie marazmu i beznadziei, tak statyczne aktorstwo na pograniczu deklamacji powoduje, iż inscenizacja rozpada się na ciąg monologujących etiud, a na scenie króluje letarg, który nieubłaganie spływa na widownię. Status ten kondensuje się w oklaskach, tak oszczędnych, jakich na tej scenie nie pamiętam od lat. Rzecz zaczyna się bronić w ostatnich 30 minutach, głównie za sprawą wyrazistych kreacji: Ewy Makomaskiej w roli tytułowej i przede wszystkim Anny Cieślak grającej jedyną bliską Babie-Dziwo osobę – baronową Lelikę Skwaczek. Makomaska, grająca dotychczas raczej w drugim planie Polskiego, buduje tu znaczącą kreację postaci opartej na tyleż skrywanych co niepohamowanych emocjach, nie popadając w pułapkę przerysowania. Jej Vrana odrzuca każdym gestem i słowem, fizycznością i psyche, budzi chronologicznie rozdrażnienie, niechęć i odrazę. Sukces. Baronowa Skwaczek Anny Cieślak jest tragifarsowa, w mimice, geście i głosie, miotając się między uwielbieniem dla idolki a resztkami zdrowego rozsądku. Aktorka odważnie kreuje postać na krawędzi wiarygodności interpretacyjnej, nigdy jej nie przekraczając. Brawa.

Mimo groteskowej formy rzecz jest bowiem tragiczna, osadzona w dychotomii: miłość-nienawiść. Baba-Dyktator cierpi na chroniczną chorobę wszelkich tyranów – nienawidzi ludzi, i nie jest istotne, czy w życiu poprzedzającym władzę absolutną odrzuciła miłość, czy też miłość odrzuciła ją. Nienawiść rodzi zaślepienie, co wcześniej czy później prowadzi do błędu, do którego przecież żaden autorytarny polityk się nie przyzna, a na uczciwą opinię otaczających ją klakierów, zawsze miernych i biernych, lecz tylko do czasu wiernych, liczyć z oczywistych przyczyn nie może. Vrana, przeświadczona o bezgranicznej władzy nad ludem, jest owładnięta ideą potęgi budowanej na dzietności, a brutalna konsekwencja w tym dziele jest skutecznym katalizatorem buntu. Pawlikowska-Jasnorzewska uczciwie rozkłada akcenty w walce dobra ze złem. Kobieta wtrąca kraj w otchłań, inna kobieta go z niej przemyślną, błyskotliwą intrygą wydobywa, przy statystującej postawie mężczyzn. Znamienna jest tu ostatnia scena, gdy władza, wydarta z rąk kuriozalnej Baby, ma trafić w męskie ręce. Tę polecam szczególnie...

Wychowałem się na Grochowie, piętnaście minut spacerem od Teatru Powszechnego. Pamiętam Zygmunta Hubnera, który znajdował czas, aby w antrakcie pytać szarego widza o zdanie, pamiętam też, z jaką uwagą słuchał wtedy tych ludzi. Jego artystyczne credo: „Teatr, który się wtrąca", jest ciągle aktualne. Bo teatr ma istotne zadania do spełnienia, nie może być obojętny wtedy, gdy czas jest trudny i wymaga zaangażowania. Jeśli tekst jest tyleż współczesny, co uniwersalny w swojej metaforycznej genialności, łatwiej broni się sam. Wtedy przesłanie wybrzmiewa donośnie, gdziekolwiek i kiedykolwiek. Taki był „Lot nad kukułczym gniazdem", wyreżyserowany przez Hubnera w wyrafinowanej prostocie, w latach 70., z Romanem Wilhelmim w roli MacMurphyego. Jeden z moich pierwszych. Jeśli natomiast rzecz jest mocniej osadzona w geografii i historii, trzeba tekstowi pomóc, otworzyć go na widza teraźniejszego i tutejszego. Tego w „Babie-dziwo" zabrakło. Teatr może bowiem pukać do drzwi historii szeptem, twardym donośnym głosem lub krzykiem, w zależności od nakazu chwili. W końcu dramat Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej jest krzykiem o wolność, a to zobowiązuje. Myślę, że byłaby zachwycona, widząc, że jej tekst dostaje drugie życie w czasach, które znowu niepokoją.

Opisywana inscenizacja nie daje po temu szansy, to teatr, który się wtrącać nie chce, lub w najlepszym razie wtrąca się szeptem...

Tomasz Mlącki
Dziennik Teatralny Warszawa
21 lipca 2021
Portrety
Ewa Domańska

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Dziady" - reż. Maja K...
Maja Kleczewska
Dziady anno domini 2021 będą przedsta...